O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

poniedziałek, 13 lutego 2017

Maska antysmogowa Dragon Sport rozmiar XL - test, opinia użytkownika (cz.I)

Nie jest tajemnicą, jakie marne powietrze mamy zimą w Polsce. Jeszcze kilka lat temu o smogu bardzo rzadko się mówiło, a dziś na potęgę się nim straszy. Ten problem istnieje i kwitnie od dziesięcioleci. Społeczeństwo zrobiło się jednak nieco bardziej świadome i stąd cały ten szum. Powiedzmy sobie szczerze, to dobrze że dostrzegamy konsekwencje tego czym palimy w piecu i tego czym tak naprawdę oddychamy.
Jako, że od stycznia śmigam dzień w dzień do roboty na rowerze, to postanowiłem zakupić sobie maskę antysmogową Dragon Sport. Poniżej, w kilku słowach przedstawię moją opinie o niej:
1. Cena. Czyli co zawiera opakowanie i ile to kosztuje.
Za 129 zł otrzymujemy maskę neoprenową (dostępne są różne rozmiary), dwa wymienne filtry N99 oraz instrukcję. Otrzymany zestaw jest kompletny i gotowy do użycia. Żywotność filtra, w zależności od intensywności użytkowania wynosi od 20 do 50 godzin. Jeśli miałbym odnieść koszt tej maski do konkurencji, to wychodzi to średnia półka. Nie jest to produkt najtańszy, ani też nie jest najdroższy (są maski antysmogowe za ponad 300 zł)
Moja ocena kosztów zakupu:
3/5 pkt.


2. Jakość.
Maska jest wykonana z neoprenu, który faktycznie jest elastyczny. Na wysokości nosa jest blaszka dbająca o lepszy docisk maski w tym miejscu. Filtr przymocowany jest na plastikowych zaworach zwrotnych, które również w razie potrzeby możemy wymienić za 9 zł. Jeżeli chodzi o wytwarzanie, to na pudełku czytamy: "Zaprojektowano w Polsce, wyprodukowano w Chinach". Nowa maska (nie filtr) ma specyficzny zapach z produkcji i znika on po mniej więcej 2-tygodniach użytkowania. Nie jest to jakiś intensywny zapach, nie wykręca też nosem. Jest to potwierdzenie, że mamy do czynienia z produktem, z Chin. Z zauważonych rzeczy: maska trzyma się na rzepie i ostra strona rzepa zaciąga neopren po drugiej stronie. Wynika to z tego, że krawędzie nie są obszyte jakąkolwiek lamówką. Moim zdaniem można by to poprawić. Może nie na całej długości, ale częściowo na pewno. Kolejna rzecz zależna już jest od anatomii twarzy. Zauważyłem, że w okolicy nosa (gdzie jest metalowy docisk) wdychałem "lewe" powietrze. Aby uszczelnić maskę, podkleiłem tam sobie małe gąbeczki i filtr jest już dociśnięty do skóry. Możliwe, że u innych osób nie będzie w ogóle tego problemu (każdy nos ma swój kształt). Trzecią rzecz, którą zauważyłem, to po 2-tygodniach zaczęły odklejać się boczne siatki. Jak tylko to wykryłem, maska poszła do reklamacji, ale o tym później.
Ocena jakości wykonania:
3/5 pkt.

Widok maski od środka. Te dwa czarne kółka w środku to zawory zwrotne. Widoczne niebieskie gąbki, to moja modyfikacja, aby maska lepiej przylegała do nosa.
3. Funkcjonalność.
To moim zdaniem najważniejsza cecha maski antysmogowej. Maska Dragon Sport plus dołączony filtr bardzo dobrze sobie radzi z marnej jakości powietrzem. Ewidentnie czuć różnice po założeniu maski. Codziennie przejeżdżam przez osiedle domków jednorodzinnych. Widać po kolorze dymu, że ludzie palą różnym dziadostwem. Oddychanie z maską i bez maski, to jak dwa różne światy. Wcześniej po jeździe w zimie dopadał mnie kaszel, który po kilku godzinach ustępował. Po miesiącu jeżdżenia w masce antysmogowej, nie zakaszlałem ani razu. Według producenta, dostarczony filtr N99 zatrzymuje: kurz, pleśń, spaliny, dym tytoniowy i zawiesiny stałe PM2,5 oraz PM10. Nie wiem czy zatrzymuje to wszystko, ale ja czuje znaczną różnicę, więc wierzę, że tak jest. Oczywiście trzeba sobie wprost powiedzieć, że skoro maska działa, to wdychanie powietrza do płuc jest nieco przyhamowane. Moim zdaniem trening z dużą intensywnością odpada - nie jesteśmy w stanie wciągnąć tyle powietrza ile potrzebuje nasz organizm. Chciałbym zaznaczyć, że jak np. jedziemy rowerem i oddychamy przy -10°C to filtr już po kilku kilometrach robi się mokry od pary z ust. To jest normalne zjawisko i bądźmy świadomi, że mokry filtr jeszcze bardziej hamuje przepływ powietrza przy wdechu. Wydech jest bezproblemowy w masce - są dwa zawory zwrotne i nim bez trudu wydostaje się powietrze na zewnątrz. Przy dojazdach do pracy, gdzie mam normalne tempo i tętno nie mam najmniejszych problemu z nabraniem powietrza. Przy intensywnym treningu czuje się jakbym się podduszał.
Moja ocena funkcjonalności
4/5 pkt.


4. Koszty użytkowania.
Tutaj nie ma problemu. Jak deklaruje producent filt należy zmieniac co 20-50 godzin. Koszt pojedynczego wkładu to około 8 zł. Nie jest to dużo, zważywszy że w konkurencyjnych maskach cena wynosi około 50 zł. 
Moja ocena kosztów eksploatacji:
4,5/5 pkt.

Wymienny filtr N99
5. Obsługa zewnętrzna.
Maskę zamówiłem przez internet na stronie internetowej producenta i tutaj odniosę się do tego jak zostałem obsłużony. Zakup i wysyłka sprawnie przebiegły. Na witrynie sklepu możemy śledzić status zamówienia. Jeśli możliwe są opóźnienia to sprzedawca o tym informuje przed zakupem. Zdarzyła mi się reklamacja. Tak jak pisałem wcześniej maska delikatnie się rozkleiła. Nie wypływało to na działanie produktu, ale moim zdaniem za 129 zł mamy prawo już wymagać. Producent stanął na wysokości zadania i natychmiast wysłał mi nową maskę kurierem. Poprzednią maskę ten sam kurier zabrał na koszt sprzedawcy. Bardzo profesjonalne podejście.
Moja ocena obsługi i podejścia do klienta:
5/5 pkt. 


Podsumowanie.
Maska spełnia swoją funkcję czyli filtruje i to jest dla mnie najważniejsze. W normalnej jeździe po mieście, z prędkością 18 km/h daje sobie radę. Gdybym chciał intensywniej trenować, albo biegać w niej po schodach - mógłbym się udusić. Byłem całkowicie świadomy tej cechy w momencie zakupu. Jak poszperamy w internecie, to znajdziemy opinie, że maski innych producentów również hamują dostęp wdychanego powietrza. Z tej perspektywy wydaje się to być zrozumiałe, w końcu filtr musi działać.  

Gdyby ktoś zadał mi pytanie: Czy kupiłbym ponownie tą maską ?. I zaproponował odpowiedzi:
- ZDECYDOWANIE TAK;
- TAK;
- NIE WIEM - ZASTANOWIŁBYM SIĘ;
- NIE;
- ZDECYDOWANIE NIE;
To moja odpowiedź brzmi - TAK.

Ostateczna ocena maski to:
3,9/5 pkt.

Klikając tutaj przejdziesz do drugiej części testu. 

niedziela, 1 stycznia 2017

Happy New Year 2017

Rok 2016 zakończyliśmy w Bieszczadach. To był zdecydowanie dobry czas, z fajnymi wyjazdami i wycieczkami. Mamy nadzieję, że 2017 rok również będzie owocny i pełny przygód. Gorąco życzymy tego Wam i sobie.
Relacje z naszej sylwestrowej wędrówki można znaleźć na naszym facebook'owym profilu  >>Link

wtorek, 25 października 2016

To już jesień

Jakiś czas temu zastanawialiśmy się kiedy jesień się zadomowi, kiedy pojawią się liście w tysiącach kolorów i kiedy orzechy spadną z drzew. Przyszły pierwsze przymrozki
i jesień zakwitła. Jeśli ktoś nie był dawno w lesie, to warto się teraz wybrać. Polska stoi lasem, nie trzeba jechać nigdzie daleko, aby podziwiać okoliczności przyrody. W minioną niedzielę wybraliśmy do lasku pod Rzeszów, dokładnie mówiąc do ...Przylasku.

Poranek nie wskazywał na to, że pogoda będzie klarowna. Samoloty nie mogły wylądować na lotnisku, a mgła płynęła nad miasto. Nasz pierwszy, ułomny timelapsik pokazuje jak to wyglądało za oknem.

Mgła <- link do oryginału w jakości HD

Mimo mgły i rześkiego powietrza podskoczyliśmy 12 km na południe i ku naszemu zdziwieniu nie była tam doskonała widoczność. To co znaleźliśmy w lesie, można zobaczyć w naszej galerii zdjęć.
Zapraszamy  >>>>> Jesień/Przylasek

sobota, 15 października 2016

Kręcimy się pod Rzeszowem - Matysówka, Kielnarowa

Bądźmy szczerzy. Nie wszystkie nasze wycieczki odbywają się kilkadziesiąt kilometrów od domu, albo w sąsiednim województwie. Czasami wybieramy do eksploracji własne podwórko. Rzeszów, to świetna baza wypadowa na takie jednodniówki. Jak mamy ochotę pojeździć po płaskim, to lecimy na północ. Jak chcemy nieco górek, to obieramy kurs na południe. I faktycznie, my bez tych górek nie możemy żyć. Ci co mieszkają nad morzem to mają przerąbane, bo ciągle tylko te równiny (oni natomiast mogą mówić, że my to ciągle mamy pod górę ;). W wolne popołudnie, trochę przymglone, wybraliśmy się na Matysówkę, a później do Kielnarowej. Pięknej pogody na zdjęcia już nie ma, ale zawsze to okazja do ruszenia się za miasto.


Wycieczkę zaczęliśmy w centrum, dokładnie mówiąc "Pod Kasztanami".



Przez kładkę na Wisłoku i Zalesie dotarliśmy do bram Matysówki. Chociaż to dalej wieś, to furmanek tu nie ma, a krowy prawie wymarły. Teraz powstają tu szeregówki i ludzie chętnie odrolniają grunty.


Nie brakuje tu szutrów i zielonych terenów, ale ma się wrażenie, że w dalszej perspektywie powstaną tu luksusowe osiedla. Dlaczego luksusowe ?. Bo będą na górce, na obrzeżach miasta i w dodatku z bajecznym widokiem.


Do Kielnarowej i wojewódzkiej 878 dotarliśmy świeżutkim asfaltem. Było z górki, praktycznie bez samochodów. Kolarką poszedłby tu ładnie. Sezon ewidentnie zmierza do końca, bo nie spotkaliśmy zbyt wielu rowerzystów. Ominęliśmy Tyczyn bokiem i część robót drogowych na Białej. Kilka miesięcy temu odkryliśmy skrót przez tzw. Mokrą Stronę. Fajne rozwiązanie bo ulicą Sikorskiego ciężko się teraz jeździ. Rozkopy, brak pobocza, a aut ile było, tyle jest dalej.


Bokiem, bokiem wbiliśmy się w rejon ulicy Kwiatkowskiego. Po co tam ?. Na Google Earth dostrzegłem, że jest tutaj kładka nad strumykiem Matysówka. Nigdy tam nie byliśmy i nie mieliśmy pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje. Trzeba było koniecznie sprawdzić jak to wygląda na żywo.


Znaleźliśmy ją. Na ekranie komputera trudno dostrzec szczegóły. Praktyka pokazuje, że nie można sobie tam tak po prostu wjechać.


Dostanie się z rowerem na platformę było pryszczem. Zejście było w iście górskim stylu. Nie polecamy skracać sobie tamtędy drogi. Tak w ogóle, to tam z buta, bez roweru jest mega stromo i wąsko. Z rowerem jest o tyle gorzej, że kompletnie nie wiadomo jak opuścić w dół. Wiemy dlaczego nie odkryliśmy tego miejsca wcześniej - ono jest po prostu przekombinowane.


Na Żwirownie stamtąd jest już rzut beretem. Kiedy kończyliśmy tą 20-to kilometrową wycieczkę, chmury zaczęły się rozchodzić i świat nabrał innego koloru.

Podsumowanie
To nie jest już ten letni czas co był kiedyś. Chociaż przebijało się słońce, to faktycznie było zimno i musieliśmy się dobrze ubrać. Nie było warunków, aby rozłożyć karimatkę, posiedzieć i zamyślić się. Traska przyjemna, urozmaicona odnalezieniem kładki. Na Matysówce wybraliśmy szutrowy odcinek i gdyby go pominąć co jest w pełni możliwe, to spokojnie ta trasa nadaje się na wąskie kółka kolarki. Większość ludzi o jako-takim przygotowaniu połknie podjazd na Matysówkę bez najmniejszego problemu. Pozdrawiamy

Poniżej trasa naszej jednodniówki z przewyższeniami.

wtorek, 27 września 2016

Jednodniowy Beskid Niski na rowerze

Czym jest Beskid Niski ?. Jest zapuszczoną krainą, oddaloną o 90 km od Rzeszowa, skrywającą zawiłą historię. W ostatnią, ciepłą niedziele września postanowiliśmy upchać rowery do naszego malutkiego samochodu i śmignąć do Nowego Żmigrodu. Tam wyruszyliśmy poeksplorować tereny, po których wcześniej nie mieliśmy okazji jeździć. Rzecz jasna nie przejechaliśmy całego Beskidu, ale ugryźliśmy kolejny szlak. Jak wyszło - zapraszamy do fotorelacji.

Link ->> http://ciosna.dphoto.com/#/album/a72b1x/photo/41727620

Poniżej mapka naszej rowerowej trasy:

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Rzeszów -> Krzyż Millenijny -> Rzeszów - (34 km)

Nastała niedziela po brzydkiej sobocie. Znowu pojawiło się słońce, niebieskie niebo i aż szkoda było marnować dnia. Wybrałem się na rowerową wycieczkę po okolicy, dokładnie mówiąc do Niechobrza. Od początku wiedziałem, że będę śmigał solo bo Sabinka musiała pracować. To chyba pierwszy wyjazd w pojedynkę od niepamiętnych czasów. Będę miał dużo czasu na własne przemyślenia. Plan jest taki, że spróbuję pojeździć po drogach o małym natężeniu ruchu i bez wielkich przewyższeń.
O 11.00 dopompowałem rower i spod "bi1" czy jak mu tam skierowałem się w kierunku dawnego poligonu wojskowego. Nie mam pojęcie czy jacyś żołnierze jeszcze tam ćwiczą, ale faktem jest że budowane kolejne bloki zabierają im teren. Kolejne osiedla coraz bardziej się rozrastają.

Za ogródkami działkowymi zacząłem podjeżdżać pod Kielanówkę, zostawiając Rzeszów za plecami. Widoczność był tak dobra, że byłem w stanie dostrzec na horyzoncie mikroskopijne turbiny wiatrowe w okolicy Łańcuta.





W pewnym momencie polna droga skończyła się, wjechałem między domy i tu trochę pobłądziłem. Wszystko przez budowaną ekspresówkę S19. Jak nie ma błota to idzie bez problemu się przebić, chociaż nawierzchnia składa się z drobnego piasku i kurzy się nieziemsko.






Po minięciu budowy trafiłem na asfaltówkę do Zabierzowa i zacząłem zjeżdżać w dół. Zbliżała się pora obiadu, więc ruch był niewielki. Nie wytraciłem całkowicie wysokości i tuż przed kościołem p.w. Wszystkich Świętych odbiłem w boczną drogę, w lewo.



Tą wąską, asfaltową drogą dojechałem do Racławówki, a dalej w kierunku stadionu w Niechobrzu. Pojawia się tutaj czerwony szlak rowerowy. Wąski asfalt ciągnie się do ostatnich domów, później zostaje już tylko szuter i łany pól.




Uwielbiam klimat tego typ, gdzie zapach wykoszonych zbóż niesie się z wiatrem.



Po 2 km dobiłęm do altanki i głównej asfaltówki Zgłobień-Niechobrz. Nie skręcam, ani w jedną, ani w drugą stronę tylko dalej prosto jadę po szutrze w kierunku Krzyża Millenijnego.



Przez 2 pierwsze kilometry mijam ścierniska, zaorane pola i całe ary kukurydzy. Później zaczynają pojawiać się domy i asfalt. Polecam wtedy odbić w prawo i skierować się w kierunku widocznej na horyzoncie ambony. Aby wejść do niej, trzeba wspiąć się po drabinie. Nie ma stresu, konstrukcja jest w przyzwoitym stanie technicznym i nie wygląda jakby się miała zawalić. Nie będę pisał o widokach jakie się z niej rozpościerają. Trzeba je samemu zobaczyć.







Po trawie do kolan wracam tą samą drogę na asfalt. Do Krzyża Millenijnego został "rzut beretem", ale będzie jeszcze pod górkę. Spotykam pierwszych rowerzystów, później następnych i następnych. Ale nic dziwnego, to jest popularny szlak.





Jeśli wierzyć pomiarom, Krzyż znajduje się na wysokości 355 m. n.p.m. Miejscówka jest świetna. Tak naprawdę widok stąd rozpościera się na wszystkie strony świata. Odjechaliśmy już od Rzeszowa, ale wciąż bardzo dokładnie go widać. Jeśli ktoś lubi ucztować to 20 metrów niżej jest wielka altana z murowanym grillem. Sądzą po śmieciach jest to oblegane miejsce. Niestety jak to w Polsce bywa, ktoś "zwinął" metalowy ruszt z kominka.

Pod tym przybytkiem robię sobie przerwę. Byłem przekonany, że Kubusia się tylko pije - wychodzi, że żyłem w błędzie. Gwoli ścisłości - herbatniki w smaku są całkiem niezłe i nie znalazłem ich w koszu na śmieci.






Z Krzyża Millenijnego do Rzeszowa można się dostać na wiele sposobów. Jako, że miało być przy małym ruchu samochodowym to pojechałem dalej do góry, do pętli autobusowej.


W prawo można dojechać do Przedmieścia Czudeckiego. W lewo wrócić na Niechobrz i Racławówkę. Oczywiści jadę w lewo. Wreszcie przyszedł czas na rozpoczęcie zjazdu i wytracenie całej zgromadzonej wysokości. Widać, że położony został tu asfalt, więc z zjazd z 375 m n.p.m. będzie jeszcze przyjemniejszy. Bez trudu lekką ręką (w zasadzie nogą) wyciągam 55 km/h.





Oczywiście jak kończą się domy, to kończy się asfalt. Nie zmienia to faktu, że jeszcze parę lat temu na bocznych drogach wszędzie były paryje. Teraz gminy inwestują budują i asfaltowych dojazdówek z roku na rok przybywa. Alternatywnie zawsze możemy jechać główną drogą, która biegnie równolegle 250 metrów dalej.





Przed końcem Niechobrza skręcam w prawo na Boguchwałę i jadę wzdłuż spokojnej rzeczki Lubcza. Po 1 km odbijam w kierunku Racławówki i przez ul.Beskidzką, osiedle Architektów ląduję na obwodnicy Rzeszowa.


Gdybym miał podsumować wycieczkę, to mogę śmiało powiedzieć, że z tą trasą dadzą sobie radę starsze dzieciaki. Oczywiście w pewnym momencie jesteśmy skazani na drogi powiatowe, ale tu jakby nie ma wyjścia. W większości szlak biegnie przez trakty o małym natężeniu ruchu. Na pewno trasa ta nie nadaje się na wąską kolarkę. Szutrowy odcinek wymaga roweru trekkingowego albo górala. Przełajówka w zależności od preferencji powinnna też dać sobie radę. Przyznają szczerze, że pogoda była rewelacyjna i idealna do zdjęć. Widoczność i błękit nieba po prostu miażdżyły. Tak jak lata temu, tak samo i dziś jechałem solo. Wcześniej, 70% wszystkich wycieczek robiłem w pojedynkę. To nie był zły czas, ale tak z perspektywy czasu uświadamiam sobie, że wtedy byłem nie do końca szczęśliwym człowiekiem. Można jeździć na jedną, drugą, dziesiątą wycieczkę samemu, ale mimo wszystko fajnie jest tą chwilę z kimś dzielić - z dziewczyną, kolegą, chłopakiem albo z przypadkowo spotkanym rowerzystą. Tak najzwyczajniej w świecie jest po prostu przyjemniej.

Poniżej zrzut z loggera i przebieg dzisiejszej trasy

środa, 3 sierpnia 2016

Przewóz rowerów w rumuńskich pociągach - informacje 2016

O przewozie rowerów w rumuńskich pociągach wiele już napisano i gdy przed wyjazdem czytaliśmy kolejne relacje, to zastanawialiśmy się jak ten temat ogarnąć. Jedni pisali, że nie da się kupić biletów na rower, inni kłócili się z konduktorami, jeszcze inni rozkręcali rowery w pociągu albo płacili dodatkowe opłaty. Nie chcieliśmy żadnej z przedstawionych sytuacji i postanowiliśmy podejść do tematu nieco inaczej. Po pierwsze, ze strony http://www.cfrcalatori.ro/ wydrukowaliśmy w domu internetowy rozkład pociągów, aby przy zakupie biletów nie wypluwać języka tylko wskazać palcem co nas interesuje. Po drugie, celowaliśmy w pociągi w których nie było narysowanego rowerka, ani co ważne nie było obowiązkowej rezerwacji miejsc. Takich pociągów na naszej trasie Oradea-Cluj Napoca było raptem trzy w ciągu dnia. Jazdę takimi pociągami można porównać do podróży naszymi Przewozami Regionalnymi. Linie i tabor kolejowy w Rumunii są modernizowane. Miną jeszcze lata zanim tam będzie to co aktualnie mamy w Polsce. Jeśli chodzi o bilety na rowery, to pani w informacji na dworcu powiedziała, że nie ma czegoś takiego. Chwilę później, w kasie inna pani sprzedała nam takowe bilety w cenie 5 Lei (5,25 zł) za rower. Skąd rozbieżność informacji - nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że rowery wieźliśmy pod własnym nadzorem w ostatnim wagonie, koło kibla. Jechaliśmy pociągiem z przedziałami więc nie było mowy o trzymaniu ich w innym miejscu. Skład wyglądał na wyprodukowany jeszcze za komuny, ale nie miało to większego znaczenia. Konduktor był niesamowicie uprzejmy i ludzie w pociągu też tacy rozchmurzeni, sympatyczni. Z jednym Rumunem wypiłem nawet piwo na spółkę. Mimo, że ni w ząb nie rozumiałem co do mnie mówił, to kapnąłem się, że mam stać na czatach i pilnować czy konduktor nie idzie bo on musi sobie zapalić. Baliśmy się, że podróże rumuńską koleją to będzie "przeprawa", a my raptem z uprzejmości skręciliśmy tylko kierownice w rowerach, żeby umożliwić przejście. Skoro tak dobrze nam szło to postanowiliśmy zapytać o przesiadkę na następny pociąg do Teius. Nie mogliśmy się dogadać, z konduktorem ale zaprowadził nas do nauczycielki i w tej translacji dowiedzieliśmy się, że bilet na następny pociąg możemy kupić w... pociągu bez dodatkowej opłaty. Nasze bilety na rower wciąż będą obowiązywać i nie musimy kupować kolejnych. Gdyby nasz pociąg do Cluj-Napoci miał się spóźnić, to konduktor zadzwoni i tamten następny poczeka na nas. Niesamowita kultura i to wszystko z uśmiechem na twarzy. Na dworcu w Cluj zostaliśmy pokierowani od razu do właściwego pociągu i na inny peron przeszliśmy jak chodzi tu większość, czyli po torach. Z przejścia podziemnego mało kto korzysta. W pociągu do Teius konduktor wszystko już wiedział, bo został poinformowany przez kierownika naszego poprzedniego pociągu. Tu mała uwaga. Jeżeli nie mamy biletów, warto od razu po wejściu do pociągu iść do konduktora i kupić bilety. Na jednej ze stacji, wpadły "kanary" i była dodatkowa kontrola biletów.
Generalnie nie taki diabeł straszny z tymi pociągami w Rumunii, jak go rysują. Najważniejsze to wbijać w pociągi, które nie mają rezerwacji miejsc. Bo tak sobie myślę, że jak wbija się w InterCity bez biletu, to co ten konduktor może zrobić ?!. Kłopotliwa sytuacja dla niego i dla nas jak mamy sakwy i rowery. Jakby tego było mało, to całość będzie w miksie językowym. W Polsce jak wsiądziemy z rowerem, bez biletu do IC, to też będą problemy. Tyle, że u nas idzie się dogadać, wykłócić, albo wyrzucić emocje że aż się krew zagotuje. Po co ?. To pierwszy krok do "zarobienia" dodatkowych pieniędzy, albo wylecenia z pociągu - zresztą zasłużenie. Rumuńskim i polskim konduktorom życzymy utrzymania wysokich standardów. Pozdrawiamy