Wylądowaliśmy planowo w Horyńcu Zdroju tuż po 9.00. Pierwszy raz widzieliśmy jak w szynobusie mieści się 7 rowerów. Obsługa PKP była bardzo uprzejma, bardziej przyjazna niż dworzec w Jarosławiu, na którym rowerzyści, a przede wszystkim inwalidzi kompletnie nie mają życia (podesty, schody).
Roztocze w pierwszej chwili skojarzyło mi się z podrzeszowskimi Bratkowicami, ale teraz mogę powiedzieć, że to miejsce ma klimat. Nie jest tu całkiem płasko, jakby się mogło wydawać. Przed miejscowością Susiec wspięliśmy się na 300 m n.p.m. Stan dróg niestety jest daleki od tych podkarpackich. Momentami łata na łacie. Taka jest moja opinia po pierwszym dniu. Nie przeszkadza to jednak w jeździe na rowerze. Dziś spotkaliśmy mnóstwo bikerów na drodze, w mniejszych i bardziej zorganizowanych grupach. Cieszy fakt że lokalne gminy dbają o turystykę. A to postawiona tablica, a to ładny zalew z obejściem po byłej kopalni. Pozytywnie.
Jest prawie 21.00, a My leżymy już w śpiworach za Józefowem. Jesteśmy padnięci, ale nie pada póki co. Kropiło jak podgrzewaliśmy pierogi na przystanku. Momentami całkiem, całkiem. Dobranoc.
O blogu
Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.
czwartek, 1 maja 2014
środa, 30 kwietnia 2014
Roztocze, rowerem łuk zatoczę - prolog
Pogoda już dawno jest znośna więc sezon rowerowy już zakwitł. W tym roku, na majówkę jedziemy z Sabiną tam gdzie nas jeszcze nie było. Mowa o Roztoczu na Lubelszczyźnie. Podobno jest tam ładnie, podobno nie całkiem płasko i podobno warto odwiedzić to miejsce. Jutro o 6.23 odjeżdżamy z Rzeszowa pociągiem do Horyńca Zdroju. Tam zaczniemy rowerowy etap i takim "rogalem" przez Susiec, Zwierzyniec i Biłgoraj wrócimy do Rzeszowa. Nie wiem na ile pogoda pozwoli popedałować, ale w planach mamy do ukręcenia około 240 km. Z jednej strony chciałbym żeby świeciło słońce, a z drugiej wolałbym chłód co by kleszcze nie dawały nam popalić. Tych w tym roku jest na zatrzęsienie. Ciesze się, że wyruszamy i że pobędziemy trochę z naturą. Krzaków i lasów tam nie brakuje, także z miejscówką pod namiot nie powinniśmy mieć problemu. Sprzętowo jesteśmy dobrze przygotowani, kondycyjnie trochę gorzej ;). Od jakiegoś czasu pobolewa mnie prawe kolano i wreszcie poszedłem po rozum do głowy. Postanowiłem zrzucić trochę balastu z roweru. Mój sakwowy pakunek udało się odchudzić i teraz waży on 20 kg. Na 4 dni to w zupełności wystarczy. Jakby tego było mało, to drugi raz w życiu zapakowałem się w 2 sakwy, a nie tradycyjnie w 4 (Jadę z Sabiną, to podopycham jej sakwy ;)
P.S. Będziemy zamieszczać wieści z trasy za pomocą MMS'ów. Nie przewiduje, że system nawali. Logger narazie też działa, także traska po powrocie do domu zostanie opublikowana. Miłego weekend'owania
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Zakup używanego roweru (z allegro) - krótki poradnik
Mój żółty rower, którego regularnie używałem i przypinałem na mieście, właśnie zakończył żywot. 4 lata temu złożyłem go z zużytych części, które zalegały mi w garażu. Ramę wtedy faktycznie skołowałem ze... śmietnika. Można się śmiać, ale na miasto gdzie obecne jest coś takiego jak złodziejstwo, niczego więcej nie potrzeba. Cóż, po 3400 km pożegnałem się z żółtą strzałą, dumnie wynosząc ją tam gdzie ją znalazłem, czyli do kontenera.
Stanąłem przed zakupem
używanego roweru na miasto i zadanie to okazało się trudniejsze niż zakładałem. Złożenie kolejnego roweru ze złomu pewnie byłoby łatwiejsze, niż zakup używki ;). W
tym poście napiszę na co zwracać uwagę i czego się wystrzegać przy zakupie roweru z rynku wtórnego. Nie ma znaczenia czy chcemy nabyć rower na miasto, czy może taki aby porozbijać się po lesie.
Zasady przy zakupie są podobne.
Po pierwsze: jakiego roweru chcemy i za ile ?
Warto to określić na samym początku, pozwoli nam to wstrzelić
się w określony przedział rynku. Ja na początku chciałem przełajówkę na kołach
28", ale po konsultacjach zdecydowałem, że kupię klasycznego górala na
kołach 26". Założenie było takie, że ma mieć aluminiową ramę w rozmiarze
17÷20 cali, stery A-head, i najlepiej jak będzie to jakaś firmówka, a nie no
name. Pułap cenowy ustawiłem na 550 zł, ale ostatecznie podwyższyłem go do
700 zł. Skąd te zmiany ?. Ano stąd, że za pięć i pół stówki ciężko kupić coś przyzwoitego
na aluminiowej ramie.
Po drugie: gdzie nabędziemy używany rower ??
Opcji jest wiele: allegro, tablica.pl (olx.pl), lokalna giełda,
lombard. Ja skupiłem się na tym pierwszym i nie jest to wyjście proste.
Dlaczego ??. Bo nie mamy możliwości osobistego sprawdzenia czy koła nie są
scentrowane, czy poprawnie działają przerzutki, czy amortyzator nie jest
zajechany, czy wszystko działa tak jak należy. Jak mamy możliwość osobiście
sprawdzić rower, przymierzyć go, przejechać się, to zawsze to łatwiej wyrobić sobie o nim zdanie.
W osobistym kontakcie ze sprzedawcą jest jeszcze jeden plus - łatwiejsza negocjacja ceny.
Apropo ceny, jest jedna bardzo ważna kwestia. Nie muszę
wspominać, że nie bawimy się w świadome i jawne paserstwo !. Bądźmy szczerzy, bardzo
ciężko jest ocenić czy nabywany rower nie pochodzi z kradzieży i czy nie
stajemy się nieumyślnymi paserami. Jak jest paragon i kwity z pieczątką to
dobrze. Jak sprzęt jest ocechowany i wiarygodność idzie potwierdzić to jest
jeszcze lepiej. Niestety, najczęściej nie ma ani jednego, ani drugiego i nie
koniecznie musi to znaczyć, że rower był ukradziony. Niektóre przypadki
natomiast śmierdzą na kilometr. Jak ktoś sprzedaje drogi rower w niskiej cenie
i nie jest w stanie uwiarygodnić jego pochodzenia, to coś jest nie tak.
Takie okazy proponuję omijać szerokim łukiem. W 99% będzie w nich haczyk.
Po trzecie: jeśli allegro to jakie warunku musi spełniać
aukcja sprzedającego ??
Odpowiem jednym zdaniem. Aukcja, opis przedmiotu, zdjęcia, wszystko
musi być zrobione TIP TOP. Kupujemy przez internet i nie pojedziemy z Krakowa
do Bydgoszczy po rower, tylko skorzystamy najprawdopodobniej z opcji przesyłki. Cena
50 zł za kuriera jest rozsądna. Raz nakręciłem się na pewien rower i gość w
aukcji wpisał 25 zł za wysyłkę - coś za nisko mi się wydawało. Zacząłem go dopytywać
przez mail'a to odpisał, że koszt dostawy wpisał "na wariata". Spytałem
o ostateczny koszt wysyłki, to dostałem odpowiedz że "70 zł, ale nie ma
pewności". Po tej informacji porzuciłem tego sprzedawcę, razem z jego
rowerem za brak konkretów.
Inna sprawa to zdjęcia roweru. W aukcji mają być zdjęcia
kupowanego przedmiotu, a nie fotki ściągnięte ze strony producenta. Wszystkie fotografie
mają być wyraźne, duże, zrobione w dobrym oświetleniu. Zdjęcia wielkości
znaczka pocztowego, zrobione "kalkulatorem" według mnie skreślają
aukcję. Nie mam czasu prosić sprzedającego, aby łaskawie zrobił poprawne
zdjęcia i podesłał je dzień później. Oferta sprzedaży na starcie ma być dobra. Na
zdjęciach poza widokiem ogólnym mają być detale czyli napęd, opony,
amortyzator, siodełko, kierownica etc. Fotografie mają dać nam wzrokowy pogląd
czy mamy do czynienia z zajechanym sprzętem czy przyzwoitym rowerkiem. Wiadomo,
że wygiętego haka przerzutki nie zauważymy na zdjęciu, ani lekko scentrowanego
koła. Takie elementy zawsze będą obarczone ryzykiem. Dlatego oprócz aukcji, patrzymy na
samego sprzedającego. Jeżeli gość/gościówa ma
50 pozytywów, ani jednego negatywa i sprzedał już kilkadziesiąt rowerów, to możemy być raczej spokojni. Co innego jak trafimy na "świeżego" sprzedawcę, albo kogoś kto złapał już parę negatywów i ma nienajlepsze oceny. Wtedy należy się dobrze zastanowić, czy to nie jest zwykły naciągacz, który poluje na "jeleni" i wciska im kit.
50 pozytywów, ani jednego negatywa i sprzedał już kilkadziesiąt rowerów, to możemy być raczej spokojni. Co innego jak trafimy na "świeżego" sprzedawcę, albo kogoś kto złapał już parę negatywów i ma nienajlepsze oceny. Wtedy należy się dobrze zastanowić, czy to nie jest zwykły naciągacz, który poluje na "jeleni" i wciska im kit.
Tak jak napisałem w pierwszym zdaniu, oferta sprzedaży ma
być konkretna i pełna. Sprzedający również musi trzymać dobry poziom.
Po czwarte: Na co uważać ??
Niektórzy sprzedawcy robią dużo zdjęć, ale wykonują je w
taki sposób, aby coś ukryć. Na przykład gość ustawił łańcuch na 5-tej koronce
kasety, która najczęściej zużywa się najwcześniej. Łańcuch na 5-tej zębatce,
na zdjęciu zakrywa 4 koronką i nie jesteśmy wstanie precyzje określić stanu tych
najczęściej używanych biegów. To jest niby szczegół, ale pozostałe zębatki mogą wyglądać
dobrze i na ich podstawie możemy wyrobić sobie błędną opinię, że na tej
kasecie jeszcze pojeździmy.
Inna sprawa to wgięcia na ramie, wytarcia lakieru. Rower tak
można sfotografować, że nie będzie tego widać. Jak ktoś jest estetą, to po
otrzymaniu roweru może go kłuć w oczy.
Kolejna rzecz, która mnie odstrasza od potencjalnych zakupów
to zdania w opisie aukcji w stylu: "Tylny hamulec nie działa poprawnie,
ale postaram się go ustawić" albo "Sprzedaję bez dekielka manetki od
tylnej przerzutki. Gdzieś mi się zapodział w trakcie czyszczenia, ale jak go znajdę to dorzucę". Jeżeli sprzedający przed wystawieniem przedmiotu nie był
wstanie zadać sobie trudu, żeby naprawić rower, czy uzupełnić braki, to nie liczyłbym
że zrobi to jak znajdzie kupca. Zapomnijcie, że ustawi hamulec, albo cudownie
odnajdzie dekielek od manetki. Takie teksty, to nic innego jest robienie ludzi
w bambuko... "sprzedaje rower, prawie dobry". Nie ma "prawie", albo
jest dobry, albo nie.
Co z serwisem tablica.pl (olx.pl), to też trochę podobne do allegro
??.
Do ogłoszeń lokalnych, gdy dochodzi do osobistego kontaktu
ze sprzedającym, serwis tablica.pl jest
OK. Można w ten sposób i samochód kupić. Wysyłki tanich przedmiotów pewnie też
by przeszły. Inaczej sprawa się ma jak mamy zrobić przelew 400 złotych i dostać
przedmiot kurierem. To jest ryzyko i nikt nie da gwarancji, że pieniądze nie
przepadną. Dlatego najprościej poprosić sprzedającego z tablica.pl aby wystawił
rower na allegro. Wiem że tamtejszy system ochrony kupujących nie działa idealnie, ale
zawsze mamy większą pewność na ewentualne odzyskanie pieniędzy.
* * *
Nie jest łatwo znaleźć przyzwoity rower, w przyzwoitych
pieniądzach. Allegro pęką od marnych rowerów za wyśrubowane pieniądze. Jak
patrzy się na oferty to czasami ma się wrażenie, że sprzedawcy upadli na głowę.
Nie mówię, że mają sprzedawać za półdarmo, ale niech nie przeginają. Nie dziwię się, że te same rowery można znaleźć od tygodni i nikt nie chce ich kupić.
Po kilku tygodniach szukania roweru na allegro udało mi się
w końcu trafić na dobrą ofertę, dobrego sprzedawcy. Postanowiłem zawalczyć i
wziąłem udział w licytacji...
12 sek przed końcem aukcji, zostałem właścicielem używanego roweru. Czy jestem zadowolony z nowego nabytku ?. Jasne, że jestem i cieszę się jazdą.
12 sek przed końcem aukcji, zostałem właścicielem używanego roweru. Czy jestem zadowolony z nowego nabytku ?. Jasne, że jestem i cieszę się jazdą.
P.S. Żeby była jasność, nie dostaje żadnych profitów za
reklamowanie serwisu allegro.pl na tym blogu. Wybrałem ten sposób zakupu bo nie przepadam za
lokalną giełdą, a po lombardach też mi się nie chce łazić.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
O zmianach w sprzęcie i życiu... komponentów cz.2
Przyszła pora na podzielenie się kolejnymi informacjami na temat życia części rowerowych i sprzętu. W kwestii użytkowania, nadal nic się nie zmieniło, to znaczy nie chucham na rower, nie płaczę z powodu kolejnego zadrapania i nie omijam błota. Tego ostatniego to trochę było w minionym sezonie. Nawet jak kilka tygodni nie padało, to potrafiliśmy "przypadkiem" trafić na bajoro w lesie i z konieczności pojeździć po nim.
Bez zbędnego gadania pora przejść do drugiej części o komponentach :
Hamulec tarczowy Avid BB7 MTB (160 mm) na tylnym kole + klamki Avid FR7
Tarczówkę chciałem już dawno założyć, a że budowa amortyzatora nie pozwoliła założyć jej na przód, to postanowiłem załadować go na tylne koło. Największy problem był ze znalezieniem specyficznego adaptera do mojego Trek'a. Nie wiele brakowało i ściągałby go z USA. Na szczęście większość rowerów ma standardowe mocowanie zacisków i problem z montażem w ogóle nie występuje.
Wybrałem mechaniczny hamulec tarczowy bo jego obsługa jak i niezawodność wydają mi się lepsze niż hydrauliczne odpowiedniki. Avid BB7 ma bardzo dobre opinie i z mojej strony uważam ten zakup za jeden z lepszych. Pierwsze co zrobiłem na wstępie, to rozebrałem zacisk na części i dokładnie przyjrzałem się budowie. Muszę powiedzieć, że to bardzo prosta konstrukcja. Nawiasem mówiąc producent trochę za słabo smaruje ruchome części zacisku. Zdaję sobie sprawę, że smar nie może się dostać do klocków, ale bez przesady z tym niedoborem smaru.
Na tej tarczówce przejechałem obecnie 3000 km i muszę powiedzieć, że dostała trochę w kość. Najbardziej na 16-kilometrowym zjeździe z Połoniny Równej (różnica wysokości 1200 metrów). Wtedy zacisk jak i tarcza niemal płonęły. Zdziwiłem jak poczułem, że ten element śmierdzi od przegrzania. Poza mną, na rowerze były jeszcze 4 sakwy ekwipunku (29 kg) więc było co hamowywać z górki. Muszę przyznać, że hamulec bardzo dobrze zniósł tą próbę. Pomimo obciążenia, ciągłego hamowania i wysokiej temperatury, cały czas miałem kontrole nad rowerem. Jedynie co zauważyłem to, to że nie byłem w stanie całkowicie zablokować tylnego koła na betonie. Pewnie większa tarcza 180 mm załatwiłaby sprawę. W normalnych warunkach tarcza 160 mm blokuje koło błyskawicznie. Zjazd z Połoniny Równej, z sakwami należy traktować jako ekstremum. Od przegrzania zacisku, gumowe uszczelki chroniące linkę przed zabrudzeniem po prostu popękały. Producent mógł zadbać o lepszą gumę. Na szczęście to nie jest wielki problem. Po przebiegu 3000 km oryginalne metaliczne klocki Avid'a są trochę podtarte. Prognozuję, że w tym tempie klocki powinny bezpiecznie dociągnąć do 5000 km. Współpraca z fabryczną tarczą C2S2 jest bardzo dobra. Hamulec nie piszczy, nie wydaje jęków. Ktoś kiedyś napisał, że jak hamulec jest mokry, to jest jeszcze lepszy. Próbowałem to sprawdzić i szczerze mówiąc nie odczułem różnicy. Dla mnie najważniejsze jest to, że bez względu na to czy ten hamulec jest zimny czy piekielnie gorący, to naprawdę przyzwoicie hamuje. Gdybym oczekiwał wyższej skuteczności to zapakowałbym większą tarcze. Jeżeli masz szersze opony pod teren, chcesz mieć SIŁĘ hamowania, to zdecydowanie idź w tarcze 180 mm.
________________________________________________________________
Manetki Shimano Altus SL-M310 3x7-biegów
Przyznaje, że spodziewałem się czegoś więcej po tych manetkach. Z tyłu mam kasetę 7-rzędową i nie mam wielkiego wyboru "przełączników". W pewnym sensie jestem skazany na te manetki. O ile początkowo byłem z nich zadowolony, tak teraz mam mieszane uczucia. Wszystko przez to, że po 3000 km zaczął mi pękać plastik na dźwigniach. Co ciekawe dzieje się to zarówno w jednej jak i drugiej manetce. Wygląda to tak, jakby plastik nie był zespolony z metalowym rdzeniem. Tworzywo trzyma
się... tylko tworzywa. Jestem tym mocno zdziwiony bo w moich starych manetkach, które miały 24800 km przbiegu i wszystkie pory roku na koncie, coś takiego nie miało miejsca. Jak ten plastik będzie dalej pękał to niedługo zostaną mi tylko metalowe blaszki. Shimano ewidentnie poszło po taniości i nie podoba mi się to, że ta firma coraz bardziej zaczyna przyjmować politykę "bubla". Nie liczę, że na tych manetach za 69 zł przejadę 18000 km, ale w tym tempie rozpadu to ja może połowę tego dystansu zrobię. Najlepsze jest to, że te manetki jeszcze nie wiedzą co to jest zima. Narazie pokleiłem to wszystko i zobaczymy co z tego wyjdzie.... ehhh.
________________________________________________________________
Logger GPS Holux M-1000C
Czasami na blogu widzicie mapkę z przejechaną trasą. Najczęściej powstaje ona w wyniku zapisu trasy przez logger GPS. Jak to działa ?. To proste !. Włączamy urządzenie i w zależności od ustawień, co 1 sekundę, albo 5 rejestrujemy nasze aktualne dane, czyli: współrzędne geograficzne, prędkość, wysokość, date i czas. Na tym loggerze nie ma wyświetlacza, więc dane oglądamy na telefonie przez Bluetooth'a, albo w domu na komputerze w dołączonym programie ezTour. Jak mamy życzenie, to zapisujemy przebytą trasę do pliku "gpx" lub "kmz" i wrzucamy taki plik na dedykowaną stronę internetową. W ten sposób każdy może zobaczyć szlak naszej wycieczki.
Pora na opinię, jak logger sprawdza się w praktyce. Zaznaczę, że zanim zdecydowałem się na model Holux'a M-1000C mocno przewertowałem rynek i wyszło że to urządzenie ma najmniej wad (Pentagramy i pozostałe Holux'y odrzuciłem). W kwestii zasilania, M-1000C zasilany jest dedykowanym akumulatorem, ale spokojnie podchodzą do niego baterie Nokii BL-5C. Mam 5 takich baterii, aby nie brakło mi prądu w podróży. Na jednej baterii urządzenie spokojnie działa przez 20 godzin, w porywach do 26 godzin. Dwie godziny przed wyładowaniem na urządzeniu zapala się czerwona dioda. Producent nie daje do zestawu ładowarki 220V. Baterie ładujemy przez port USB, albo w telefonie obsługującym baterie BL-5C. Z zasilaniem generalnie nie ma problemu. Baterie BL-5C są małe i tanie. Do nawigowania w trasie używam czasami GPS w komórce i wtedy logger zastępuję mi wbudowaną antenę GPS w telefonie. Takie rozwiązanie pozwala oszczędzić energie w telefonie. Logger łączy się z telefonem przez Bluetooth. Co do precyzji urządzenia to radzi sobie świetnie na otwartej przestrzeni. Jest w stanie pokazać nawet po której stronie ulicy jesteśmy. Gorzej jest w wąwozach i gęstej zabudowie miejskiej. Wtedy zdarza się, że logger pokazuje, że jedziemy po dachach budynków (precyzja spada). Tego nie da się przeskoczyć, pomimo że urządzenie zawsze mam na wierzchu, a nie w kieszeni czy plecaku.
Teraz będzie o grubszych wadach, a tych niestety nie brakuje.
Plastik, z którego wykonane jest urządzenie jest pokroju taniej chińskiej zabawki. Po 2 latach używania wytarł mi się wyłącznik i teraz żeby urządzenie wyłączyć muszę wyciągać baterie. Próbowałem to naprawić, ale nie byłem w stanie tej miniatury zreperować. Przy okazji wyłamałem pin do baterii. Ogólnie jak raz otworzymy obudowę to już jej nie zamkniemy (tandetne zatrzaski pękają). Zostaje klej i taśma izolacyjna. Druga sprawa to podłączanie do komputera. Urządzenie nie lubi jak jest wtykane do różnych portów USB. Najczęściej wtedy się zawiesza i tracimy wszystkie zgromadzone dane. Zostaje nam w takiej sytuacji tylko wgranie nowego softu (Firmware), który jest udostępniony przez producenta. Zatem jeśli nie chcemy tracić danych, to zawsze podłączajmy urządzenie do tego samego portu USB. Trzecia gruba wada loggera to opóźnienie przy podłączeniu z telefonem przez Bluetooth. Na rowerze to nie ma znaczenia bo prędkości są rzędu 20 km/h, ale jak używam zestawu do nawigacji w samochodzie to pojawia się problem. Auto porusza się z prędkością 70 km/h i różnica pomiędzy tym co pokazuje GPS, a tym gdzie rzeczywiście jesteśmy jest mocno odczuwalna. Tradycyjne odbiorniki GPS nie mają, aż takiej zwłoki.
Szukałem alternatywy dla M-1000C i pomimo jego wad ciężko coś znaleźć. Jest opcja jakiegoś Garmina z wyświetlaczem, ale to już jest inna klasa sprzętu i pieniędzy. Logger wraz z moim starym telefonem jest trudny do przebicia. W telefonie mam dobre "fabryczne" mapy Ovi. Używam też innych map i zawsze mogę sprawdzić gdzie aktualnie jestem. Telefon z wgranymi mapami + logger to rozwiązanie bezpłatne. Nie potrzebuję internetu w telefonie, ani nawet karty SIM. Z innych plusów Holux'a to, to że oprogramowanie na komputerze ez-Tour jest ciągle rozwijane i aktualizacje są darmowe. Logger nawet bez telefonu będzie zapisywał przebytą drogą, którą zobaczymy na komputerze. Urządzenie ma wbudowaną 4-Megabajtową pamięć. Kiedyś usłyszałem, że to żałośnie mało, ale jako ripostę napiszę, że 13-dniowy wypad zajął 54% tej pamięci (zapis pozycji co 5 sekund).
Dopóki logger działa i mój stary telefon jakoś ciągnie, to będę się trzymał tego zestawu. Oby jak najdłużej.
Bez zbędnego gadania pora przejść do drugiej części o komponentach :
Hamulec tarczowy Avid BB7 MTB (160 mm) na tylnym kole + klamki Avid FR7
Tarczówkę chciałem już dawno założyć, a że budowa amortyzatora nie pozwoliła założyć jej na przód, to postanowiłem załadować go na tylne koło. Największy problem był ze znalezieniem specyficznego adaptera do mojego Trek'a. Nie wiele brakowało i ściągałby go z USA. Na szczęście większość rowerów ma standardowe mocowanie zacisków i problem z montażem w ogóle nie występuje.
Wybrałem mechaniczny hamulec tarczowy bo jego obsługa jak i niezawodność wydają mi się lepsze niż hydrauliczne odpowiedniki. Avid BB7 ma bardzo dobre opinie i z mojej strony uważam ten zakup za jeden z lepszych. Pierwsze co zrobiłem na wstępie, to rozebrałem zacisk na części i dokładnie przyjrzałem się budowie. Muszę powiedzieć, że to bardzo prosta konstrukcja. Nawiasem mówiąc producent trochę za słabo smaruje ruchome części zacisku. Zdaję sobie sprawę, że smar nie może się dostać do klocków, ale bez przesady z tym niedoborem smaru.
Na tej tarczówce przejechałem obecnie 3000 km i muszę powiedzieć, że dostała trochę w kość. Najbardziej na 16-kilometrowym zjeździe z Połoniny Równej (różnica wysokości 1200 metrów). Wtedy zacisk jak i tarcza niemal płonęły. Zdziwiłem jak poczułem, że ten element śmierdzi od przegrzania. Poza mną, na rowerze były jeszcze 4 sakwy ekwipunku (29 kg) więc było co hamowywać z górki. Muszę przyznać, że hamulec bardzo dobrze zniósł tą próbę. Pomimo obciążenia, ciągłego hamowania i wysokiej temperatury, cały czas miałem kontrole nad rowerem. Jedynie co zauważyłem to, to że nie byłem w stanie całkowicie zablokować tylnego koła na betonie. Pewnie większa tarcza 180 mm załatwiłaby sprawę. W normalnych warunkach tarcza 160 mm blokuje koło błyskawicznie. Zjazd z Połoniny Równej, z sakwami należy traktować jako ekstremum. Od przegrzania zacisku, gumowe uszczelki chroniące linkę przed zabrudzeniem po prostu popękały. Producent mógł zadbać o lepszą gumę. Na szczęście to nie jest wielki problem. Po przebiegu 3000 km oryginalne metaliczne klocki Avid'a są trochę podtarte. Prognozuję, że w tym tempie klocki powinny bezpiecznie dociągnąć do 5000 km. Współpraca z fabryczną tarczą C2S2 jest bardzo dobra. Hamulec nie piszczy, nie wydaje jęków. Ktoś kiedyś napisał, że jak hamulec jest mokry, to jest jeszcze lepszy. Próbowałem to sprawdzić i szczerze mówiąc nie odczułem różnicy. Dla mnie najważniejsze jest to, że bez względu na to czy ten hamulec jest zimny czy piekielnie gorący, to naprawdę przyzwoicie hamuje. Gdybym oczekiwał wyższej skuteczności to zapakowałbym większą tarcze. Jeżeli masz szersze opony pod teren, chcesz mieć SIŁĘ hamowania, to zdecydowanie idź w tarcze 180 mm.
________________________________________________________________
Manetki Shimano Altus SL-M310 3x7-biegów
Przyznaje, że spodziewałem się czegoś więcej po tych manetkach. Z tyłu mam kasetę 7-rzędową i nie mam wielkiego wyboru "przełączników". W pewnym sensie jestem skazany na te manetki. O ile początkowo byłem z nich zadowolony, tak teraz mam mieszane uczucia. Wszystko przez to, że po 3000 km zaczął mi pękać plastik na dźwigniach. Co ciekawe dzieje się to zarówno w jednej jak i drugiej manetce. Wygląda to tak, jakby plastik nie był zespolony z metalowym rdzeniem. Tworzywo trzyma
się... tylko tworzywa. Jestem tym mocno zdziwiony bo w moich starych manetkach, które miały 24800 km przbiegu i wszystkie pory roku na koncie, coś takiego nie miało miejsca. Jak ten plastik będzie dalej pękał to niedługo zostaną mi tylko metalowe blaszki. Shimano ewidentnie poszło po taniości i nie podoba mi się to, że ta firma coraz bardziej zaczyna przyjmować politykę "bubla". Nie liczę, że na tych manetach za 69 zł przejadę 18000 km, ale w tym tempie rozpadu to ja może połowę tego dystansu zrobię. Najlepsze jest to, że te manetki jeszcze nie wiedzą co to jest zima. Narazie pokleiłem to wszystko i zobaczymy co z tego wyjdzie.... ehhh.
________________________________________________________________
Logger GPS Holux M-1000C
Czasami na blogu widzicie mapkę z przejechaną trasą. Najczęściej powstaje ona w wyniku zapisu trasy przez logger GPS. Jak to działa ?. To proste !. Włączamy urządzenie i w zależności od ustawień, co 1 sekundę, albo 5 rejestrujemy nasze aktualne dane, czyli: współrzędne geograficzne, prędkość, wysokość, date i czas. Na tym loggerze nie ma wyświetlacza, więc dane oglądamy na telefonie przez Bluetooth'a, albo w domu na komputerze w dołączonym programie ezTour. Jak mamy życzenie, to zapisujemy przebytą trasę do pliku "gpx" lub "kmz" i wrzucamy taki plik na dedykowaną stronę internetową. W ten sposób każdy może zobaczyć szlak naszej wycieczki.
Pora na opinię, jak logger sprawdza się w praktyce. Zaznaczę, że zanim zdecydowałem się na model Holux'a M-1000C mocno przewertowałem rynek i wyszło że to urządzenie ma najmniej wad (Pentagramy i pozostałe Holux'y odrzuciłem). W kwestii zasilania, M-1000C zasilany jest dedykowanym akumulatorem, ale spokojnie podchodzą do niego baterie Nokii BL-5C. Mam 5 takich baterii, aby nie brakło mi prądu w podróży. Na jednej baterii urządzenie spokojnie działa przez 20 godzin, w porywach do 26 godzin. Dwie godziny przed wyładowaniem na urządzeniu zapala się czerwona dioda. Producent nie daje do zestawu ładowarki 220V. Baterie ładujemy przez port USB, albo w telefonie obsługującym baterie BL-5C. Z zasilaniem generalnie nie ma problemu. Baterie BL-5C są małe i tanie. Do nawigowania w trasie używam czasami GPS w komórce i wtedy logger zastępuję mi wbudowaną antenę GPS w telefonie. Takie rozwiązanie pozwala oszczędzić energie w telefonie. Logger łączy się z telefonem przez Bluetooth. Co do precyzji urządzenia to radzi sobie świetnie na otwartej przestrzeni. Jest w stanie pokazać nawet po której stronie ulicy jesteśmy. Gorzej jest w wąwozach i gęstej zabudowie miejskiej. Wtedy zdarza się, że logger pokazuje, że jedziemy po dachach budynków (precyzja spada). Tego nie da się przeskoczyć, pomimo że urządzenie zawsze mam na wierzchu, a nie w kieszeni czy plecaku.
Teraz będzie o grubszych wadach, a tych niestety nie brakuje.
Plastik, z którego wykonane jest urządzenie jest pokroju taniej chińskiej zabawki. Po 2 latach używania wytarł mi się wyłącznik i teraz żeby urządzenie wyłączyć muszę wyciągać baterie. Próbowałem to naprawić, ale nie byłem w stanie tej miniatury zreperować. Przy okazji wyłamałem pin do baterii. Ogólnie jak raz otworzymy obudowę to już jej nie zamkniemy (tandetne zatrzaski pękają). Zostaje klej i taśma izolacyjna. Druga sprawa to podłączanie do komputera. Urządzenie nie lubi jak jest wtykane do różnych portów USB. Najczęściej wtedy się zawiesza i tracimy wszystkie zgromadzone dane. Zostaje nam w takiej sytuacji tylko wgranie nowego softu (Firmware), który jest udostępniony przez producenta. Zatem jeśli nie chcemy tracić danych, to zawsze podłączajmy urządzenie do tego samego portu USB. Trzecia gruba wada loggera to opóźnienie przy podłączeniu z telefonem przez Bluetooth. Na rowerze to nie ma znaczenia bo prędkości są rzędu 20 km/h, ale jak używam zestawu do nawigacji w samochodzie to pojawia się problem. Auto porusza się z prędkością 70 km/h i różnica pomiędzy tym co pokazuje GPS, a tym gdzie rzeczywiście jesteśmy jest mocno odczuwalna. Tradycyjne odbiorniki GPS nie mają, aż takiej zwłoki.
Szukałem alternatywy dla M-1000C i pomimo jego wad ciężko coś znaleźć. Jest opcja jakiegoś Garmina z wyświetlaczem, ale to już jest inna klasa sprzętu i pieniędzy. Logger wraz z moim starym telefonem jest trudny do przebicia. W telefonie mam dobre "fabryczne" mapy Ovi. Używam też innych map i zawsze mogę sprawdzić gdzie aktualnie jestem. Telefon z wgranymi mapami + logger to rozwiązanie bezpłatne. Nie potrzebuję internetu w telefonie, ani nawet karty SIM. Z innych plusów Holux'a to, to że oprogramowanie na komputerze ez-Tour jest ciągle rozwijane i aktualizacje są darmowe. Logger nawet bez telefonu będzie zapisywał przebytą drogą, którą zobaczymy na komputerze. Urządzenie ma wbudowaną 4-Megabajtową pamięć. Kiedyś usłyszałem, że to żałośnie mało, ale jako ripostę napiszę, że 13-dniowy wypad zajął 54% tej pamięci (zapis pozycji co 5 sekund).
Dopóki logger działa i mój stary telefon jakoś ciągnie, to będę się trzymał tego zestawu. Oby jak najdłużej.
środa, 25 grudnia 2013
Góry Świetokrzyskie – z czym to się je ?
Na wstępie wyjaśnienie. Ten wpis miał się pojawiać dużo,
dużo wcześniej, ale z przyczyn czasowych pojawia się dopiero teraz. Krótki dzień i ciepła zima zdecydowanie bardziej sprzyjają pisaniu relacji ;)
Pani Ala i Adrian wpadli na pomysł, aby porowerować po
terenie Kielecczyzny. Przyznaję, że ostatni raz byłem tam jako "pięcioklasista",
czyli lata temu. Nie ukrywam, że jestem przyzwyczajony do pagórków i do tematu świętokrzyskiego
podszedłem z dużym dystansem.
W piątek (02.08.2013) o 19.30 wyjechaliśmy samochodem w
pięcioosobowym składzie (Pani Ala, Adrian, Grześ, Sabina i ja). Na pole
namiotowe w Chęcinach pod Kielcami dotarliśmy przed północą. Tutejszy Zamek Królewski
przechodzi teraz gruby remont i co za tym idzie jest zamknięty do 2014 roku. Na
polu namiotowym poza właścicielem i jego psem nie było żywego ducha. Miliona
latającego robactwa nie liczę. Przy świetle latarek rozbiliśmy
namioty i poszliśmy spać.
W sobotę rano (03.08.2013) przywitało nas słońce. Po pobudce
pojechaliśmy samochodem na chwilę do Miedzianej Góry, gdzie był Puchar Capri. Przed
12.00 byliśmy z powrotem w Chęcinach. Nie zwlekając, porzuciliśmy samochód,
siedliśmy na rowery i wyruszyliśmy w kierunku wschodnim. Pogoda bardzo sprzyjała już
od jakiegoś czasu, więc sezon na żniwa w toku. Przy ostatnich temperaturach, to
nawet zboża nie trzeba suszyć, tylko od razu trafia do spichlerza. Na pierwszą
przeszkodę na trasie natrafiliśmy w Lipowicy, gdzie musieliśmy przenieść rowery
przez rzekę Bobrza. Poziom wody nie był wysoki, więc nie sprawiło nam to
większego problemu. Elementami krajobrazu, które rzucają się tutaj w oczy są
kamieniołomy. Jest ich dużo i przy niektórych zapylenie jest dość spore. Białawy asfalt i siwa zieleń to standard. W Morawicy zrobiliśmy zapasy i przez Kuby
Młyny dotarliśmy do rzeki Czarna Nida. Z jej pokonaniem też nie mieliśmy
problemu i sprawnie dotarliśmy do zalewu w Borkowie. Przyznaję, że to całkiem
przyjemne miejsce. Jest piaszczysta plaża, dużo drzew i całkiem przyzwoita
woda. Kąpiel oczywiście obowiązkowa. Po krótkim schłodzeniu jechaliśmy w
kierunku Daleszyc. Upał wciąż nie odpuszczał i chociaż wymoczyliśmy się w
wodzie, to wciąż wyciskał z nas soki. Park krajobrazowy Cisowsko-Orłowski był
przyjemnym schronieniem przed słońcem, chociaż muszę powiedzieć, że cienkie
opony nie radziły sobie z piaszczystymi duktami. Rower tonął w piasku, zamiast
iść na przód. W Makoszynie na krajowej "74"podjęliśmy decyzje, że nie
jedziemy na Łysą Górę. Niby to już nie daleko, niby już ją widać, ale mamy w
nogach 60 km
i jest już 19.00. Zamiast Świętego Krzyża, pędzimy do Świętej Katarzyny. Zamiast
gładkiej drogi, wybraliśmy polny szlak z mnóstwem dołów i kurzu. Adriana
w swoim rowerze delikatnie wygiął hak przerzutki. Po całym dniu mamy już dość i potrzebujemy odpoczynku.
Bez trudu zdobywamy wodę do mycia. W Krajnie Pierwszym wyjechaliśmy na górę i tak
naprawdę dziś po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć więcej przestrzeni. Zbliżał się
wieczór i widok zarówno na północ jak i południe zrobił się oszałamiający.
Postanowiliśmy znaleźć tutaj jakąś miejscówkę i udało nam się rozbić namioty pod
Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Po zachodzie słońca wciąż było bardzo ciepło.
Po zjedzeniu makaronu z konserwą zasnęliśmy z gwiazdami nad głową. Całość
dopełniła cisza i Pan Tadeusz.
W niedziele (04.08.2013) wcześnie obudziło nas słońce. Po
małym śniadaniu pędziliśmy z górki do Świętej Katarzyny. Była opcja, żeby wyjść
na Łysice
(612 m n.p.m), ale ostatecznie uznaliśmy ten cel za zbędny. Nabijaliśmy kilometry dalej i przed 10.00 dojechaliśmy nad Zalew Cedzyna. Nie powiem, skręcało mnie żeby się wykąpać, ale jak zobaczyłem ten zielony kożuch i poczułem zapach tej wody, to mi się odechciało. 30 minut później przeczytaliśmy na drzewie, że kąpiel jest zabroniona z uwagi na podwyższoną ilość bakterii. Po Mszy Św. w Leszczynach powoli kierowaliśmy się na Chęciny, gdzie czekał na nas samochód. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy do Zbiornika Suków. Ten zalew ewidentnie przypomina kopalnie piasku. Nie da się nie zauważyć napisów: „Kąpiel wzbroniona, zakaz wstępu”. Setki ludzi nic sobie z tego jednak nie robi i mówiąc wprost plażuje nas wodą. Nie byliśmy inni. Woda bardzo czysta, chłodna, ale trzeba cały czas uważać. Raz 3 metry od brzegu kryje po całości, a kawałek dalej woda po pas. Na dnie dużo głazów i wystające stalowe pręty też się znajdą- jednym słowem dzikie kąpielisko. Może kiedyś powstanie tu zalew z krwi kości bo predyspozycje do tego ma spore. O 16.00 zawinęliśmy się i jechaliśmy dalej. Pod Sitkówką stała się rzecz bez precedensu. Pewien pan wypatrzył nas przez lornetkę jak staliśmy pod lasem. Wysłał do nas swoją córkę na rowerze, która w jego imieniu zaprosiła nas na kompot. Pierwszy raz coś takiego zdarzyło mi się w Polsce. Zaproszenie przyjęliśmy i szybko okazało się, że mamy do czynienia też z sakwiarzami. Cała rodzina jest mocno zrowerowana bo jeździ mama, dwie córki i nasz gospodarz. Gość młody nie jest, a jeździ 360 dni w roku, bez względu na pogodę. Po miłej pogawędce szybko dotarliśmy do Chęcin, zapakowaliśmy rowery na samochód i o 22.20 wróciliśmy do domu.
(612 m n.p.m), ale ostatecznie uznaliśmy ten cel za zbędny. Nabijaliśmy kilometry dalej i przed 10.00 dojechaliśmy nad Zalew Cedzyna. Nie powiem, skręcało mnie żeby się wykąpać, ale jak zobaczyłem ten zielony kożuch i poczułem zapach tej wody, to mi się odechciało. 30 minut później przeczytaliśmy na drzewie, że kąpiel jest zabroniona z uwagi na podwyższoną ilość bakterii. Po Mszy Św. w Leszczynach powoli kierowaliśmy się na Chęciny, gdzie czekał na nas samochód. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy do Zbiornika Suków. Ten zalew ewidentnie przypomina kopalnie piasku. Nie da się nie zauważyć napisów: „Kąpiel wzbroniona, zakaz wstępu”. Setki ludzi nic sobie z tego jednak nie robi i mówiąc wprost plażuje nas wodą. Nie byliśmy inni. Woda bardzo czysta, chłodna, ale trzeba cały czas uważać. Raz 3 metry od brzegu kryje po całości, a kawałek dalej woda po pas. Na dnie dużo głazów i wystające stalowe pręty też się znajdą- jednym słowem dzikie kąpielisko. Może kiedyś powstanie tu zalew z krwi kości bo predyspozycje do tego ma spore. O 16.00 zawinęliśmy się i jechaliśmy dalej. Pod Sitkówką stała się rzecz bez precedensu. Pewien pan wypatrzył nas przez lornetkę jak staliśmy pod lasem. Wysłał do nas swoją córkę na rowerze, która w jego imieniu zaprosiła nas na kompot. Pierwszy raz coś takiego zdarzyło mi się w Polsce. Zaproszenie przyjęliśmy i szybko okazało się, że mamy do czynienia też z sakwiarzami. Cała rodzina jest mocno zrowerowana bo jeździ mama, dwie córki i nasz gospodarz. Gość młody nie jest, a jeździ 360 dni w roku, bez względu na pogodę. Po miłej pogawędce szybko dotarliśmy do Chęcin, zapakowaliśmy rowery na samochód i o 22.20 wróciliśmy do domu.
* * *
Podsumowanie
Przyznaję otwarcie, że Kielecczyzna na biedną nie wygląda.
Na wsiach nie brakuje wypasionych chałup i bynajmniej nie jest to zjawisko
jednostkowe. Ewidentnie cieszy fakt, kiedy ktoś częstuje Cię kompotem, albo z
uśmiechem na twarzy nalewa Ci wody. To miłe i serdeczne gesty. Świętokrzyskie
tereny ewidentnie różnią się od podkarpackich szlaków rowerowych. Taka
odskocznia jest potrzebna, ale na dłuższą metę byłoby mi tam ciężko. Mimo
wszystko człowiek jest przyzwyczajony do większej ilości górek i widoków. W
zasadzie tylko pod Świętą Katarzyną mieliśmy do czynienia z wzniesieniem, z
którego było widać coś więcej. Na
pozostałym obszarze jest relatywnie płasko.
W ciągu tych dwóch dni ukręciliśmy 130 km i zmęczył nas nie
tyle dystans, co żar z nieba. To był pierwszy wyjazd, na którym nie planowaliśmy
wcześniej trasy i faktycznie powstawała ona na bieżąco. Dobra mapa, to
podstawa. Pogoda ewidentnie nam dopisała, rowery również dały radę, no może
poza hakiem od przerzutki, który się wygiął Adrianowi. Z bolesnych strat, to po
raz kolejny utraciłem wszystkie dane z mojego loggera GPS :(. Nie wiem już co z
tym urządzeniem zrobić bo ciężko znaleźć alternatywę dla niego, nie wydając fortuny.
Poniżej nakreślona trasa i link do kilku zdjęć z wypadu.
Zdjęcia z wypadu, bez fotorelacji ;) >>LINK
Zdjęcia z wypadu, bez fotorelacji ;) >>LINK
sobota, 7 grudnia 2013
Zakarpaty i Beskid Niski - FILMIK
Podczas podróży po Zakarpaciu i Beskidzie towarzyszył nam mały aparat kompaktowy z funkcją filmowania. Oszałamiającą jakość trudno tym sprzętem uzyskać, ale udało się nam nakręcić kilka momentów. Pierwotna wersja klipu powstała 2 miesiące temu, ale była słaba. Poskładaliśmy to jeszcze raz do kupy, poprzycinaliśmy i wyszło z tego co wyszło. Ocenę pozostawiam Wam
Link do filmu ->> https://vimeo.com/80188668
Polecam wersje HD
niedziela, 1 grudnia 2013
Beskid Niski rowerom bliski - epilog
Fotorelacja z sierpniowego wypadu po Beskidzie Niskim właśnie została sfinalizowana (po ciężkich bojach ;). Poniżej zamieszczam link do galerii zdjęć :
http://ciosna.dphoto.com/#/album/c278cl/photo/20077529
Miałem wcześniej mały chronologiczny bałagan na blogu, bo jeden wyjazd nie został zakończony, a pojawił się następny. Jako, że zdjęcia ze wszystkich tegorocznych podróży zostały już opublikowane, to pozwoliłem sobie na uporządkowanie postów na blogu, tak aby jedna eskapada nie była przepleciona inną.
Wszystkie zdjęcia i relacje znajdują się w zakładce "Podróże" na górze strony.
W następnym poście pojawi się krótki filmik, który będzie dopełnieniem tegorocznej podróży po Zakarpaciu i Beskidzie Niskim. To już niebawem, klip praktycznie jest już zmontowany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







