O blogu
Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.
środa, 12 września 2012
Lekcja pokory w Gorcach
Gorce od zawsze były dla mnie drugorzędne. Takie górki nie górki w których nie ma nic ciekawego i niczym nie mogą mnie zaskoczyć... Tak myślałem od dawna, więc się doigrałem.
Pani Ala, Adrian, Grześ i ja nastawiliśmy się na weekendowe rowerowanie. Miały być Bieszczady, ewentualnie Beskid Niski, ale wysokość tamtych pagórków nie przekonała nas. Główne założenie wycieczki mówiło o sponiewieraniu się (nie alkoholem) i popatrzeniu na ładne widoki. Rok temu byliśmy na takiej weekendówce w Piwnicznej i w Pieninach, teraz przyszedł czas na Gorce. W sobotę o 6.00 rano mieliśmy wystartować samochodem z rowerami na dachu. Oczywiście nie wyjechaliśmy. Tym razem pies niczego nie porwał, rowery się nie popsuły, tylko najzwyczajniej w świecie nie zadzwonił mój budzik. Z dużym poślizgiem mknęliśmy samochodem do Krościenka nad Dunajcem. Niebo było zaniesione, było mokro, ale prognoza mówiła o rozpogodzeniach. Rowerowy plan był taki, że zostawiamy auto na polu namiotowym w Krościenku i kręcimy na Lubań (1225 m n. p. m.). Tam rozbijamy namioty, a następnego dnia zjeżdżamy w dół.
Zanim dojechaliśmy na miejsce i siedliśmy na objuczone rowery to prawie wybiło południe. Zważyłem sakwy przed tą wycieczką i okazało się, że ważą 19 kg. Wniosek jest taki, że jak jest wrzesień i pogoda nie pewna, to nie ma znaczenia czy jedziesz na jedna noc, czy na tydzień - musisz zabrać podobną ilość rzeczy, jeżeli myślisz o spaniu na dziko.
Na Lubań chcieliśmy się wbić okrężną drogą, więc zaczęliśmy od 11-kilometrowego odcinka drogi wojewódzkiej w kierunku Nowego Sącza. Ta droga zawsze mi się podobała, pomimo że ruch na niej raczej nie zamiera. Obecność Dunajca nadaje tej szosie nieprzeciętnego uroku, choć należy wspomnieć o kretynach, którzy nad rzeką zostawiają swoje wory ze śmieciami - dziadostwo !.
W Tylmanowej odbiliśmy na Ochotnicę Dolną, ruch od razu zmalał i droga zaczęła się piąć coraz wyżej. Ujechaliśmy 25 km od startu i okazało się, że brakuje nam formy. Jacyś tacy kondycyjnie byliśmy "nieprzeżarci" i przydałaby się pretekst do kolejnej przerwy. Nie musieliśmy długo czekać. Orszak ślubny jechał po panne młodą, Grzegorz rzucił hasło: "padnij" i zablokowaliśmy sznur samochodów. Nie odważyli się nas rozjechać ani tym bardziej naszych rowerów. Cukierków nie mieli, ale jak wiadomo na pusto nie jechali, więc blokadę sprzedaliśmy za "flaszkę". Uśmiechnięci, z powerem, pomachaliśmy i pojechaliśmy dalej.
Zabawa zaczęła się tak naprawdę na Przełęczy Knurowskiej (846 m n.p.m.), gdy pożegnaliśmy się z asfaltem i wbiliśmy się na czerwony szlak. Już na samym początku ziemnej nawierzchni było ... darcie rowerów z buta, a przecież nasz plan tego nie zakładał. Na zmianę jechaliśmy i pchaliśmy welosipiedy bo stromizny nie pozwalały kręcić korbą. Jakby tego było mało, dalej nie mieliśmy "jadu", a flaszka wciąż była zaplombowana. Niebo bardziej się zaniosło, zrobiło się szaro, a drzewa przysłoniły wszelkie widoki. Pomyślałem sobie: "Ale trasę wymyśliłem". Niby biegnie tedy szlak rowerowy, ale kompletnie nie nadaje się na rowery z sakwami. W pewnym momencie stało się jasne, że przed zmrokiem nie dotrzemy na bazę namiotową na Lubaniu- nie ma takiej możliwości. Tempo mamy słabsze niż pokazują to tabliczki dla piechurów.
Po 18.00 zaczęliśmy się rozglądać za miejscówką pod namiot. Byliśmy niedaleko Pańskiego Lasu i znaleźliśmy niemal wzorcowy kawałek ziemi. Polana, drzewa chroniące przed wiatrem i świetny widok na Jezioro Czorsztyńskie. Podzieliśmy role i po chwili już stały dwa namioty, a na kuchence pichciła się grochóweczka ze słoiczka. Zaczynało mżyć, ale na szczęście nie rozpadało się bardziej. Przebrałem ubrania, z których mogłem wykręcać pot i przyznaję się, że czułem trochę smak porażki. Wszystko przez to, że nie zrobiłem odpowiedniego wywiadu przed wyjazdem, że teren okazał się trudny i że zabrakło nam 4 km do Lubania. Po 19.00 nastał zmrok, w dzień maksymalnie było 17ºC i noc też zapowiadała się ciepła, jak na wysokość 1000 m n.p.m.. Nie upłynęło dużo czasu i zaczął nas morzyć sen, więc poszliśmy spać jak małe dzieci. Nie pamiętam kiedy ostatni raz spałem 10 godzin. Budzik co prawda dzwonił na wschód słońca po 5.20, ale słońca nie było więc poszedłem dalej spać. Ranek był ciepły, podobnie jak noc - 12ºC. Nowy dzień zaczynał się klarować i pojawił się zarys Tatr. O 8.20 byliśmy po śniadaniu, zwarci, zwinięci i gotowi do dalszej drogi.
Do Lubania zostało nam 200 metrów w pionie. Chmury przewalały się przez las i przy końcówce podjazdu zaczęła się masakra. Nie było mowy o jeździe. Kamienie, stromizna, skutecznie utrudniały nam wtaczanie rowerów. Sukcesywnie, metr po metrze pchaliśmy jeden rower we dwoje, a czasami po prostu łatwiej było je nieść. Pot lał się z nas jakbyśmy wypili wczoraj po "pól litra", a ta weselna została tylko napoczęta. Czy mogło być gorzej ?. Mogło być, wystarczyłby mały deszcz i poziom trudności wzrósłby jeszcze bardziej. Po 1,5h od dzisiejszego startu wdarliśmy się na Lubań. Poczułem satysfakcje, że wreszcie coś dostajemy za ten wysiłek, a jakby tego było mało, widoczność z każdą chwilą była coraz lepsza.
Baza namiotowa na Lubaniu nie wygląda źle. Można palić ognisko, jest wiata, jest źródło z pitną wodą. Krajobrazowo będzie, ale nasza miejscówka pod namiot miała zdecydowanie lepsze widoki. Po krótkiej przerwie rozpoczęliśmy zjazd do Krościenka nad Dunajcem - 800 metrów w pionie. Nakręceni, nie zwróciliśmy uwagi na oznaczenia i wskoczyliśmy na zielony szlak do Tylmanowej. Musieliśmy zawrócić pchając rowery pod górę, ale panorama doliny widziana z tej perspektywy warta była tego pobłądzenia. Od tego momentu pilnowaliśmy już czerwonego szlaku i wysokość wytracaliśmy błyskawicznie. Nie było już pchania rowerów czy potu, był tylko czysty zjazd. Co jakiś czas mijaliśmy turystów idących pod górę, których było więcej niż wczoraj bo w sobotę spotkaliśmy tylko trzy osoby.
Po 12.00 słońce przygrzewało już zdrowo, za Marszałkiem (828 m n.p.m) Adrianowi poszła dętka w tylnym kole, ale po dopompowywaniu udało się dokończyć zjazd do Krościenka.
Wczorajszy dzień i dzisiejszy poranek był dla mnie lekcją pokory. Nigdy nie należy lekceważyć jakiegokolwiek pasma gór bo zostanie się sprowadzonym do parteru, albo jak w tym przypadku do stromych podjazdów i zjazdów. Przyznaję, że zmęczenie dało nam w kość i choć wczoraj byłem zły na siebie za tą trasę, to dziś ja jak i moi kompani jesteśmy zachwyceni. Pogoda dopisała, osiągnęliśmy satysfakcjonujący poziom zmęczenia, więc wyjazd jest na plus.
* * *
Podsumowanie
Tradycyjnie już nie obeszło się bez strat. O ile tym razem nie ubiłem żadnego kleszcza, ani nie zgubiłem buta, to niestety z przykrością muszę stwierdzić, że w tylnej sakwie wydarłem dziurę i kolejny raz rozpierniczyłem mój chiński statyw. Z opony w tylnym kole na dobre zaczęły mi już wyłazić druty i na gładkim asfalcie rower podskakuje - szykuje się wymiana "kapcia".
Dystansowo wyszło nam 58 km, choć zakładaliśmy więcej. Jak na pierwszą połowę września przystało, słońce ładnie opalało, zwłaszcza w niedziele.
W poniedziałek jak gdyby nigdy nic, wróciłem do roboty. Wszyscy co mnie widzieli mówili: "Ładnie popiłeś na weekendzie". Owszem wyglądałem na zmiętego, ale najlepsze jest to, że nie wypiłem ani łezki. Wyszło na to, że wygląd upojenia alkoholowego uzyskałem na rowerze. A kaca to mam... moralnego, że tylko dwa dni jeździliśmy w Gorcach.
Poniżej link do zdjęć i mapa
Zdjęcia z wypadu >>LINK
Trasa rowerowej wycieczki poniżej
poniedziałek, 2 lipca 2012
(Pa)górki południowej Polski - epilog
Długo to trwało, ale wreszcie się udało. Wybór zdjęć do pokazania nie był prosty bo chciałem, żeby było strawnie, z lekką nutką niedosytu ;). Czy to mi się udało ?, nie wiem. Dlatego ocenę pozostawiam Wam. Ale zanim zobaczycie zdjęcia, chciałbym zaprezentować swoją pierwszą "pokazówkę". Taki mały slideshow z podróży:
https://vimeo.com/44565943
Po obejrzeniu filmiku zapraszam do galerii internetowej:
http://ciosna.dphoto.com/#/album/d3837x/photo/8722424
Wypad w polskie Karpaty uważam za zakończony. Teraz będę jeździł, co najwyżej po miejskich bulwarach i pozwalał kiełkować w głowie kolejnym pomysłom ;)
czwartek, 31 maja 2012
(Pa)górki południowej Polski - epizod przedostatni
Pojawiało się zdjęcie, bo piszę już z domu :). Wczoraj szczęśliwie dobiliśmy do Rzeszowa i zakończyliśmy eskapadę. Ostatni dwa dni jazdy były dosyć intensywne, bo nasze dzienne dystanse przekraczały 90 km. Nie mieliśmy czasowego parcia, ale dopiero teraz dostaliśmy "jadu" do kręcenia korbą. Wcześniej, gdy siadaliśmy na rowery to z rana odzywały się ręce i nogi. Mój staw skokowy przetrwał tą podróż i szczerze mówiąc ma się lepiej niż przed wyjazdem.
Przed rozpoczęciem tej wyprawy chciałem poznać nowy fragment Polski, przetestować kilka rzeczy i trochę się sponiewierać. Udało się to zrobić. Przetarliśmy dla siebie kilka szlaków i w pewne miejsca będę chciał kiedyś wrócić. Nie powiem, było ciężko, momentami nawet bardzo. Z takich odczuć najtrudniejszą chwilą jest moment kiedy zmęczony po całym dniu szukasz miejscówki, potem rozbijasz namiot i znowu wypakowujesz śpiwór, karimatę, etc. Dopiero dalszą rzeczą w kolejności jest zasunięcie zamka w śpiworze i odpłynięcie w sen. Jeśli chodzi o sprzęt, zwłaszcza ten starszy to mieliśmy kumulację problemów. Pierwszego dnia pod Żywcem, na drodze wojewódzkiej przyczepa Grzegorza pokazała swój humor i przy prędkości 55 km/h wypięła się. Skutek był taki, że wystrzeliła jak z procy i wylądowała w rowie. Poza kilkoma odrapaniami większych uszkodzeń nie odnotowaliśmy. Drugiego dnia Grzegorz zajechał swój napęd i przez następne trzy dni musiał prowadzić rower na podjazdach. To doświadczenie bardziej męczyło psychicznie, niż fizycznie. Dobrze, że w Zakopanem można kupić nie tylko chińskie pamiątki, ale i części rowerowe. Mój czerwony rower też święty nie był. W Pieninach, bębenek w tylnym kole zaczął wydawać metaliczne dźwięki. Miałem to już rozdzierać, ale pomogło wlanie oliwy. Najprawdopodobniej ten element kończy swój żywot.
Wiele się działo podczas tego wyjazdu i zapamiętam na pewno te krótkie rozmowy z miejscowymi. To niesamowite jak obcy ludzie chcą Ci przychylić nieba, albo dzielą się swoją historią, która naznaczyła ich na całe życie. Mam nadzieję, że tej otwartości, nam Polakom nigdy nie braknie.
Poza Eugeniuszem i Oliwią, maskotami które towarzyszyły nam od Zakopanego, przywieźliśmy także nietrwałą pamiątkę w postaci opalenizny. Ja opaliłem się na kolarza, a Grzegorz na Bułgara.
W ciągu 13-tu dni jadąc na rowerach, a czasami je pchając, pokonaliśmy 677 km. Z buta po Tatrach zrobiliśmy 31 km i pod tym względem możemy czuć niedosyt. Wysoko w górach wciąż zalega śnieg, ludzie wspominali że tydzień temu jeszcze jeździli na nartach, dlatego wyższe partie musieliśmy odpuścić.
Pieniędzmi przez ten czas nie szastaliśmy, nie chodziliśmy do barów, nie korzystaliśmy z zaproszeń klubu go-go, także finansowo wyszło nieźle. Wszystkie "potrawy" przyrządzaliśmy sami na benzynie ekstrakcyjnej (czytaj: kuchence) i nie przymieraliśmy głodem. Zważyłem się po powrocie i wychodzi, że schudłem 0,7 kg - czyli obiad.
Z rzeczy, które w ogóle mi się nie przydały, a które wiozłem całą drogę to: bluza polarowa, czapka zimowa (kominiarka wystarczyła), zimowe rękawiczki, odtwarzacz MP3 i szczypta pieprzu.
Przyznaję, że pogoda świetnie dopisała. W pierwszych dniach było po +28°C, potem upały zelżały i temperatura momentami wynosiła do +15°C. Poza jedną rześką nocą w Pieninach, temperatura nad ranem zatrzymywała się przy +8°C. Padało z przerwami tylko w jeden dzień i w ostatnią noc w Beskidzie Niskim, także nie przemokliśmy ani razu. No może poza Doliną Pięciu Stawów bo tam to nas przewiało i przemoczyło.
Na koniec posta, dziękuję Wszystkim Ludziom za wsparcie duchowe, fizyczne i informacyjne. Bez waszej pomocy byłoby nam trudniej.
Poniżej zamieszczam zrzut z loggeraGPS jak przebiegała rowerowa trasa. Etap pieszy z Tatr, jak i błądzenie pominąłem.
P.S. Zdjęć z wyjazdu jest trochę i są w surowym formacie. Minie jeszcze trochę czasu zanim je przebiorę i przerobię do zjadliwej formy, dlatego poniżej zamieszczam zalążek fotografii. Link do pełnej fotorelacji pojawi się w następnym poście. Póki co we wszystkich postach wysyłanych z komórki (bez zdjęć) poprawiłem literówki.
Przed rozpoczęciem tej wyprawy chciałem poznać nowy fragment Polski, przetestować kilka rzeczy i trochę się sponiewierać. Udało się to zrobić. Przetarliśmy dla siebie kilka szlaków i w pewne miejsca będę chciał kiedyś wrócić. Nie powiem, było ciężko, momentami nawet bardzo. Z takich odczuć najtrudniejszą chwilą jest moment kiedy zmęczony po całym dniu szukasz miejscówki, potem rozbijasz namiot i znowu wypakowujesz śpiwór, karimatę, etc. Dopiero dalszą rzeczą w kolejności jest zasunięcie zamka w śpiworze i odpłynięcie w sen. Jeśli chodzi o sprzęt, zwłaszcza ten starszy to mieliśmy kumulację problemów. Pierwszego dnia pod Żywcem, na drodze wojewódzkiej przyczepa Grzegorza pokazała swój humor i przy prędkości 55 km/h wypięła się. Skutek był taki, że wystrzeliła jak z procy i wylądowała w rowie. Poza kilkoma odrapaniami większych uszkodzeń nie odnotowaliśmy. Drugiego dnia Grzegorz zajechał swój napęd i przez następne trzy dni musiał prowadzić rower na podjazdach. To doświadczenie bardziej męczyło psychicznie, niż fizycznie. Dobrze, że w Zakopanem można kupić nie tylko chińskie pamiątki, ale i części rowerowe. Mój czerwony rower też święty nie był. W Pieninach, bębenek w tylnym kole zaczął wydawać metaliczne dźwięki. Miałem to już rozdzierać, ale pomogło wlanie oliwy. Najprawdopodobniej ten element kończy swój żywot.
Wiele się działo podczas tego wyjazdu i zapamiętam na pewno te krótkie rozmowy z miejscowymi. To niesamowite jak obcy ludzie chcą Ci przychylić nieba, albo dzielą się swoją historią, która naznaczyła ich na całe życie. Mam nadzieję, że tej otwartości, nam Polakom nigdy nie braknie.
Poza Eugeniuszem i Oliwią, maskotami które towarzyszyły nam od Zakopanego, przywieźliśmy także nietrwałą pamiątkę w postaci opalenizny. Ja opaliłem się na kolarza, a Grzegorz na Bułgara.
W ciągu 13-tu dni jadąc na rowerach, a czasami je pchając, pokonaliśmy 677 km. Z buta po Tatrach zrobiliśmy 31 km i pod tym względem możemy czuć niedosyt. Wysoko w górach wciąż zalega śnieg, ludzie wspominali że tydzień temu jeszcze jeździli na nartach, dlatego wyższe partie musieliśmy odpuścić.
Pieniędzmi przez ten czas nie szastaliśmy, nie chodziliśmy do barów, nie korzystaliśmy z zaproszeń klubu go-go, także finansowo wyszło nieźle. Wszystkie "potrawy" przyrządzaliśmy sami na benzynie ekstrakcyjnej (czytaj: kuchence) i nie przymieraliśmy głodem. Zważyłem się po powrocie i wychodzi, że schudłem 0,7 kg - czyli obiad.
Z rzeczy, które w ogóle mi się nie przydały, a które wiozłem całą drogę to: bluza polarowa, czapka zimowa (kominiarka wystarczyła), zimowe rękawiczki, odtwarzacz MP3 i szczypta pieprzu.
Przyznaję, że pogoda świetnie dopisała. W pierwszych dniach było po +28°C, potem upały zelżały i temperatura momentami wynosiła do +15°C. Poza jedną rześką nocą w Pieninach, temperatura nad ranem zatrzymywała się przy +8°C. Padało z przerwami tylko w jeden dzień i w ostatnią noc w Beskidzie Niskim, także nie przemokliśmy ani razu. No może poza Doliną Pięciu Stawów bo tam to nas przewiało i przemoczyło.
Na koniec posta, dziękuję Wszystkim Ludziom za wsparcie duchowe, fizyczne i informacyjne. Bez waszej pomocy byłoby nam trudniej.
Poniżej zamieszczam zrzut z loggeraGPS jak przebiegała rowerowa trasa. Etap pieszy z Tatr, jak i błądzenie pominąłem.
P.S. Zdjęć z wyjazdu jest trochę i są w surowym formacie. Minie jeszcze trochę czasu zanim je przebiorę i przerobię do zjadliwej formy, dlatego poniżej zamieszczam zalążek fotografii. Link do pełnej fotorelacji pojawi się w następnym poście. Póki co we wszystkich postach wysyłanych z komórki (bez zdjęć) poprawiłem literówki.
wtorek, 29 maja 2012
(Pa)górki południowej Polski - Dzień 12
Rankami nie śpimy tak długo jak tego chcielibyśmy. Pomimo zmęczenia, organizm sam budzi się po 7,00 i ma dość snu. Wtedy nie pozostaje nam nic innego jak pozbierać graty, pooglądać tyłki czy nie ma tam jakiego kleszcza i jechać dalej. Miejscówki pod namiot szukamy najczęściej po 19,00. Rozbijanie namiotu przy świetle dziennym jest wygodniejsze i nie trzeba świecić latarkami. Wczoraj jechaliśmy wzdłuż rzeki Poprad i tak naprawdę to był całodzienny taniec z deszczem. Jak padało to siedzieliśmy na przystanku, jak nie padało to kręciliśmy po asfalcie. Ciemne chmury i burze przewalały się po niebie od samego południa. Odwiedziliśmy Krynicę Zdrój i to miasto poza dużym supermarketem nie zrobiło na nas wrażenia. Minęliśmy je szybko i przed Grybowem na horyzoncie znowu pojawiły się ciemne chmury. Wiedzieliśmy, że nie uciekniemy przed deszczem i w ostatnim momencie, w lesie rozbiliśmy namiot. Udało się uchronić nas i nasz ekwipunek przed wodą. Wczoraj i dziś przewaliliśmy sporo terenu. W niedzielę byliśmy w Pieninach, a dziś jesteśmy już w Beskidzie Niskim. Ogólnie punkt startu - Żywiec jest już odległym wspomnieniem. Na liczniku w chwili obecnej mamy prawie 600 km. Dziś dotarliśmy do absolutnego krańca Polski- Koniecznej. Krajobraz byłych PGR-ów, porozpierniczanych gospodarstw i braku widocznych perspektyw na lepsze jutro jest przytłaczający. Ten fragment Beskidu Niskiego to zapomniany kawałek Polski, choć trzeba powiedzieć, że zdarzają się i tu wypasione traktory i gospodarstwa. Praktycznie od początku tego wyjazdu wchłaniamy mnóstwo jedzenia. Jemy wszystko jak leci z wyjątkiem flaczków, bo tych nie znosimy. Coli wypiliśmy już dużo i nie mamy jej jeszcze dość. Gorzej jest z czekoladowymi batonikami. Dziś wziąłem w sklepie dwa Snickersy do koszyka i odłożyłem je z powrotem na półkę. Autentycznie mi się przejadły i nie mogę na nie już patrzeć. Jako zamiennik wziąłem batony Lion. Na batoniku jest energia na jeden podjazd - on tylko "furknie". Zupełnie inaczej wygląda sprawa z gotowanym żarciem- z tego jest moc. Kuchenka na paliwo jest świetną sprawą. Pozwala nie tylko spróbować wszystkich dań z Pudliszek, ale i podgrzać wodę do umycia się w zimny wieczór. Ogólnie dalej na drodze budzimy zainteresowanie. Jedni nam się kłaniają, inni kwitują: "Że wam się tak chce". Dziś pan w Klimkówce stwierdził, że z takimi tobołami wybieramy się pewnie na wojnę trzydziestoletnią. Po tych kilkunastu dniach podróży rozbijanie namiotu jak i przemieszczanie się idzie nam sprawnie. Człowiek nabiera pewnych nawyków i pakuje się bardziej praktycznie. Samopoczucie i zdrowie narazie nam dopisują. Z kostką jest dobrze, chyba na tych Żywieckich i Sądeckich podjazdach dostała w kość bo przestała się odzywać. Gwoli wyjaśnienia chyba nie obumarła tylko się pewnie rozćwiczyła :). Do usłyszenia, mam nadzieję, że w świecie pod naszą nieobecność bardzo nie nagrandzili. Pozdrower
poniedziałek, 28 maja 2012
(Pa)górki południowej Polski - Dzień 10
Miało nie być dziś wiadomości, ale jutro śpimy długo, więc dlaczego nie. Pisanie z komórki ogólnie jest uciążliwe i czasochłonne, ale to jedyna możliwość zdalnego zamieszczania postów. Pamiętacie jak wczoraj pisałem o bajecznej miejscówce z widokiem na Tatry. Nie było tak bajecznie, bo w nocy temperatura spadła do +1°C, a rano wszystko zalane było "mlekiem" (mgła). Tak więc poranna sesja zdjęciowa odpadła. Ze Sromowców polecieliśmy zubierani do Czerwonego Klasztoru. Stamtąd wzdłuż Dunajca dojechaliśmy do Szczawnicy. Tradycją stało się już, że nasze obładowane rowery przyciągają uwagę, w szczególności Grześka przyczepka. W Szczawnicy nabyliśmy colę i zaczęliśmy podjeżdżać na Przehybe (1175 m n.p.m). To jak do tej pory nasz najtrudniejszy podjazd, choć i tak za namową miejscowych wybraliśmy najłatwiejszy wariant trasy. Spotkany rowerzysta powiedział, że ciężko wejść od Szczawnicy na tą górę z buta, a co dopiero wjechać na rowerze. Coś w tym prawdy może i jest, bo w końcówce podjazdu miałem dość i Grzegorz pomagał mi pchać rower. Autentycznie opadłem z sił, choć godzinę wcześniej zjedliśmy prawie 1 kg grochówki na dwóch. Jak człowiek nie ma "paliwa", to wtedy czuje jak jego organizm spala samego siebie. Po wdarciu się na Przehybe podjęliśmy trud jazdy na Radziejową (1261 m n.p.m) i udało się tam dotrzeć tuż przed zachodem słońca. Na tej górze jest drewniana wieża widokowa, z której rozpościera się widok na Tatry, Pieniny, Beskid Sądecki, Niski i Wyspowy. Namiot dziś rozbiliśmy po ciemku, gdzieś pomiędzy Rytrem, a Piwniczną Zdrój. O ile podjazdy kosztują nas mnóstwo czasu, tak na zjazdach nie próżnujemy. Dziś gdy zjeżdżaliśmy z gór po wąskich ścieżkach, zaliczaliśmy wywrotki. Czasami jest taka stromizna, że nie sposób utrzymać roweru czy przyczepki. Mam wrażenie, że na tych pagórkach sakwy i sprzęt lecą w zastraszającym tempie. No, ale nikt nie mówił, że będzie lekko. Dobranoc, życzcie nam ciepła.
sobota, 26 maja 2012
(Pa)górki południowej Polski - Dzień 9
Wyspani, umyci i podładowani pomknęliśmy rano w Pieniny. Dziś śpimy nad Sromowcami Wyżnymi na granicy parku narodowego. Miejscówkę mamy z bajecznym widokiem na Tatry. Tak w ogóle to nie brakuje po drodze miejsc gdzie można podziwiać potęgę gór. Wczoraj w ramach relaksu pojechaliśmy na zakopiańskie Krzeptówki, a potem zapuściliśmy się na rowerowy szlak po Tatrach. Mapy i słupki informują, że na Hale Gąsienicową (1500 m n.p.m) można wjechać rowerem. No to pojechaliśmy i dojechaliśmy jedynie do "Psiej Trawki". Kamienista nawierzchnia tego szlaku, niestety nie nadaje się ani do podjazdu, ani do zjazdu. Ktoś kto wyznaczył tą ścieżkę rowerową chyba nie miał pojęcia o jeździe na rowerze. 4 zł za wstęp do parku oczywiście musieliśmy zapłacić. Plus tej wycieczki jest jedynie taki, że umyliśmy sobie rowery i zdaliśmy sobie sprawę, że po Tatrach nie jeździ się rowerem. Wczoraj po pagórkach zrobiliśmy na nieobładowanych rowerach 30 km. Czuliśmy się jakbyśmy pojechali po bułki do sklepu - nasze organizmy przyzwyczaiły się już do zwiększonego wysiłku. Dziś opuściliśmy nasz pokój w Zakopcu i zaczęliśmy dzień od 16-kilometrowego podjazdu. Później od samiusieńkiej Bukowiny do Jeziora Czorsztyńskiego było praktycznie z górki, więc kilometry szybko nam uciekały. Po drodze odwiedziliśmy XV-wieczny kościół w Dębnie Podhalańskim i zajechaliśmy pod zamek w Niedzicy. Pogoda nam sprzyja. Do południa było +9 stopni, a popołudniu temperatura osiągnęła +15 stopni. Z zawianą szyją jest lepiej, mięśnie puściły, kostka również nie wykazuje najmniejszego buntu :). Od Zakopanego dwie maskotki towarzyszą nam w podróży. Grzegorza przyczepkę dociąża Eugeniusz, a moją kierownicę Oliwia. Dziś kładziemy się wcześniej i jutro wcześniej wstajemy bo o 7.00 mamy Mszę Św. w tutejszym kościele. Dobrze, że śpimy w namiocie bo w poprzednią noc poleciałem z łóżka- tutaj mogę się co najwyżej sturlać. W kwestii zagrożeń, poza kleszczami musimy uważać na żmije. Podobno tutaj występują. Spokojnej nocy kochani. Pozdrawiamy
czwartek, 24 maja 2012
(Pa)górki południowej Polski - Dzień 7
Znajomi śmieją się, że jestem stary i zwapniały, i coś w tym musi być. Z kostką od dwóch dni mam całkowity spokój, ale tym razem zawiało mi przepoconą szyję i jestem trochę zesztywniały. Strachu nie ma bo zabrałem tabletki na tą dolegliwość, która towarzyszy mi co jakiś czas. Po kilkunastu godzinach powinno mi przejść. Pierwsza noc na normalnym łóżku była dziwna, powiedziałbym że lepiej śpi mi się w namiocie, ale komfort łazienki i możliwość podładowania elektroniki jest mimo wszystko nie do przecenienia. Szóstego dnia podróży (wczoraj) tak na rozgrzewkę udaliśmy się do Doliny Kościeliskiej. Poza zwykłymi turystami były tłumy szkolnych wycieczek. Grupa za grupą przemieszczała się po dolinie, zakłócając szum płynących strumyków. Jako, że w tej dolinie nie brakuje jaskiń, postanowiliśmy odwiedzić trzy z nich. Bez wątpienia najwięcej emocji budzi Jaskinia Mylna. Całkowita ciemność, brak ludzi, zero komerchy, wąskie przejścia, chłód, łańcuchy- to jest to. Jeżeli nie macie klaustrofobii i jesteście sprawni to polecam ten zdrowy zastrzyk adrenaliny. Przed inną jaskinią (Smoczą Jamą) prawie straciłbym aparat. Weszliśmy po drabinie nad urwisko, położyłem aparat na ziemi i w pewnym momencie zaczął się turlać. Fuksem zawiesił się na pniu drzewa. Gdyby nie on- roztrzaskałby się o kamienie. Wczoraj wieczorem na naprawionych rowerach pojechaliśmy na Gubałówkę. Oczywiście mogliśmy wyjechać tam kolejką, ale nie byłoby tej zabawy. Przy resztce słońca nacieszyliśmy się widokiem Tatr i po bajorze dostaliśmy się na szczyt. W ciemności zaczęliśmy zjeżdżać do Zakopanego, po stoku narciarskim. Nie trudno się domyślić, że na mokrej trawie były wywrotki czy uślizgiwanie się roweru. Bez sakw nasze maszyny niesamowicie wyrywają do przodu- różnica jest ogromna. Dzisiaj miały być Tatry Wysokie z buta, więc wstaliśmy tak jak do roboty o 5,30 i pojechaliśmy busem do Łysej Polany. Stamtąd zaczęliśmy uderzać do Doliny Pięciu Stawów. Warunki jak dla mnie były przyciężkawe. O ile do poziomu lasu leżało trochę śniegu, przebijało się słońce i było znośnie, tak powyżej leżały już zwały mokrego śniegu, woda pakowała po szlaku i pogoda nie rozpieszczała. Kotłowały się nisko chmury, do tego wiatr i przelotne zimne deszcze - tak wyglądało nasze podejście koło Siklawy. Najgorsze były jednak nawisy zalegającego śniegu, w które trzeba było się wbijać. Na wszystkich stawach zalega jeszcze lód i mogę powiedzieć, że dziś więcej tam zimy niż wiosny. Dotarliśmy do schroniska przy "Piątce" (1672 m n.p.m) i to było absolutne maksimum co mogliśmy osiągnąć. Mieliśmy ochotę wejść wyżej, choćby w kierunku Orlej Perci, ale w tych warunkach byłoby to głupotą. Zawróciliśmy i zaczęliśmy schodzić. Byłem pewny, że nie uświadczymy tu szkolnej wycieczki, i co ?. Pomyliłem się !. Pani przewodnik na czele grupy, zapytała nas o warunki panujące przy pięciu stawach. Odpowiedzieliśmy jak jest i minęliśmy ich. Jak zobaczyliśmy tych uczniów to parsknęliśmy śmiechem, choć należałoby się przerazić. Chłopcy byli ubrani w krótkie spodenki i t-shirty, a dziewczęta miały na nogach baletki- pozostawię to bez komentarza, ale skomentuję ceny zakopiańskich busów. Ja wiem, że chłopy chcą zarobić, ale 10 zł za transport do Łysej Polany z Zakopanego to jest zdrowe przegięcie. Te ceny zaczynają sięgać absurdu, nawet przy obecnych cenach paliw. Alternatywą pozostaje tylko własny samochód i... płatny parking. W piątek śpimy do południa, odpoczywamy, suszymy graty, a ja leczę kark którego stan z każdą godziną poprawia się. Do Polski podobno idzie polarne powietrze, byleby wyeliminowało przelotne opady, które towarzyszą nam od dwóch dni. A żem się dzisiaj spisał ;) - Pozdrowienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











