O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

niedziela, 5 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - epizod przedostatni


Dobiliśmy do domu, dlatego pojawiły się zdjęcia. Jestem zaskoczony naszą prędkością z dzisiejszego dnia. O 7.30 wyjechaliśmy spod Zagórza, a 6 godzin później byliśmy już w Rzeszowie. Średnia z jazdy wyszła, jak na nas imponująca- 19,7 km/h. Przyznaję, że jechało się dzisiaj pięknie, przed południem nie było jeszcze dużego ruchu i pogoda zdecydowanie sprzyjała. Nawet to, że miałem tylko 3 biegi nie przeszkadzało mi specjalnie. Tylko w okolicach Niebylca ciągnąłem za linkę, aby wskoczyć na lżejsze zębatki. Swoją drogą nie spodziewałem się, że manetka od tylej przerzutki tak po prostu zdechnie po 24500 km. Wszystko ma swoją wytrzymałość. W przeciwieństwie do rowerów, przynajmniej Sabinie i mi dopisywało zdrowie. Nie powiem, momentami było ciężko, ale wyjazd jest zdecydowanie na plus. Udało się zobaczyć kolejną część Bieszczad, które o tej porze roku mienią się w przeróżnych odcieniach zieleni.


Kilka cyferek z naszej podróży:
- przemierzony dystans rowerem -> 283 km
- najniższa temperatura -> + 8°C
- noclegi pod dachem -> 0
- przebite dętki -> 1
- ilość wypitej coli w łykach -> 0 (lekarz mi zabronił)
- ilość wypitego słodkiego picia w gulach -> 48
- zjedzone pstrągi -> 2
- liczba złapanych kleszczy -> 1
- liczba rozjechanych kotów -> 3 (nie przez nas)


Zrzutu z loggera GPS tym razem nie będzie. Utraciłem znaczną część danych, w dodatku zepsuł mi się wyłącznik i nie bardzo wiem co z tym badziewiem zrobić. Poniżej zamieszam trasę jaką przejechaliśmy na rowerach (nakreśliłem ją ręcznie).

Wcześniejsze posty bez zdjęć (wysyłane z komórki) poprawie na czasie. Jak będzie gotowa galeria z wyjazdu, to dam o niej znać w oddzielnym poście. Narazie potrzebuję trochę czasu na przekopanie zdjęć ;).



 



sobota, 4 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - Dzień 3

Było ciężko i tak naprawdę zabawa zaczęła się wczoraj. W piątek po porannej Mszy Świętej udaliśmy się do chyba jedynego otwartego sklepu w Ustrzykach Dolnych. Zrobiliśmy zapasy i popędziliśmy do Czarnej. Nie wiem co było w powietrzu, ale ciężko się jechało. W Czarnej w miejskim parku na chodniku zjedliśmy drugie śniadanie i po wypitej herbacie odbiliśmy na Małą Pętle Bieszczadzką. Duchota w powietrzu sprawiała, że lekko się nie jechało- piliśmy wodę bez opamiętania. W Polanie skręciliśmy na południe do Zatwarnicy. Na drodze zrobiło się nieco luźniej, towarzyszyły nam tylko drzewa i miejscami retorty, co to węgiel na grilla wypalają. W przerwie na obiad wysuszyliśmy namiot i zjedliśmy przyzwoite klopsiki ze słoika. Kilkadziesiąt minut później, chmury zasłoniły niebo i zrobiło się całkiem odludnie. Przez 8 km nie spotkaliśmy żywego ducha. Gdybym miał się wypowiedzieć na temat oznaczeń bieszczadzkich szlaków pieszych i rowerowych to powiem, że są przyzwoite, ale zdarzają się momenty, że bez mapy byłoby cieżko. Wczoraj pod wieczór zobaczyliśmy Połoninę Wetlińska z bliska i 2 min później zaczęło lać. Cyklicznie przechodziły burze z deszczem i do samego zmroku napieraliśmy urokliwą drogą wzdłuż Sanu. Nie natknęliśmy się na misia i całe szczęście, ale zobaczyliśmy łanie, daniela i salamandry. Tuż przed ciemnością rozbiliśmy namiot przy jakiejś bocznej drodze. W nocy padało, a ranek przywitał nas widokiem lasów spowitych w chmurach.
 Dzisiejszym naszym celem był Rezerwat Sine Wiry. Dużo się tam zmieniło ostatnimi czasy. Przede wszystkim pojawił się asfalt na wjeździe i nowa kamienista droga. Tablice informacyjne również zostały odświeżone, co cieszy. Dobrze, że ktoś to ma na oku. Z Sinych Wirów pojechaliśmy do cerkwi w Łopience. To miejsce również pięknieje i wywołuje dyskusje o jego dalszym przeznaczeniu. Dowiedzieliśmy się, że istnieje grupa osób, która walczy o zachowanie charakteru tej świątyni w takiej formie jakiej jest teraz. I dobrze, nie potrzeba tam komercji. Wyjeżdżając z Łopienki pożegnaliśmy takie zapuszczone Bieszczady. Wraz z asfaltem szybko pojawiły się noclegi, zajazdy i Jezioro Solińskie ze swoimi "atrakcjami". Po drodze musieliśmy spróbować lokalnego specjału- smażonego pstrąga.

Teraz będzie nieco od strony technicznej. Wczoraj padł wyłącznik w moim loggerze GPS. Rozebrałem to "pudełko" i będzie ciężko to naprawić. Teraz, żeby wyłączyć tą gadzinę, muszę wyciągać baterie. Dziś niestety straciłem część danych z tego urządzenia. Rowery, też pokazały swój bunt. W Sinych Wirach Sabina złapała kapcia, a Ja pod Hoczewem straciłem prawą manetkę, co obsługuje kasetę. Po rozkręceniu tego mechanizmu wypadł mi jakiś pęknięty metalowy fragment i nie ma mowy o naprawie tego ustrojstwa. Ustawiłem przerzutkę z tyłu na piątą koronkę i muszę jakoś te 90 km dojechać do domu. Na szczęści mam 3 sprawne koronki korby, więc mam 3 biegi.
W Bieszczadach obudziły się już wszelkiej maści owady. Nie przypuszczałem że tak szybko. Widziałem już dwa kleszcze, jednego nawet wyciągałem ze skóry. Dziś cały dzień było rześko i nawet nie było za bardzo kiedy wysuszyć namiotu. Mam nadzieję, że jutro będzie cieplej.



P.S. Przemek nie wiem gdzie Ty tą prognozę pogody wyczytujesz, ale narazie świetnie się sprawdza- dzięki.
Pozdrawiamy ze wzgórza spod Zagórza, 300 metrów od drogi krajowej nr 84. Spokojnej nocy.

czwartek, 2 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - Dzień 1

Ukręciliśmy dzisiaj 70 km i szczerze mówiąc jestem padnięty. Sabina też jest trochę zmęczona. Po wyjściu z pociągu w Przemyślu od razu kierowaliśmy na południe. Dobiliśmy do Ustrzyk Dolnych i tutaj wyhaczyliśmy miejscówkę pod lasem, z dala od domów. Pogoda cały dzień nam dopisywała. Słońce delikatnie przygrzewało przez filterek z chmur, a temperatura w porywach dobijała do 22°C.
Z trudniejszych pokonanych podjazdów, to zdecydowanie dał nam popalić podjazd na Kalwarię Pacławską i droga z Fredropolu do Arłamowa. Ta druga biegnie przez całkiem pozapuszczane tereny. Nic, tylko asfalt i drzewa. Tam gdzie jest trochę więcej cywilizacji to i pojawi się jakiś sklep. W jednym z nich zostałem mocno zaskoczony bo 1/5 półek stanowiła alkohol. Ilość gatunków była spora, bo można było kupić taniego sikacza, jak i Napoleona. W sumie to co tu innego można robić jak nie ma się pracy, ani gospodarki.
Wiecie co lubię w spaniu na dziko ??. Lubię tą bliskość natury i zapach namiotu. Od razu przypominają mi sie stare dobre czasy ;). Kończę bo oczy same mi się zamykają. Dobranoc

środa, 1 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - prolog


Udało się. Wreszcie dobiliśmy do wydarzenia, które w naszej kulturze nazywane jest "długim łikendem". Jest trochę wolnego, pogoda może dopisze więc trzeba spróbować swoich sił na rowerze.
Tym razem kierunek będzie południowy, dokładnie mówiąc bieszczadzki. Bliskość tego terenu sprawia, że łatwo tam dotrzeć ...tak to przynajmniej wygląda z naszej perspektywy. Z "naszej", bo nie jadę sam, a z Sabiną. Większość gratów (namiot, śpiwór, kuchenka) jest już popakowana i jak nic się nie zmieni to jutro przed południem dotrzemy PKP do Przemyśla. Stamtąd wzdłuż wschodniej granicy pojedziemy na rowerach w Bieszczady. Trasa jest otwarta, jakiejkolwiek spinki i parcia nie przewidujemy. Będziemy się chcieli po prostu pozapuszczać trochę w tamtejsze zakamarki.
Problemów sprzętowych raczej się nie spodziewam. Wymieniłem cały napęd i założyłem nowe tylne koło bo stare ma już zdartą obręcz i może strzelić. Rower Sabiny również jest w dobrej kondycji. Problemem może być pogoda bo tą trudno przewidzieć i moje zdrowie. Od początku roku borykam się to z przeziębieniami, to z kręgosłupem i obiecuję że masakry robić nie będę. Jadę z kobietą i postaram się zachowywać ;). Zważyłem z ciekawości moje spakowane sakwy i wskazówka zatrzymała się na 27 kg. Ciesze się, że mam sprawny rower bo będzie miał co ciągnąć.

Jeśli warunki pozwolą to będą zamieszczał wpisy z drogi za pośrednictwem MMS'ów. Mam nadzieję, że w jakiś krzakach natknę się na zasięg, a nie na jakiegoś kleszcza czy niedźwiedzia. Gwoli jasności, nie planujemy żadnych spotkań z tymi stworzeniami.
Życzcie nam ciepła, pary w nogach i wiatru w plecy. Do usłyszenia

czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna, czy to już ??


Tak, to wiosna !. Najwyższa pora, już nie mogłem się na nią doczekać. Momentami już mnie skręcało, żeby sobie pojeździć, pośmigać ale chłód i tony piasku na chodnikach skutecznie wybijały mi ten pomysł z głowy. W tamtym tygodniu wreszcie nastąpiło otwarcie sezonu. To był proces dwuetapowy.

W środę (10.04.2013) razem z Panią Alą, Sabiną i Adrianem obskoczyliśmy podmiejskie górki. Adrian miał do przetestowania nowiutkiego Leader Fox'a SEVEN na kołach 27,5" i temu poświecę najwięcej uwagi.


Ten rower to nowy format na rynku, takie coś pomiędzy 26", a 29". Z grubsza sprzęt prezentuje się bardzo ładnie i poza piastami oraz krótką sztycą ma całkiem przyzwoite komponenty. Gdybym miał opisać swoje odczucia z krótkiej jazdy tym bicyklem, to napiszę wprost, że nie kupiłbym tego sprzętu. Nie wiem czy to kwestia geometrii ramy, czy tych większych kół, ale jak dla mnie poszczególne elementy tego roweru (rama i koła) nie współgrają ze sobą. Koła wydają się być przerośnięte do tej 18" ramy i daje się to dobitnie odczuć przy skręcaniu. Pewnie w jakimś lesie, trudniejszym terenie koła 27,5" lepiej sobie poradzą z nierównością terenu niż klasyczne 26", ale moim zdanie to za mało. Decydując się na rozmiar 27,5" musimy liczyć się z wydaniem większych pieniędzy. Paleta opon do takich kół, na chwilę obecną również nie jest bogata, a to co jest dostępne tanie nie jest. Generalnie przyjdzie nam trochę poczekać, aż ten format zadomowi się na rynku, oczywiście pod warunkiem że w ogóle się przyjmie. Czas pokaże.
Podsumowując, ten Leader Fox moim zdaniem wypada słabo. Nie mam pojęcia jak zachowują się rowery z kołami 27,5" innych producentów. Jak dla mnie, to póki co szkoda sobie zawracać głowy tą innowacją. Chyba lepiej przeznaczyć kasę na stary, sprawdzony rozmiar 26", gdzie paleta wyboru i modyfikacji jest ogromna.

                                                                  * * *

Punktem kulminacyjnym rozpoczęcia sezonu był tak naprawdę weekendowy wypad w okolice Dynowa (13-14.04.2013). Start był planowany na piątek, ale warunki atmosferyczne pokrzyżowały plany i ostatecznie razem z Sabiną wyruszyłem w sobotę, w południe.


Z racji zalegającego błota, w założeniu trasa była tylko asfaltowa. Pogoda w zasadzie sprzyjała nam do Futomy. Tam na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury i zimny deszcz wpędził nas pod przystanek. Po krótkich opadach, dotoczyliśmy się do rodziny Sabiny, a późnym popołudniem ruszyliśmy na rowerach w dolinę Sanu.


Muszę przyznać, że mogło być cieplej. Temperatura za dnia oscylowała w okolicy 12°C, a wieczorem spadła do 8°C. O ile nad Sanem droga biegnie po równinie, o tyle po odbiciu w bok teren robi się pagórkowaty. Z racji braku formy, pot lał się strumieniem po plecach. W Dylągowej odbiliśmy do miejsca, gdzie w 2011 roku spędziłem z ekipą noc przy ziemniaczysku. Pomimo, że miejscówka jest na wzgórzu, teraz wszystko pływa- wszędzie błoto i woda. Zdecydowanie nie chciałbym spać w tym miejscu, w takich warunkach.
Po zmroku na ulicę wylęgły całe stada żab. Trzeba było naprawdę uważać, żeby nie porozjeżdżać tych stworzeń. Sobotnią wycieczkę zakończyliśmy w okolicy 21.00 docierając na nocleg pod dachem.

W niedziele za dnia było zimniej niż w sobotę. Wyruszyliśmy po 14.00 i z racji deszczy, często mogliśmy podziwiać architekturę przystanków od wewnątrz. Co przeszła jedna ciemna chmura, to na horyzoncie pojawiała się następna. Po 45 km jazdy zrobiło nam się już trochę zimno i przywdzialiśmy większość zabranej odzieży. Trasa podobnie jak wczoraj, przebiegała po asfaltach tyle że przez Kąkolówkę, a nie przez Futomę.


Można by powiedzieć, że ten weekendowy wyjazd to banał, nic wielkiego. Jednak na otwarcie sezonu to w zupełności wystarczy. Tak naprawdę w całym tym wypadzie chodziło o poczucie, że się jedzie, że zmienia się otoczenie i tym samym człowiek ładuje swoje wewnętrzne akumulatory. Po długiej zimie chyba każdy spragniony jest wiosny, nawet takiej bez liści i zielonej trawy.


Zdjęć za wiele nie ma, narazie wszystko jest płowe i wyprane z kolorów. Jak przyroda się wybarwi to i zdjęcia będą. Poniżej cała trasa z weekendówki.

 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

O zmianach w sprzęcie i życiu... komponentów cz.1


Cóż, moja poczciwa czerwona maszyna ma już swoje lata. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym czeka mnie kolejna wymiana napędu, tylnego koła i opon.
Jak wszyscy wiedzą, nie szanuje sprzętu, ani nie chucham na niego. Wyznaję zasadę, że to ma po prostu działać. Rysy, przetarcia, wgniecenia są normą. Użytkuję rower w różnych warunkach, od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Nie omijam lasów, kamieni i polnych drogach. Zdarza się, że błoto tak oblepia mi koła, że nie mogą się obracać.

Przez miesiące wyrabiałem sobie opinie na temat sprzętu i teraz się nimi podzielę :

NAPĘD

- Korba Shimano Acera FC-M361 (42-32-22)
- Kaseta Shimano Acera CS-HG30 (7-rzędów)
- Łańcuch Shimano HG40 (2-sztuki) + spinka

Nie używam niczego z drogich rzeczy, ani technologicznych nowinek. Całość napędu w momencie zakupu kosztowała mnie około 200 zł. Na dzień dzisiejszy te elementy mają 14500 km przebiegu i jest to granica ich żywotności. Bez wątpienia najsłabszym elementem tego zestawu jest łańcuch HG40. Mam dwa takie łańcuchy i co 650 km przemieniam je (jeden pracuje, drugi odpoczywa). Pomimo przekładanek, łańcuch od samego początku ulegał szybkiemu wyciągnięciu. Jak dla mnie, to zrobiony on jest z jakieś "rzepy", a nie metalu. Kaseta i korba po takim przebiegu zęby ma już zjedzone, a w niektórych miejscach nawet pourywane. Mocniejsze depnięcie na pedały powoduje, że łańcuch ześlizgiwuje się z zębatek, ale po takim przebiegu ma prawo. Wynik 14500 km (z czego 7000 km rower z sakwami) uważam za satysfakcjonujący.

Nowy napęd już nabyłem i na wiosnę 2013 założę: identyczną korbę Shimano Acera FC-M361 (42-32-22), identyczną kasetę Shimano Acera CS-HG30 (7-rzędów) i dwa wytrzymalsze łańcuchy Shimano HG50.
 ________________________________________________________________

OPONY

- MAXXIS Overdrive (26"x1,75) - 102 zł za komplet

Kiedyś, ktoś mi je polecił bo posiadają wkładkę antyprzebiciową. Zżarłem już dwa komplety takich opon. Pierwszy komplet padł po 7900 km (z czego 5500 km pod sakwami). Opony były już łyse, poprzecinane w miejscu styku z nawierzchnią, a one i tak ostatecznie rozpruły się z boku.
Drugi komplet tych "laczków" to już inna bajka. Niby ten sam producent, model, a jedna z opon po 1000 km dostała wybrzuszenie z boku i zaczęły z niej wyłazić druty. Ewidentnie była to wada fabryczna, ale po przeanalizowaniu warunków, zrezygnowałem z reklamacji. Podkleiłem ją, po podkładałem tu i tam i tak po dystansie 6600 km (z czego 1600 km pod sakwami) skończyła swój żywot. Druga opona z tego kompletu jeszcze ciągnie i umrze pewnie przy przebiegu 8000 km. Należy tutaj zaznaczyć, że wkładka antyprzebiciowa rzeczywiście nie jest chwytem marketingowym. Jeździłem po terenie, gdzie ludzi na zwykłych oponach łapali po 2 kapcie na dzień, a w Maxxis'ach nic. W ciągu życia tych 4-ech opon, złapałem tylko dwa razy kapcia.


Po ostatnim komplecie Maxxis Overdrive i wadliwej oponie mam już dość tego producenta "laczków". Kupiłem pancerne Schwalbe Marathon Plus (26"x1,75). Ważą swoje (komplet 1990 gram ) i kosztują też swoje (240 zł za komplet), ale liczę że długo pożyją.
________________________________________________________________

TYLNE KOŁO

- Piasta Shimano Deore FH-M535
- Obręcz AlexRims DH19, 32 szprychy.

Na dzień dzisiejszy to koło ma identyczny przebieg jak napęd -> 14500 km z czego 7000 km rower z sakwami. O piastach Deore czytałem wiele niepochlebnych opinii i ja ją potwierdzam. Jak to możliwe, że koło z przebiegiem 35 km ( nie 3500 km) ma wygiętą oś ?!. Wybrałem się na wycieczkę po wiejskiej drodze, bez skakania, bajora, wertepów i wróciłem do domu z osią, która nadawała się do wymiany. Wymieniłem ją na no-name'a za 9zł i ta oś naprawdę dużo zniosła na drogach Ukrainy i Mołdawii.
Inna sprawa to uszczelnienie tej piasty od strony zębatek- jak dla mnie porażka !. Pierścień przykrywający łożyska był źle spasowany z piastą, błyskawicznie zaczął się obracać, zamiast pozostać nieruchomym w bębenku. Ta piasta żyje tylko dlatego, że jest regularnie czyszczona i smarowana. Tradycją stało się usuwanie z łożyska wody i piachu. Uszczelnienie po przeciwnej stronie zębatek (lewa strona) dla odmiany jest bardzo dobre i nigdy nie złapało nawet pyłka.
Obręcz AlexRims DH19 uchodzi za solidną i pewną, ale nie na kiepskich drogach, pod ciężkimi sakwami i z 32-szprychami. Obciążony rower i wertepy potrafiły scentrować to koło, ale na szczęście nie było to wielkie odchylenie.



Już wkrótce to koło zastąpi nowy nabytek na piaście Shimano Deore XT FH-M756 i obręczy AlexRims DH19, 36 szprych. Piasty Shimano w momencie zakupu są najczęściej skręcone/skontrowane za mocno. Ma to swój wpływ na żywotność łożysk. Zanim założę nowe koło, najpierw rozkręcę piastę, a potem metodą prób i błędów skręcę ją z odpowiednim napięciem.
________________________________________________________________

KILKA POCHWAŁ

Dokładnie mówiąc dwie. Jestem pod wrażeniem działania moich starych
manetek Altus ST-EF28
. Mają ponad 11-lat, a one wciąż wyciągają i zrzucają łańcuch po zębatkach jak głupie. To elementy, które pracują w słońcu, deszczu i mrozie. Pomimo upływu czasu wciąż doskonale działają.

Druga pochwała należy się tylnej przerzutce Shimano SLX RD-M662 SGS (9300 km przebiegu). Ten komponent dzielnie znosi ciosy od gałęzi, krawężników i kamieni. Ku mojemu zaskoczeniu, narazie kończy się to tylko na kolejnej rysie bo jeszcze nie udało mi się tej części ugiąć. Jeżeli chodzi o luzy, to te po takim przebiegu są mikroskopijne.

                                                               * * *

Podsumowanie
Jest jeszcze trochę elementów rowerowych, które chciałbym opisać. W chwili obecnej skupiłem się na tych najbardziej newralgicznych, do reszty z pewnością powrócę. 

Okres zimowy to świetny czas do robienia rowerowych zakupów. Sklepy rowerowe świecą pustkami i jeżeli ktoś nie idzie za najnowszymi trendami to można w przyzwoitych pieniądzach nabyć potrzebne elementy. Na wiosnę, wraz z rosnącą trawą, ceny rowerów/komponentów poszybują do góry.

środa, 12 września 2012

Lekcja pokory w Gorcach


Gorce od zawsze były dla mnie drugorzędne. Takie górki nie górki w których nie ma nic ciekawego i niczym nie mogą mnie zaskoczyć... Tak myślałem od dawna, więc się doigrałem.

Pani Ala, Adrian, Grześ i ja nastawiliśmy się na weekendowe rowerowanie. Miały być Bieszczady, ewentualnie Beskid Niski, ale wysokość tamtych pagórków nie przekonała nas. Główne założenie wycieczki mówiło o sponiewieraniu się (nie alkoholem) i popatrzeniu na ładne widoki. Rok temu byliśmy na takiej weekendówce w Piwnicznej i w Pieninach, teraz przyszedł czas na Gorce. W sobotę o 6.00 rano mieliśmy wystartować samochodem z rowerami na dachu. Oczywiście nie wyjechaliśmy. Tym razem pies niczego nie porwał, rowery się nie popsuły, tylko najzwyczajniej w świecie nie zadzwonił mój budzik. Z dużym poślizgiem mknęliśmy samochodem do Krościenka nad Dunajcem. Niebo było zaniesione, było mokro, ale prognoza mówiła o rozpogodzeniach. Rowerowy plan był taki, że zostawiamy auto na polu namiotowym w Krościenku i kręcimy na Lubań (1225 m n. p. m.). Tam rozbijamy namioty, a następnego dnia zjeżdżamy w dół.

Zanim dojechaliśmy na miejsce i siedliśmy na objuczone rowery to prawie wybiło południe. Zważyłem sakwy przed tą wycieczką i okazało się, że ważą 19 kg. Wniosek jest taki, że jak jest wrzesień i pogoda nie pewna, to nie ma znaczenia czy jedziesz na jedna noc, czy na tydzień - musisz zabrać podobną ilość rzeczy, jeżeli myślisz o spaniu na dziko.

Na Lubań chcieliśmy się wbić okrężną drogą, więc zaczęliśmy od 11-kilometrowego odcinka drogi wojewódzkiej w kierunku Nowego Sącza. Ta droga zawsze mi się podobała, pomimo że ruch na niej raczej nie zamiera. Obecność Dunajca nadaje tej szosie nieprzeciętnego uroku, choć należy wspomnieć o kretynach, którzy nad rzeką zostawiają swoje wory ze śmieciami - dziadostwo !.
W Tylmanowej odbiliśmy na Ochotnicę Dolną, ruch od razu zmalał i droga zaczęła się piąć coraz wyżej. Ujechaliśmy 25 km od startu i okazało się, że brakuje nam formy. Jacyś tacy kondycyjnie byliśmy "nieprzeżarci" i przydałaby się pretekst do kolejnej przerwy. Nie musieliśmy długo czekać. Orszak ślubny jechał po panne młodą, Grzegorz rzucił hasło: "padnij" i zablokowaliśmy sznur samochodów. Nie odważyli się nas rozjechać ani tym bardziej naszych rowerów. Cukierków nie mieli, ale jak wiadomo na pusto nie jechali, więc blokadę sprzedaliśmy za "flaszkę". Uśmiechnięci, z powerem, pomachaliśmy i pojechaliśmy dalej.  

Zabawa zaczęła się tak naprawdę na Przełęczy Knurowskiej (846 m n.p.m.), gdy pożegnaliśmy się z asfaltem i wbiliśmy się na czerwony szlak. Już na samym początku ziemnej nawierzchni było ... darcie rowerów z buta, a przecież nasz plan tego nie zakładał. Na zmianę jechaliśmy i pchaliśmy welosipiedy bo stromizny nie pozwalały kręcić korbą. Jakby tego było mało, dalej nie mieliśmy "jadu", a flaszka wciąż była zaplombowana. Niebo bardziej się zaniosło, zrobiło się szaro, a drzewa przysłoniły wszelkie widoki. Pomyślałem sobie: "Ale trasę wymyśliłem". Niby biegnie tedy szlak rowerowy, ale kompletnie nie nadaje się na rowery z sakwami. W pewnym momencie stało się jasne, że przed zmrokiem nie dotrzemy na bazę namiotową na Lubaniu- nie ma takiej możliwości. Tempo mamy słabsze niż pokazują to tabliczki dla piechurów.

Po 18.00 zaczęliśmy się rozglądać za miejscówką pod namiot. Byliśmy niedaleko Pańskiego Lasu i znaleźliśmy niemal wzorcowy kawałek ziemi. Polana, drzewa chroniące przed wiatrem i świetny widok na Jezioro Czorsztyńskie. Podzieliśmy role i po chwili już stały dwa namioty, a na kuchence pichciła się grochóweczka ze słoiczka. Zaczynało mżyć, ale na szczęście nie rozpadało się bardziej. Przebrałem ubrania, z których mogłem wykręcać pot i przyznaję się, że czułem trochę smak porażki. Wszystko przez to, że nie zrobiłem odpowiedniego wywiadu przed wyjazdem, że teren okazał się trudny i że zabrakło nam 4 km do Lubania. Po 19.00 nastał zmrok, w dzień maksymalnie było 17ºC i noc też zapowiadała się ciepła, jak na wysokość 1000 m n.p.m.. Nie upłynęło dużo czasu i zaczął nas morzyć sen, więc poszliśmy spać jak małe dzieci. Nie pamiętam kiedy ostatni raz spałem 10 godzin. Budzik co prawda dzwonił na wschód słońca po 5.20, ale słońca nie było więc poszedłem dalej spać. Ranek był ciepły, podobnie jak noc - 12ºC. Nowy dzień zaczynał się klarować i pojawił się zarys Tatr. O 8.20 byliśmy po śniadaniu, zwarci, zwinięci i gotowi do dalszej drogi.

Do Lubania zostało nam 200 metrów w pionie. Chmury przewalały się przez las i przy końcówce podjazdu zaczęła się masakra. Nie było mowy o jeździe. Kamienie, stromizna, skutecznie utrudniały nam wtaczanie rowerów. Sukcesywnie, metr po metrze pchaliśmy jeden rower we dwoje, a czasami po prostu łatwiej było je nieść. Pot lał się z nas jakbyśmy wypili wczoraj po "pól litra", a ta weselna została tylko napoczęta. Czy mogło być gorzej ?. Mogło być, wystarczyłby mały deszcz i poziom trudności wzrósłby jeszcze bardziej. Po 1,5h od dzisiejszego startu wdarliśmy się na Lubań. Poczułem satysfakcje, że wreszcie coś dostajemy za ten wysiłek, a jakby tego było mało, widoczność z każdą chwilą była coraz lepsza.

Baza namiotowa na Lubaniu nie wygląda źle. Można palić ognisko, jest wiata, jest źródło z pitną wodą. Krajobrazowo będzie, ale nasza miejscówka pod namiot miała zdecydowanie lepsze widoki. Po krótkiej przerwie rozpoczęliśmy zjazd do Krościenka nad Dunajcem - 800 metrów w pionie. Nakręceni, nie zwróciliśmy uwagi na oznaczenia i wskoczyliśmy na zielony szlak do Tylmanowej. Musieliśmy zawrócić pchając rowery pod górę, ale panorama doliny widziana z tej perspektywy warta była tego pobłądzenia. Od tego momentu pilnowaliśmy już czerwonego szlaku i wysokość wytracaliśmy błyskawicznie. Nie było już pchania rowerów czy potu, był tylko czysty zjazd. Co jakiś czas mijaliśmy turystów idących pod górę, których było więcej niż wczoraj bo w sobotę spotkaliśmy tylko trzy osoby.

Po 12.00 słońce przygrzewało już zdrowo, za Marszałkiem (828 m n.p.m) Adrianowi poszła dętka w tylnym kole, ale po dopompowywaniu udało się dokończyć zjazd do Krościenka.
Wczorajszy dzień i dzisiejszy poranek był dla mnie lekcją pokory. Nigdy nie należy lekceważyć jakiegokolwiek pasma gór bo zostanie się sprowadzonym do parteru, albo jak w tym przypadku do stromych podjazdów i zjazdów. Przyznaję, że zmęczenie dało nam w kość i choć wczoraj byłem zły na siebie za tą trasę, to dziś ja jak i moi kompani jesteśmy zachwyceni. Pogoda dopisała, osiągnęliśmy satysfakcjonujący poziom zmęczenia, więc wyjazd jest na plus.

                                                               *   *   *

Podsumowanie
Tradycyjnie już nie obeszło się bez strat. O ile tym razem nie ubiłem żadnego kleszcza, ani nie zgubiłem buta, to niestety z przykrością muszę stwierdzić, że w tylnej sakwie wydarłem dziurę i kolejny raz rozpierniczyłem mój chiński statyw. Z opony w tylnym kole na dobre zaczęły mi już wyłazić druty i na gładkim asfalcie rower podskakuje - szykuje się wymiana "kapcia".
Dystansowo wyszło nam 58 km, choć zakładaliśmy więcej. Jak na pierwszą połowę września przystało, słońce ładnie opalało, zwłaszcza w niedziele.
W poniedziałek jak gdyby nigdy nic, wróciłem do roboty. Wszyscy co mnie widzieli mówili: "Ładnie popiłeś na weekendzie". Owszem wyglądałem na zmiętego, ale najlepsze jest to, że nie wypiłem ani łezki. Wyszło na to, że wygląd upojenia alkoholowego uzyskałem na rowerze. A kaca to mam... moralnego, że tylko dwa dni jeździliśmy w Gorcach.

Poniżej link do zdjęć i mapa

Zdjęcia z wypadu >>LINK

Trasa rowerowej wycieczki poniżej