O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

sobota, 26 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 9

Wyspani, umyci i podładowani pomknęliśmy rano w Pieniny. Dziś śpimy nad Sromowcami Wyżnymi na granicy parku narodowego. Miejscówkę mamy z bajecznym widokiem na Tatry. Tak w ogóle to nie brakuje po drodze miejsc gdzie można podziwiać potęgę gór. Wczoraj w ramach relaksu pojechaliśmy na zakopiańskie Krzeptówki, a potem zapuściliśmy się na rowerowy szlak po Tatrach. Mapy i słupki informują, że na Hale Gąsienicową (1500 m n.p.m) można wjechać rowerem. No to pojechaliśmy i dojechaliśmy jedynie do "Psiej Trawki". Kamienista nawierzchnia tego szlaku, niestety nie nadaje się ani do podjazdu, ani do zjazdu. Ktoś kto wyznaczył tą ścieżkę rowerową chyba nie miał pojęcia o jeździe na rowerze. 4 zł za wstęp do parku oczywiście musieliśmy zapłacić. Plus tej wycieczki jest jedynie taki, że umyliśmy sobie rowery i zdaliśmy sobie sprawę, że po Tatrach nie jeździ się rowerem. Wczoraj po pagórkach zrobiliśmy na nieobładowanych rowerach 30 km. Czuliśmy się jakbyśmy pojechali po bułki do sklepu - nasze organizmy przyzwyczaiły się już do zwiększonego wysiłku. Dziś opuściliśmy nasz pokój w Zakopcu i zaczęliśmy dzień od 16-kilometrowego podjazdu. Później od samiusieńkiej Bukowiny do Jeziora Czorsztyńskiego było praktycznie z górki, więc kilometry szybko nam uciekały. Po drodze odwiedziliśmy XV-wieczny kościół w Dębnie Podhalańskim i zajechaliśmy pod zamek w Niedzicy. Pogoda nam sprzyja. Do południa było +9 stopni, a popołudniu temperatura osiągnęła +15 stopni. Z zawianą szyją jest lepiej, mięśnie puściły, kostka również nie wykazuje najmniejszego buntu :). Od Zakopanego dwie maskotki towarzyszą nam w podróży. Grzegorza przyczepkę dociąża Eugeniusz, a moją kierownicę Oliwia. Dziś kładziemy się wcześniej i jutro wcześniej wstajemy bo o 7.00 mamy Mszę Św. w tutejszym kościele. Dobrze, że śpimy w namiocie bo w poprzednią noc poleciałem z łóżka- tutaj mogę się co najwyżej sturlać. W kwestii zagrożeń, poza kleszczami musimy uważać na żmije. Podobno tutaj występują. Spokojnej nocy kochani. Pozdrawiamy

czwartek, 24 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 7

Znajomi śmieją się, że jestem stary i zwapniały, i coś w tym musi być. Z kostką od dwóch dni mam całkowity spokój, ale tym razem zawiało mi przepoconą szyję i jestem trochę zesztywniały. Strachu nie ma bo zabrałem tabletki na tą dolegliwość, która towarzyszy mi co jakiś czas. Po kilkunastu godzinach powinno mi przejść. Pierwsza noc na normalnym łóżku była dziwna, powiedziałbym że lepiej śpi mi się w namiocie, ale komfort łazienki i możliwość podładowania elektroniki jest mimo wszystko nie do przecenienia. Szóstego dnia podróży (wczoraj) tak na rozgrzewkę udaliśmy się do Doliny Kościeliskiej. Poza zwykłymi turystami były tłumy szkolnych wycieczek. Grupa za grupą przemieszczała się po dolinie, zakłócając szum płynących strumyków. Jako, że w tej dolinie nie brakuje jaskiń, postanowiliśmy odwiedzić trzy z nich. Bez wątpienia najwięcej emocji budzi Jaskinia Mylna. Całkowita ciemność, brak ludzi, zero komerchy, wąskie przejścia, chłód, łańcuchy- to jest to. Jeżeli nie macie klaustrofobii i jesteście sprawni to polecam ten zdrowy zastrzyk adrenaliny. Przed inną jaskinią (Smoczą Jamą) prawie straciłbym aparat. Weszliśmy po drabinie nad urwisko, położyłem aparat na ziemi i w pewnym momencie zaczął się turlać. Fuksem zawiesił się na pniu drzewa. Gdyby nie on- roztrzaskałby się o kamienie. Wczoraj wieczorem na naprawionych rowerach pojechaliśmy na Gubałówkę. Oczywiście mogliśmy wyjechać tam kolejką, ale nie byłoby tej zabawy. Przy resztce słońca nacieszyliśmy się widokiem Tatr i po bajorze dostaliśmy się na szczyt. W ciemności zaczęliśmy zjeżdżać do Zakopanego, po stoku narciarskim. Nie trudno się domyślić, że na mokrej trawie były wywrotki czy uślizgiwanie się roweru. Bez sakw nasze maszyny niesamowicie wyrywają do przodu- różnica jest ogromna. Dzisiaj miały być Tatry Wysokie z buta, więc wstaliśmy tak jak do roboty o 5,30 i pojechaliśmy busem do Łysej Polany. Stamtąd zaczęliśmy uderzać do Doliny Pięciu Stawów. Warunki jak dla mnie były przyciężkawe. O ile do poziomu lasu leżało trochę śniegu, przebijało się słońce i było znośnie, tak powyżej leżały już zwały mokrego śniegu, woda pakowała po szlaku i pogoda nie rozpieszczała. Kotłowały się nisko chmury, do tego wiatr i przelotne zimne deszcze - tak wyglądało nasze podejście koło Siklawy. Najgorsze były jednak nawisy zalegającego śniegu, w które trzeba było się wbijać. Na wszystkich stawach zalega jeszcze lód i mogę powiedzieć, że dziś więcej tam zimy niż wiosny. Dotarliśmy do schroniska przy "Piątce" (1672 m n.p.m) i to było absolutne maksimum co mogliśmy osiągnąć. Mieliśmy ochotę wejść wyżej, choćby w kierunku Orlej Perci, ale w tych warunkach byłoby to głupotą. Zawróciliśmy i zaczęliśmy schodzić. Byłem pewny, że nie uświadczymy tu szkolnej wycieczki, i co ?. Pomyliłem się !. Pani przewodnik na czele grupy, zapytała nas o warunki panujące przy pięciu stawach. Odpowiedzieliśmy jak jest i minęliśmy ich. Jak zobaczyliśmy tych uczniów to parsknęliśmy śmiechem, choć należałoby się przerazić. Chłopcy byli ubrani w krótkie spodenki i t-shirty, a dziewczęta miały na nogach baletki- pozostawię to bez komentarza, ale skomentuję ceny zakopiańskich busów. Ja wiem, że chłopy chcą zarobić, ale 10 zł za transport do Łysej Polany z Zakopanego to jest zdrowe przegięcie. Te ceny zaczynają sięgać absurdu, nawet przy obecnych cenach paliw. Alternatywą pozostaje tylko własny samochód i... płatny parking. W piątek śpimy do południa, odpoczywamy, suszymy graty, a ja leczę kark którego stan z każdą godziną poprawia się. Do Polski podobno idzie polarne powietrze, byleby wyeliminowało przelotne opady, które towarzyszą nam od dwóch dni. A żem się dzisiaj spisał ;) - Pozdrowienia.

wtorek, 22 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 5

Po 5 dniach kąpieli w rzekach naprawdę miło wykąpać się w gorącej wodzie. Dziś popołudniu dobiliśmy do lokum w Zakopcu i przez najbliższe dni towarzyszyć nam będzie normalny dach, telewizor, lodówka, miękkie łóżeczko i Krupówki oddalone o 2 minuty drogi. Zostajemy tu do soboty i jutro ruszamy w Tatry z buta. Ostatnie dni to była mordęga. Jeździliśmy z hali na hale, choć należałoby powiedzieć podpychaliśmy z jednego pagórka na drugi. Wszystko to dlatego, że przemieszczamy się po szlakach pieszych, a czasami po najgorszych drogach zaznaczonych na mapie. Na tych duktach poza drwalami piechurów nie ma, a jak mijamy się z miejscowymi to niektórzy łapią się za głowę, że my z takimi tobołami. Grzegorza napęd w rowerze umarł, to już wiecie. Moja średnia koronka zamontowana w jego rowerze pomogła mu tylko na zjazdach i na leciuteńkich podjazdach. Pod górę Grzegorz musiał pchać. To nie była komfortowa sytuacja, zważywszy że trwała ona od niedzieli, a dziś rano"wjechaliśmy" na 1020 m n.p.m. Ostatnią noc spędziliśmy w lesie nieopodal Babiogórskiego Parku Narodowego. Wczoraj rozmawiałem z domem na temat kleszczy, a dziś rano znalazłem france na moim ciele w intymnym miejscu. Bez problemu pozbyłem się go i powiem wam, że te gady są coraz mniejsze. Ciekawe ile jeszcze ich złapię. Pomimo problemów ze sprzętem, wiatru w twarz, pokonaliśmy dziś rekordowe 65 km i jesteśmy na Podhalu. Przed 18,00 w końcu trafiliśmy do sklepów rowerowych i Grzegorz ma nowiuteńki napęd w rowerze. Przed wyjazdem zastanawiałem się po co zabieram pilnik i tyle kluczy, a ostatnimi dniami bez tego byłby ból. Rower Grzegorza chodzi już pięknie, moja kostka też ma się nie najgorzej. Czasami jeszcze się odezwie, ale jak nie napieram jak porąbany to jest dobrze. Jutro będzie pranie, nie w rzece, a w ciepłej wodzie, no i dopieścimy resztę sprzętu. Przepraszam za ewentualne błędy (piszę z komórki) i życzymy spokojnej nocy :)

poniedziałek, 21 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 3

Ktoś kiedyś powiedział, że rozmowy pomiędzy tymi co są w podróży, a tymi którzy zostają w domu to takie wzajemne okłamywanie się. Coś w tym jest bo kiedy jest "wyśmienicie", to piszesz że jest "wyśmienicie", a kiedy jest "źle" to też piszesz że jest "wyśmienicie"- i tak cały czas. A wszystko po to by nie martwić drugiej strony. Tym razem zamierzam pisać tak jak jest- bez ściemy. Niedziela dla mnie i dla Grzegorza zaczęła się źle. Mi nawalała kostka, a kompanowi dosłownie rozsypała się korba w rowerze. Zęby na podjazdach poszły w mak, a próba reanimacji tej kluczowej części skończyła się fiaskiem. Nie patrząc na nic, odkręciliśmy jedną koronkę z mojego roweru i zamontowaliśmy ją w welosipedzie Grześka. Co prawda na podjazdach dalej łańcuch przeskakuje, ale przy lekkim zjeździe spokojnie trzymamy średnią 28 km/h. Bez wątpienia musimy dorwać jakiś rowerowy sklep i wymienić cały napęd w jego rowerze. Mam wrażenie, że w tych terenach nie ma wartości pośrednich, tylko jest albo z górki, albo pod górę- czasami już do przesady. Cieszę się, że z upływem dzisiejszego dnia noga przestała mnie boleć. W Raczej za Żywcem kulinarnie zaszaleliśmy. Była pierś z kurczak, makaron i sos słodko-kwaśny. Przyrządzenie tego obiadu zajęło nam 1,5 h, ale dzięki temu posiłkowi dosłownie wdarliśmy rowery na wysokość 901 m n.p.m. Tu też mamy nocleg. Przyznam się, że w życiu nie dostałem tak w kość jak na podjeździe, na Hale Boracza. Szlak był tak stromy i kamienisty, że we dwóch musieliśmy pchać jeden rower. Przed zmrokiem udało nam się dotrzeć na szczyt, a przyroda nagrodziła nas rozgwieżdżonym niebem i ciszą. To jest tak, że w jednej chwili masz dość tego roweru, a w drugiej chłoniesz każdy zakamarek krajobrazu wszystkimi zmysłami. Jestem głęboko zafascynowany Beskidem Śląskim i Żywieckim. Pogoda nam sprzyja, dziś mocno opaliłem się na kolarza. Dobranoc, jutro dalej kręcimy :), może dotrzemy do Zawoi.

piątek, 18 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 1

Wczoraj, gdy dopakowywałem sakwy w domu miałem moment zwątpienia. Okazało się, że ważą one 29 kg, a gdzie do tego rower. Boje się, że kostka nie uciągnie takiego ciężaru. Dziś rano obudziłem się i praktycznie bez emocji pojechałem na dworzec. Zazwyczaj w momencie wyjazdu po głowie krążą mi myśli "nie jedz" albo "a siądź sobie w domu". Tym razem niczego takiego nie było :) i w tym momencie chciałbym podziękować koledze Adrianowi za pomoc w załadunku na peronie. Podróż pociągiem przeszła pomyślnie, no może poza wysiadką w Żywcu bo pociąg był nieźle zapakowany i nie zdążyliśmy jeszcze wyjść, a ludzie już wchodzili do środka. Z Żywca, który nie wywarł na Nas specjalnego wrażenia pojechaliśmy od razu na górę Żar i już tu zostaliśmy. Śpimy w lasku nieopodal zbiornika pod samym szczytem. Na zewnątrz mamy gwiaździste niebo i temperaturę +8°C stopni. Dziś zasnę bez najmniejszych problemów.

środa, 16 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - prolog

Przyroda jakiś czas temu przebudziła się do życia. Widać to na mieście po ilości spacerowiczów, rolkarzy czy ilości pokrzyw w zagajnikach. Za niecały miesiąc szał Euro 2012 osiągnie apogeum, więc to najwyższy czas do podjęcia urlopu. W tym roku miał być Krym, znowu Ukraina, ale będzie co innego... Polska.
Nigdy nie byłem nad naszym morze, ani na Mazurach i w tym roku też tam nie będę. Pakuję się właśnie na (pa)górki naszego kraju. Plan jest prosty i w zasadzie dopięty. W piątek (18.05.2012) wsiadamy w pociąg i z rowerami lądujemy w Żywcu (tym Żywcu co to ma piwo i leży u bram Beskidu Żywieckiego). Stamtąd na naszych "maszinach" będziemy podążać na wschód, w kierunku Bieszczad. "Będziemy" bo nie jadę sam, a z kolegą Grzegorzem, którego znam nie od dziś. Czasami wspólnie w niedzielę wyskakujemy na podrzeszowskie górki. I tym razem też stawiamy na wzniesienia, tylko wyższe. W ciągu najbliższych 2-óch tygodni zamierzamy pojeździć po lokalnych trasach Beskidu Żywieckiego, Beskidu Śląskiego, Podhala, Pienin, Beskidu Sądeckiego i Beskidu Niskiego. Przy dobrych wiatrach dotrzemy w Bieszczady. Całość jak dla mnie brzmi ambitnie, powiedziałbym nawet zbyt ambitnie, ale zobaczymy ile % z tego ugryziemy. W najgorszym wypadku wylądujemy w jakimś barze, bo urlopu cofnąć się nie da ;). Dystansowo trasa liczy około 600 km i ma miejsca, w których nie bardzo wiem jak przejedziemy dalej, ale jakoś to będzie. W kwestii noclegów śpimy oczywiście w namiocie po krzakach. Jak dotrzemy na Podhale w dobrym czasie to zafundujemy sobie kwaterę i przez 3-4 dni połazimy po Tatrach.
Kondycyjnie nie jestem specjalnie przygotowany, bo dalej "kuleję" z kostką. To jest moje najsłabsze ogniwo, które nie wiem jak sobie poradzi :(. Ortopeda powiedział, że staw jest stabilny i potrzeba czasu na regenerację. Zupełnie inaczej wygląda kwestia sprzętu. Pod tym względem jestem dobrze przygotowany, chyba lepiej niż kiedykolwiek. Podczas tego wyjazdu do przetestowania mam m.in. kuchenkę i nową karimatę. Wpisów z drogi miało nie być, ale udało mi się w końcu połączyć komórkę z blogiem i jak nic się nie wykrzaczy to następny post będzie zamieszczony z trasy. Proces ten polega na tym, że za pośrednictwem MMS'a będę wysyłał wpisy na specjalną skrzynkę, po przetworzeniu wylądują one na blogu :). Od ludzi przez ten czas nie zamierzam uciekać, ale od komputera, internetu, email'a i tego co dzieje się w świecie owszem. Telefon z racji braku gniazdek elektrycznych na drodze, sporadycznie będę miał włączony ;).

P.S. Pogoda narazie nie rozpieszcza, ale liczę że się poprawi. W razie zimna mamy w pogotowiu folie NRC i płynne "docieplacze". Życzcie nam pomyślności i zdrowia. Pozdrawiam :).


środa, 25 kwietnia 2012

Rezerwat Wilcze, czyli ucieczka za miasto

 
Ostatnimi czasy nawarstwiło mi się trochę spraw, w dodatku skręciłem prawą kostkę i ta kontuzja wlecze się za mną już 6-ty tydzień. Mój poziom frustracji osiągnął magiczną barierę i czułem, że muszę na moment zmienić otoczenia, nabrać świeżości spojrzenia i trochę się sponiewierać. W niedzielne przedpołudnie wziąłem mapę Podkarpacia do ręki i dostrzegłem coś takiego jak Rezerwat Wilcze w okolicach Gwoźnicy. Nie bacząc na nic, wrzuciłem coś na ząb do sakwy, wyłączyłem telefon i w pojedynkę ruszyłem w te mało znane mi tereny. Ambitnie założyłem sobie, że ani razu nie użyję GPSu w celu lokalizacji.


Warunki sprzyjały, było piękne słońce, obłoczki na niebie i 18°C. Jako, że za punkt startu obrałem Żwirownie, to przy tej pogodzie nie mogłem nie wejść do wody. Po krótkiej kąpieli w "ciepłej" wodzie, pobudzony napierałem w stronę Tyczyna zostawiając cały ten miejski zgiełk. Po drodze przypadkiem spotkałem kolegę i przeszła mi przez głowę myśl, że trochę za późno wybrałem się na taką wycieczkę bo jest już po 13,00.



Dotarłem do Hermanowej, a jej okolice zawsze mi się podobały z racji pagórkowatości. Nie rozumiem tylko dlaczego ludzie dodają nowe elementy do krajobrazu, czyli plastikowe wory ze śmieciami. Jednym słowem chamówa.

Na 12 kilometrze odbiłem w las i byłem w swoim klimacie, szutru i drzew.


Kałuż i mokradeł nie spodziewałem się ujrzeć, ale te miejscami  występowały.


Zabawa tak naprawdę dopiero się rozkręcała. Chcąc ominąć Błażową, jechałem polno-leśnymi duktami. W pewnym momencie trafiłem na drogę "przeoraną" przez traktory leśne.


Zjechałem do doliny i tereny nagle zrobiły się jakieś takie bardziej swojskie.



Nadal uparcie broniłem się przed wjazdem do Błażowej, więc jechałem po najbardziej zapuszczonych drogach jakie pokazywała moja papierowa mapa. W pewnym momencie te ledwo dostrzegalne kreski wywiodły mnie w pole - ścieżka po której jechałem po prostu urwała się. Chcąc, nie chcąc pchałem rower przez trawy i zagajniki, żeby nie podeptać posianej pszenicy. Wkrótce w oddali dostrzegłem jakąś kamienistą drogę, ale nie bardzo wiedziałem gdzie jestem. Powiedziałem, że GPS'u dzisiaj nie użyję, ale była już 16.00 i nie miałem wyjścia.
Niestety, po odpaleniu urządzenia niczego się nie dowiedziałem, okazało się że tej, ani żadnej innej drogi w pobliżu po prostu nie ma. Wychodzi, że stoję pośrodku niczego.


Posilony jogurtem i bułkami jechałem na azymut i ni z tego, ni owego zjechałem do Białki. Dalej gładziusieńkim asfaltem wleciałem do Kąkolówki. Koło cmentarza skręciłem w Kąkolówkę Nowiny i rozpoczął się mozolny podjazd. Warunki wyraźnie pogorszyły się: temperatura spadła, chmury zastąpiły niebo i zrobiło się nieco szaro. Asfaltu nagle też brakło i został tylko ubity kamień. Nie spodziewałem się ,że będą tu jakieś domy, ale tych nie brakowało. Były one co najmniej różne. Jedne zadbane, inne porzucone i nadgryzione przez ząb czasu.


Papierowa mapa pokazywała odnogę do Rezerwatu Wilcze, ale odnalezienie jej nie było łatwe. Tym razem GPS stanął na wysokości zadania i pomógł mi natrafić na tą dobrze zamaskowaną drogę.


Rezerwat Wilcze to dość zapuszczony teren: powalone drzewa, swobodnie meandrujące strumyki i żywego ducha dookoła. Idealny teren dla tych, którzy lubią się zapuścić. Od początku kierowałem się żółtym szlakiem na punkt widokowy. Przy starcie oznaczenia ścieżki są trochę zamieszane, ale kawałek wyżej nie ma z nimi problemu. Moje pierwsze skojarzenie jest takie, że ten teren jest w ogóle niewydeptany.



Nachylenie terenu jak i stan podłoża sprawiły, że częściej prowadziłem rower niż jechałem. Wielokrotnie z przerzutki wyciągałem patyki. Pokonanie 3,5-kilometrowego odcinka na szczyt zajęło mi godzinę. Dotarłem do niego zziajany, upocony i z resztką wody. Punkt widokowy liczy 506 m.n.p.m i rozpościera się z niego widok na południe. Oprócz nadajnika znajduje się tutaj stalowy krzyż.


 
W oddali na południu widziałem padający deszcz. Było już po 18.00, a to oznaczało że jeśli chce się wydostać lasem z Pasma Wilczego, to muszę natychmiast ruszać. Po zmroku nie będę w stanie dostrzec oznaczeń na drzewach. Nie będę w stanie niczego dostrzec.


Napierałem żółtym szlakiem po krawędzi rezerwatu. Droga momentami przypominała moczary, ale szło to jakoś ominąć bez utopienia butów. Z każdą chwilą na niebie przybywało ciemnych chmur i robiło się coraz ciemniej. Po 40 minutach jazdy wciąż byłem w obrębie lasu, ale pojawił się asfalt i domy. Zaczął padać delikatny deszcz i odbiłem na północ od żółtego szlaku. W Zimnym Dziale ostatecznie pożegnałem się z lasem i mogłem zmniejszyć tempo bo wiedziałem, że już się nie zgubie.


Nastał zmrok i ku mojemu zaskoczeniu w Lubeni znalazłem otwartego spożywczaka. W środku podkręcony telewizor  krzyczał, że Resovia ma mistrza polski w siatkówce. Na rynku pewnie trwa wielka feta, a ja popijam wodę pod sklepem i zastawiam się, którzy kibice byli tu pierwsi.


Miałem wracać nizinami do Rzeszowa, ale zachciało mi się jeszcze Przylasku. W przyciemnawej Lubeni odbiłem w prawo i wśród jazgotu psów wspinałem się znowu pod górę. Temperatura spadła jeszcze bardziej i osiągnęła pułap 10°C. Po 2 kilometrach jazdy moim oczom ukazał się rozświetlony Rzeszów.


Przywiesiłem się trochę, a po chwili ubrałem kominiarkę i w egipskich ciemnościach zacząłem kierować się na Budziwój. Ciemne zjazdy od zawsze mnie męczą. Nie ma tego fun'u co w dzień. Człowiek ma niby ochotę puścić hamulce, ale nigdy nie wiadomo czy nie trafi na jakąś wyrwę w asfalcie. Na hamulcu dotarłem na dół i zbliżałem się do miejsca, w którym rozpocząłem tą przejażdżkę (Żwirownia). Wyraźnie zacząłem odczuwać zmęczenie, a skręcona kostka na przekór temu wciąż trzymała się bardzo dobrze, co mnie cieszy. Dowlokłem się do zapory i po 22.00 zakończyłem wycieczkę w nowym przejściu.



* * *
Podsumowanie
To była przyjemna odskocznia od codzienności. Czułem "sponiewieranie", więc cel został osiągnięty. Najtrudniejszy odcinek na całej trasie to zdecydowanie Rezerwat Wilcze z racji częstego pchania roweru. W tym miejscu bikerzy na fullach, albo enduro znaleźliby mnóstwo przyjemności, rzecz jasna zjeżdżając w dół. Teren jest spory, poprzecinany różnymi ścieżkami i zdecydowanie do odkrycia. Nie do końca wierzyłem, że uda mi się przejechać Pasmo Wilczego, bo jak zwykle ślimaczyłem się. Średnia z jazdy wyszła 13,7 km/h. Tradycyjnie już nie obeszło się bez strat. Kleszcza nie złapałem bo za wczesna pora, ale w rezerwacie zgubiłem śrubkę mocującą od statywu. W trakcie zjazdu z kierownicy wypięła mi się też torba i z całym dobytkiem zaczęła się turlać po ziemi. Torba jedynie się pobrudziła,  aparat i inne elementy w środku  na szczęście nie ucierpiały. Ogółem łącznie z błądzeniem i dojazdami przejechałem 77 km. Poniżej podaje zapis z loggera, fragmenty dojazdowe i szukanie dróg powycinałem.