O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

środa, 3 sierpnia 2016

Przewóz rowerów w rumuńskich pociągach - informacje 2016

O przewozie rowerów w rumuńskich pociągach wiele już napisano i gdy przed wyjazdem czytaliśmy kolejne relacje, to zastanawialiśmy się jak ten temat ogarnąć. Jedni pisali, że nie da się kupić biletów na rower, inni kłócili się z konduktorami, jeszcze inni rozkręcali rowery w pociągu albo płacili dodatkowe opłaty. Nie chcieliśmy żadnej z przedstawionych sytuacji i postanowiliśmy podejść do tematu nieco inaczej. Po pierwsze, ze strony http://www.cfrcalatori.ro/ wydrukowaliśmy w domu internetowy rozkład pociągów, aby przy zakupie biletów nie wypluwać języka tylko wskazać palcem co nas interesuje. Po drugie, celowaliśmy w pociągi w których nie było narysowanego rowerka, ani co ważne nie było obowiązkowej rezerwacji miejsc. Takich pociągów na naszej trasie Oradea-Cluj Napoca było raptem trzy w ciągu dnia. Jazdę takimi pociągami można porównać do podróży naszymi Przewozami Regionalnymi. Linie i tabor kolejowy w Rumunii są modernizowane. Miną jeszcze lata zanim tam będzie to co aktualnie mamy w Polsce. Jeśli chodzi o bilety na rowery, to pani w informacji na dworcu powiedziała, że nie ma czegoś takiego. Chwilę później, w kasie inna pani sprzedała nam takowe bilety w cenie 5 Lei (5,25 zł) za rower. Skąd rozbieżność informacji - nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że rowery wieźliśmy pod własnym nadzorem w ostatnim wagonie, koło kibla. Jechaliśmy pociągiem z przedziałami więc nie było mowy o trzymaniu ich w innym miejscu. Skład wyglądał na wyprodukowany jeszcze za komuny, ale nie miało to większego znaczenia. Konduktor był niesamowicie uprzejmy i ludzie w pociągu też tacy rozchmurzeni, sympatyczni. Z jednym Rumunem wypiłem nawet piwo na spółkę. Mimo, że ni w ząb nie rozumiałem co do mnie mówił, to kapnąłem się, że mam stać na czatach i pilnować czy konduktor nie idzie bo on musi sobie zapalić. Baliśmy się, że podróże rumuńską koleją to będzie "przeprawa", a my raptem z uprzejmości skręciliśmy tylko kierownice w rowerach, żeby umożliwić przejście. Skoro tak dobrze nam szło to postanowiliśmy zapytać o przesiadkę na następny pociąg do Teius. Nie mogliśmy się dogadać, z konduktorem ale zaprowadził nas do nauczycielki i w tej translacji dowiedzieliśmy się, że bilet na następny pociąg możemy kupić w... pociągu bez dodatkowej opłaty. Nasze bilety na rower wciąż będą obowiązywać i nie musimy kupować kolejnych. Gdyby nasz pociąg do Cluj-Napoci miał się spóźnić, to konduktor zadzwoni i tamten następny poczeka na nas. Niesamowita kultura i to wszystko z uśmiechem na twarzy. Na dworcu w Cluj zostaliśmy pokierowani od razu do właściwego pociągu i na inny peron przeszliśmy jak chodzi tu większość, czyli po torach. Z przejścia podziemnego mało kto korzysta. W pociągu do Teius konduktor wszystko już wiedział, bo został poinformowany przez kierownika naszego poprzedniego pociągu. Tu mała uwaga. Jeżeli nie mamy biletów, warto od razu po wejściu do pociągu iść do konduktora i kupić bilety. Na jednej ze stacji, wpadły "kanary" i była dodatkowa kontrola biletów.
Generalnie nie taki diabeł straszny z tymi pociągami w Rumunii, jak go rysują. Najważniejsze to wbijać w pociągi, które nie mają rezerwacji miejsc. Bo tak sobie myślę, że jak wbija się w InterCity bez biletu, to co ten konduktor może zrobić ?!. Kłopotliwa sytuacja dla niego i dla nas jak mamy sakwy i rowery. Jakby tego było mało, to całość będzie w miksie językowym. W Polsce jak wsiądziemy z rowerem, bez biletu do IC, to też będą problemy. Tyle, że u nas idzie się dogadać, wykłócić, albo wyrzucić emocje że aż się krew zagotuje. Po co ?. To pierwszy krok do "zarobienia" dodatkowych pieniędzy, albo wylecenia z pociągu - zresztą zasłużenie. Rumuńskim i polskim konduktorom życzymy utrzymania wysokich standardów. Pozdrawiamy



niedziela, 24 lipca 2016

Jarosław -> Rzeszów, czemu nie


Niedziela to chyba jedyny dzień w naszym rozkładzie, gdzie mamy nieco więcej czasu na pojeżdżenie rowerem. Tym razem jak w tytule, padło na Jarosław. O 9:20 zameldowaliśmy przy dworcowej kasie PKP Rzeszów. Kupiliśmy bilety dla nas, prosimy o te na rowery, a Pani w okienku mówi: "Sprzedam bilet, ale z informacją BEZ GWARANCJI MIEJSC DO PRZEWOZU ROWERU". Byliśmy zaskoczeni, ale kasjerka też była zdziwiona bo pierwszy raz zobaczyła ten komunikat. Nic, wzięliśmy te bilety "bez gwarancji". Mieliśmy jechać Przewozami Regionalnymi (nową PESĄ), więc nie ma siły - musimy jakoś wejść. Weszliśmy, a w zasadzie wcisnęliśmy się. Razem z nami 9-ciu innych rowerzystów. Była nawet osakwowana rodzinka, z trójką dzieci i przyczepką rowerową. Rozwaliliśmy się w przejściu na końcu pociągu, nie było innego wyjścia. Drzwi się zamknęły i o 9:46 mieliśmy ruszyć. Nie ruszyliśmy, zgasło światło, wyłączyły się wyświetlacze, później się włączyły, później znowu wyłączyły i lipa. Maszynista wciskał "Alt-Ctrl-Del", ale ni ciula. Pociąg jak stał, tak stał dalej. Przyszła pani konduktor grzecznie wyprosiła wszystkich, zaprowadziła na sąsiedni peron i starym składem ruszyliśmy z kopyta na wschód.


Stare składy mają to do siebie, że nie ma w nich problemu z blokowaniem przejścia, ani z tym że nie ma gdzie stanąć. Wszystko się pomieściło i o 11:20 byliśmy w Jarosławiu.


Dawno nie byłem w tym mieście i przyznaję, że trochę się pozmieniało. Brzydkie kamienice zmieniają wygląd, na chodnikach dominuje kostka brukowa. Całość idzie ładnie naprzód, nie mówiąc o już nowym dworcu PKP. Po odwiedzeniu z Sabinką jej starych śmieci zaczęliśmy się kierować na Rzeszów bo taki był cel tej wycieczki.


Oczywiście nie zamierzaliśmy jechać autostradą, ani starą "4". Uderzyliśmy na Pruchnik. W przeciwieństwie do mojej żony, nigdy tamtędy nie jechałem i nie spodziewałem się, że będzie z górki, pod górkę.



Dzisiejszy upał dawał w kość. Sielski klimat, znikomy ruch na drodze i ciągnące się pola kukurydzy na szczęście rekompensowały lejący się żar.  



Po zjedzeniu bułek pod sklepem w Pruchniku, naszym następnym celem była Kańczuga. Mimo, że jedzie się drogą wojewódzką, to nawierzchnia momentami jest mocno połatana. Na szczęście nie ma kraterów w asfalcie. Góralem jak i koralką przejedzie. Upał z każdą godziną dopiekał nam coraz bardziej. Wypijaliśmy butelkę, za butelką... wody. Kombajny zaczynały młóciły zboża. Jak lato, to lato.


Za Kańczugą odbiliśmy na Husów i czerwonym szlakiem, przez Handzlówkę chcieliśmy dobić w okolice Malawy.


Zaczęły się podjazdy, zjazdy, polne drogi i w końcu trafiliśmy do lasu. Zrobiło się chłodniej i mimo spiekoty trafiliśmy na bajoro. W lesie aktualnie jest wyrębą drzewa i droga jest przemielona. Jazda nią grozi pochłonięciem butów, rowerów, a może i nas. Boczkiem, boczkiem wśród latających owadów, przebiliśmy się przez las i stąd na Magdalenkę to już prosta droga.


Zmian wielkich na czerwonym szlaku nie ma. Z ostatnim domem kończy asfalt i zaczyna szuter.


Jak już się jest koło kościółka św. Marii Magdaleny, to do Rzeszowa można zjechać przez Malawę, albo przez Słocinę. Polecamy ten drugi wariant. Trzeba tylko pamiętać, że jak stoimy przed drzwiami kościoła to mamy skręcić w prawo i wjechać na polną drogę.



O 19.00 zjechaliśmy całkiem w dół i w parku na Słocinie zakończyliśmy dzisiejszą wycieczkę. Zeszło cały dzień, ale jakoś specjalnie nie pędziliśmy z Jarosławia. Dla kogo jest ta trasa ?. Na pewno dla tych co nie lubią dużego ruchu, choć w dni robocze pewnie samochodów jest więcej. Kondycyjnie trzeba pokonać parę górek i nie można powiedzieć, że droga biegnie po płaskim. Patrząc na trasę, "góral" albo rower trekkingowy będzie idealny. Z cienkimi oponami na szutrze i polnych drogach będzie ciężko, więc poza asfaltami koralka odpada.
Poniżej link do naszej trasy, sczytany z loggera:

poniedziałek, 18 lipca 2016

Dorośliśmy do facebook'a

Nasz blog "A dlaczego nie rowerem ?" po latach dorobił się konta na facebook'u. Strona właśnie wystartowała. Narazie średnio ogarniamy całą tą machinę (nigdy nie mieliśmy tam konta), ale postaramy się to nadrobić. Facebook'owy profil ma nam pomóc w zdobywaniu informacji, jak również ma za zadanie informować naszych znajomych, czytelników o najnowszych postach na tym blogu. Poza wycieczkami rowerowymi postaramy się także ogólnie podjąć temat podróży. Dodaliśmy gadżet do facebook'a po prawej stronie. Link do naszej strony znajduje się również poniżej. Zapraszamy
https://www.facebook.com/A-dlaczego-nie-rowerem--284065965287163/?view_public_for=284065965287163

niedziela, 17 lipca 2016

R jak Romania - epilog (zdjęcia)

Ilekroć tworzymy galerie zdjęć, to tak jakbyśmy przeżywali tą podróż na nowo. W głowie wtedy budzą się wszystkie wspomnienia, widoki, obawy, zmagania z podjazdami. Z perspektywy czasu, zawsze wszystko wygląda inaczej. Kilka rzeczy poprawilibyśmy albo rozegrali inaczej, żeby z urlopu wycisnąć jeszcze więcej. Ale żeby nie było, niczego nie żałujemy- dla nas to była świetna podróż. Fakt jest faktem, że opublikowanie galerii schodzi nam długo. To jest tak, że nie chcemy odstawiać przysłowiowej chały i nie wrzucimy tak po prostu 2000 zdjęć. Wybraliśmy dla Was 160, w tym 3 krótkie klipy i to jest i tak za dużo. Wszystkiego nigdy nie będziemy w stanie pokazać ani opowiedzieć. Tam trzeba samemu tam pojechać i wszystko to odkryć dla siebie :).

Zapraszamy do galerii -> https://ciosna.dphoto.com/#/album/fe04cm/photo/44160558

czwartek, 14 lipca 2016

R jak Romania (epizod przedostatni)


Wróciliśmy. Cali, zdrowi i z uśmiechem na ustach. 12 dni kręciliśmy korbą i ukręciliśmy dystans 944 km. Jesteśmy zaskoczeni taką ilością kilometrów. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się po nam tyle gratów i narzędzi. I co ?. I okazało się, że to wszystko się przydało. Jedenastego dnia również rower Sabinki zaczął niedomagać, chrupiąc coś w tylnej piaście. Okazało się, bębenek kończy swój żywot. Ostatniego dnia dotarliśmy do węgierskiej miejscowości Berttyoujfalu (nie wiem jak to przeczytać). Samochód zostawiony na publicznym parkingu w parku nadal stał i miał się dobrze. Nikt mu nawet kołpaków nie ukradł. Przyznajemy szczerze, że byliśmy trochę w strachu, zostawiając samochód na taki czas. Ale wszystko ma pozytywny koniec bo jesteśmy już w Polsce.
Nie da się Rumunii podsumować jednym zdaniem. Przede wszystkim należy napisać wprost, że obywatele tego kraju podkreślają swoją tożsamość. W miastach, na słupach wiszą flagi, na wioskach przy domach wiszą flagi, na opakowaniach rumuńskich produktów są namalowane flagi. Bynajmniej nie ma to nic wspólnego z mistrzostwami europy w piłce nożnej, ani nacjonalizmem. Rumunii są z niej po prostu dumni. To chyba jedyny kraj na świecie, w którym Dacia występuje w tylu odmianach. Mowa tu nie tylko o współczesnych rdzewiejących Loganach, ale i starszych gatunkach jak model 1310, których wciąż jeździ jeszcze bardzo dużo. Rumunie można porównać do Ukrainy, tylko że to jest państwo w takiej bogatszej, bardziej ustabilizowanej wersji. Faktem jest, że pieniądz z Unii płynie do tego kraju. Widać to po odrestaurowanych zabytkach i autostradach które są budowane. Krążyły kiedyś legendy o kraju Drakuli, jak tam strasznie i jak tam kradną. Dziś w centrum Oradei pod sklepem stoi przez 20 minut niezapięty markowy rower. Na dworcu autobusowym w Campeni leży mała torba podróżna bez opieki. Nikt tego nie tyka. Ludzie tu na każdym kroku są uśmiechnięci i pytają skąd jedziesz, dokąd zmierzasz. Chociaż widać, że na wsiach się nie przelewa, to można śmiało zaryzykować, że wszyscy wyglądają na szczęśliwych. Trochę ciemniejszą stroną tego rumuńskiego obrazu na pewno są śmieci porozrzucane po lasach. Przyznajemy, że ich ilość robi wrażenie. Nie ma tu znaczenia czy mówimy o zwykłym lesie czy parku narodowym. One są wszędzie. Ze śmieci docieramy do kolejnej sprawy, a mianowicie bezpańskich, wychudzonych psów. Jest ich zdecydowanie więcej w południowej części Karpat. Bardzo lubimy psiaki i niektóre z nich są bardzo ładne. Nie zmienia to faktu, że kiedyś władze tego kraju będą musiały skuteczniej zmierzyć się z tym problemem. W tej chwili te zwierzaki po prostu cierpią przez zaniedbanie i głupotę ludzi. Jeżeli kiedykolwiek będziecie chcieli sobie pojeździć rowerem po szlakach Rumunii to przyszykujcie sobie kija. Nie po to, aby bić te zwierzęta (żeby nie było, nie uderzyliśmy ani jednego psa). Tylko po to, aby odstraszyć takiego wielkiego "brysia", który jak podejdzie i kąśnie to nie ma pół uda. W kwestii cen to zarobki są niższe niż w Polsce, a ceny w sklepach nie licząc pieczywa, niestety wyższe. Ratują oczywiście sieciówki jak Penny Market, Profii czy Lidl. Ceny benzyny i ropy w przeliczeniu na złotówki też są wyższe i aktualnie balansują na poziomie 5,25 zł za litr. Czyli złotóweczkę drożej niż w Polsce. Jakby ktoś chciał jechać autem, to obowiązkowo wchodzą jeszcze w grę winiety. Pogoda w Rumunii jest zależna od tego gdzie jesteśmy. Praktycznie nie było dnia, żeby nie padało na szlakach położnych powyżej 1200 m n.p.m. Co oczywiste w wyższych partiach jest chłodniej, ale jak świeci słońce to opala tak samo mocno jak w dolinach. W niższych partach jest żar i ukrop. Około 13.30 najczęściej robiliśmy sjestę, żeby przeczekać ten największy palący skwar. Z miejscówkami pod namiot nie ma wielkich problemów. Oczywiście zdarzają się wąwozy, czy niekończące się przedmieścia większych miast, ale spokojnie można uznać że nie jest ciężko. Tym samym wszystkie noce spędziliśmy na dziko, w namiocie, będąc często przyuważonymi przez tubylców- żadnych problemów z tego nie było. W nawigowaniu wykorzystaliśmy starą turystyczną mapę z 2009 roku i elektroniczne darmowe mapy OpenTopoMap. Fajna opcja do znalezienia alternatywnej drogi, zważywszy że po tranzytowych szlakach Rumunii, wśród ciężarówek źle się podróżuje. Na koniec jeszcze trzeba napisać o nietypowych spotkaniach i pomysłach. W Rumunii przyuważyliśmy kilka ekip rowerowych. O samotnym Koreańczyku pisaliśmy, ale byli też Martin i Susanne, Holenderka i Duńczyk którzy właśnie kończą swoją 2,5-roczną rowerową podróż do Nepalu. Respect - wyglądali na wytyranych, z wielkim bagażem doświadczeń. Największe zaskoczenie było i tak na podjeździe na Transfagarsan, gdy odpoczywaliśmy. Słyszymy, że w oddali coś jedzie. Patrzymy, a tu wyłania się koleś w wampirkach. Bez ochraniaczy, ze zdartymi łokciami zjeżdża w dół na deskorolce. Przemknął obok nas i zniknął. Samobójca.

Poniżej kilka zdjęć i mapa naszej rowerowej trasy zrzucona z loggera. Pełna relacja zdjęciowa z wyjazdu pojawi się w przyszłości.









Dla przejrzystości mapy, błądzenie i plątanie się po miastach, pominęliśmy. 
Pozdrawiamy

środa, 13 lipca 2016

R jak Romania (Dzień 9-11)

Po przejechaniu Transalpiny zaczęliśmy się kierować na północny-zachód w kierunku Oradei. Oczywiście mogliśmy wybrać łatwiejszy wariant, czyli drogi krajowe o wielkim ruchu i poboczu szerokości białej linii. Nie o to nam chodziło i wybraliśmy trakt prowadzący przez Park Narodowy Apuseni. Dziewiąty dzień miał być kolejnym dniem dziecka z małą ilością kilometrów i wcześniejszym położeniem się spać. Budzik zadzwonił jak zwykle o 6.00 rumuńskiego czasu (w Polsce to 5.00). Zebraliśmy się, przesuszyliśmy namiot z porannej rosy i ruszyliśmy w drogę. W miejscowości Zlatna utwierdziliśmy się w przekonaniu, że rumuńskie pieczywo jest wyśmienite. Jak kupuje się drożdżówkę za około 1,50 zł to najczęściej jest ona z francuskiego ciasta, nafaszerowana serem, czekoladą albo dżemem, w takiej ilości że zawartość wypływa z wnętrza. Croissanty w Polsce przy tych rumuńskich to jakieś podpierdółki, a nie rogaliki. Oj, będziemy za tym tęsknić. Późnym popołudniem dojechaliśmy na skraj parku narodowego i zgodnie z dewizą dnia luzu zaczęliśmy szukać miejscówki. Byliśmy niestety w wąwozie i zaczęły się problemy. Domki były powciskane wszędzie, a na dodatek każde pole było ogrodzone drutem kolczastym, albo drewnianym płotem. Niesamowite jest to, że nawet lasy były ogrodzone. Nawet gdybyśmy sforsowali płot z desek i schowali się za drzewami to był jeszcze inny problem- stromizny. Na takich nachyleniach nie było mowy o rozbiciu namiotu. Musieliśmy ujechać 23km, żeby znaleźć kawałek małego poletka za potokiem. Przerzucaliśmy rzeczy przez wodę i w pewnym momencie sakwa Sabinki wpadła do strumienia. Udało się ją w porę złapać i szybko wyłowić. Była dobrze zrolowana więc nie udało się utopić zawarotości. Rankiem dziesiątego dnia, w tym głębokim wąwozie odnotowaliśmy najniższą temperaturę jak do tej pory +7 stopni. Z wysokości 700 m n.p.m. zaczęliśmy podjeżdżać na 1300 m.n.p.m. Za miejscowością Horea wciąż mieszkają ludzie i na tych stromiznach koszą łąki. Robią to oczywiście ręcznie, za pomocą kos. To tak naprawdę ciężka praca. Na jednym takim poletku, młody chłopak w wyżelowanych włosach, ubrany w młodzieżowe ciuchy kosił trawę razem ze swoim ojcem. Sabinka stwierdziła, że ten młodzieniec w pewnym sensie jest symbolem takiej współczesnej Rumunii. Bo z jednej strony kosa i uprawa ziemi na wsi, a z drugiej rumuńskie miasta wyglądające coraz ładniej. Jeżeli chodzi o zabytki, czy reprezentacyjne dzielnice miast to one w niczym nie odstępują od tych zachodnio europejskich. W większości z nich jeszcze czuć zapach świeżej farby i widać czyściuteńką kostkę brukową. Wjechaliśmy dziś na tą górę co mieliśmy wjechać w paku narodowym, a później musieliśmy jeszcze wjechać na dwie mniejsze. Rozbiliśmy namiot przed 17.00 za miejscowością Belis i popierniczyliśmy wszystko. Byliśmy najzwyczajniej w świecie zmęczeni. To była dobra decyzja. O 18.00 zaczęła się burza i takie opady deszczu jakich nasz namiot jeszcze nie widział. Lało dobre 20 minut. Namiot nie przepuścił ani kropelki, przetrwaliśmy ulewę z suchym tyłkiem :). Jedenastego dnia przy porannym słońcu, zaczęliśmy zjeżdżać w dół wytracając 1000 metrów w pionie i zbliżając się jeszcze bardziej do węgierskiej granicy.

wtorek, 12 lipca 2016

R jak Romania (Dzień 7-8)

Od rana metr po metrze pieliśmy się po Transalpinie, mijając przegrzane samochody. Trzeba przyznać, że od południa Trasnalpinia jest ostrzej poprowadzona od Transfagarsan. Na szczęście im wyżej tym chłodniej, a pogoda była piękna. W rozbudowującej się Rancy uzupełniliśmy wodę. Miasteczko przypomina taki kurorcik, jest tutaj nawet stok narciarski. Sądząc po niektórych budynkach ich właściciele przestrzelili się w inwestycjach i dużo budynków od dłuższego czasu niszczeje niedokończona. Od wysokości 1700 m n.p.m. zaczęły się serpentyny i poziom chmur. Im bliżej przełęczy Urdele tym słabsza widoczność i temperatura wynosząca 10 stopni. Przy widoczności sięgającej kilkudziesięciu metrów osiągnęliśmy szczyt 2136 m n.p.m. Nie widzieliśmy żadnej tablicy, słupka czy czegoś innego. Po prostu w pewnym momencie droga przechodzi płynnie w dół, a wartość maksymalnej wysokości odczytujemy z GPS'a. Gwoli uzupełnienia: Transalpina jest wyasfaltowana od jakiegoś czasu i można tam spokojnie wjechać osobówką, albo motocyklem. Grunt to mieć sprawny układ chłodzenia. O ile Transfagarsan ma spektakularnie poprowadzone serpentyny, tak Transalpina przebiega po pagórkach dając szeroki widok na całe połacie terenu. Trudno jednoznacznie stwierdzić, która jest ładniejsza. Na jednej i drugiej trasie minęła nas setka motocyklistów, choć na Transfagarsan ruch był zdecydowanie większy. Na zjeździe z Transalpiny spotkaliśmy jedynego rowerzystę tego dnia. Nazywał się In Chihun jest Koreańczykiem i od roku jest w rowerowej podróży. Przez Europę dalej przez Afrykę i Amerykę Południową zmierza do Ameryki Północnej. Jego rower z bagażem waży tyle, że nie da się go podnieść. Niesamowity facet i nie źle zakręcony. Po południu zjechaliśmy do poziomu lasu i zaczęło padać. Nad sztucznym jeziorem Lacul Oasa na zapuszczonej drodze rozbiliśmy w deszczu namiot. Kiedy wykonywaliśmy nasz namiotowy rytuał czyli spinanie rowerów, mycie, łasuchowanie nagle po błocie i po wertepach zjeżdża do nas VW Transporter na hiszpańskich blachach. Wyskakuje z niego 8 kolesi i biegnie na brzeg. Pompują ponton i z sieciami wypływają na jezioro. Była lekka konsternacja bo nie wiadomo co myśleć w takiej sytuacji. Panowie odmachali nam "Cześć", po czym weszliśmy do namiotu i zasnęliśmy jak małe dzieci. Obudziliśmy się siódmego dnia w tym samym miejscu i kontynuowaliśmy nasz zjazd z Transalpiny. Rankiem było zimno, bo temperatura wynosiła 10 stopni. Nie było szans wysuszyć rzeczy po wczorajszym deszczu dlatego suszenie prowadziliśmy w południe. Nadarzył się po drodze sklep więc uzupełniliśmy poziom energii wcinając na przerwie słoik nutelli i bochenek chleba. Po południu w Alba Iulia odwiedziliśmy gród. O ile na niektórych wioskach widać budowlany rozpiernicz, tak w miastach Rumunii wiedzą jak wydawać unijne pieniądze. Gród z katedrami, przyciętymi trawnikami i karpiami koi w stawach robi niesamowite wrażenie. Miasto miało swój historyczny udział w przyłączeniu Siedmiogrodu do Rumunii w 1922 roku i uznaniem dnia 1 grudnia jako Dzień Niepodległości. Pod wieczór klasycznie znaleźliśmy miejscówkę na uboczu obok zarośniętych, zardzewiałych torów kolejowych. Rozbiliśmy namiot i zacząłem brać prysznic z butelki, gdy obok przemknął pociąg wypełniony ludźmi. Krzaki nie były za gęste i stało się jasne, że tory są w użyciu, a miejscówka nie taka ukryta.