O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

wtorek, 9 czerwca 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie (epizod przedostatni)

Wróciliśmy z wyprawy, albo może nazwijmy to lepiej z "wyrypy". W trzy dni wjechaliśmy na trzy górki, choć należałoby powiedzieć wtarabaniliśmy tam rowery. Trzy razy spaliśmy pod gwiazdami i nie były to bynajmniej gwiazdki przy nazwie hotelu. Przez trzy dni każde z nas zużyło trzy litry wody do mycia (cóż za oszczędność) i ze trzydzieści litrów wody do picia. Upały w połączeniu z podjazdami dały nam popalić, ale finalnie zakończyliśmy eskapadę z uśmiechem na ustach i odgniecioną pupą. Nie obyło się bez przygód: znowu nawalił logger, oszukała nas mapa, którą mieliśmy bo zamiast asfaltu znaleźliśmy rozsypaną ziemię i trawę po pas. Mimo to świetnie poradziliśmy sobie w nawigacji i ani razu nie użyliśmy GPS'u. Na drodze spotkaliśmy dużo uprzejmych osób, które chciały nam pomoc, albo doradzić gdzie jeszcze możemy pojechać. Jeden pan zaproponował nam nawet ciepłe mleczko od kózki. Została nam do zrobienia fotorelacja i wyprawa byłaby zakończona, gdyby nie spór o to co otarło się o nasz namiot w pierwszą noc. Sabina twierdzi, że to rosły niedźwiedź, ja jestem zdania, że mała sarenka. Pewnie nigdy się nie dowiemy co to było... . Najważniejsze, że namiot wyszedł z tego bez szwanku.

P.S. Pozdrowienia dla pana traktorzysty ze Śmierciaków, który o 3,50 nad ranem kosił łąkę i raczył nas melodią silnika ze swojego Fergusona.

Poniżej mapka do naszej przebytej trasy na rowerach.
Błądzenie i plątanie się pominęliśmy

Galeria z wyjazdu tworzy się i powinna się niebawem pojawić, a póki co zamieszczamy kilka zdjęć:
















sobota, 6 czerwca 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie... (Dzień 3)

Wreszcie dotarliśmy na miejscówkę choć znaleźć ją nie było łatwo. Dlaczego ?. A no dlatego, że tutejsi rolnicy są bardzo pracowici. Wczoraj pod Rytrem szukaliśmy miejsca do spania i był problem, bo goście do zmroku szaleli traktorami po polach, albo koniami w zaprzęgu. Wiadomo, że namiotu nie rozbije się jak rolnik obok kultywuje glebę Fergusonem 4x4. Ale to jeszcze nic. Przed wschodem słońca o 3.50 jakiś farmer zaczął kosić łąkę. Wyciskał z traktora niezłe soki i niosło się tak, że było go pewnie słychać w Nowym Sączu. Poprzednią noc spaliśmy na skoszonej łące i faktem jest, że 30 sekund po naszym opuszczeniu miejscówki facet wjechał traktorem przewracać siano. Pewnie nic by nie powiedział, ale wiedzieć też nie musi- w końcu w Polsce zabronione jest spanie na dziko :D.
Tytułem skrótu: wczoraj wyjechaliśmy na Jaworzynę Krynicką (1114 m n.p.m) i to była nasza druga górka. Udało się i zobaczyliśmy Tatry. Ludzi tam było jak na Kasprowym Wierchu, bo tam też działa taki wynalazek jak kolejka. Dzisiaj podjęliśmy temat Przehyby z wjazdem od północy, konkretnie asfaltem od wsi Gaboń. Udało się, ale fizycznie kończyliśmy się przez upał. Na jutro został nam Czerwony Klasztor i powrót do domu Golfiną. Nie powiem dostaliśmy w kość i dzisiaj mogę już śmiało napisać, że się nasyciłem i naładowałem. Dobranoc

czwartek, 4 czerwca 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie... (Dzień 1)

Ledwo minęła 20,00, a my już jesteśmy po kolacji i po kąpieli z litrowej butelki. Leżymy w śpiworach i słuchamy śpiewu ptaków. 100 metrów nad nami jest schronisko nad Wierchomlą. Jutro spróbujemy do niego dojechać i dalej na Jaworzynę Krynicką. To będzie nasza druga górka w tej wycieczce. Pierwszą wzięliśmy dzisiaj i nazywała się Obidza (936 m n.p.m). Zdobycie jej nie było niczym innym jak karkołomnym darciem roweru na szczyt, z wariantem pchania bicykla we dwoje. Było ciężko, do tego stopnia, że z tego wszystkiego aż przestał boleć mnie kręgosłup- pewnie się rozćwiczył. Widoczność była dziś ograniczona i niestety nie dostrzegliśmy Tatr. W tej chwili resztki słońca przebijają się przez drzewa i na niebie pojawił się błękit. Jesteśmy zmęczeni i to takie pozytywne zmęczenie dające radość. Dziś rano Sabina z lekkimi pretensjami powiedziała, że ma urlop i że musiała wstać o 3,00. W dodatku każe jej jeszcze jechać na rowerze. Nie wziąłem tego na poważnie, bo chyba nie mówiła tego serio. Dobra, idziemy spać z kurami i malutkimi kurczaczkami- pipipi. Dobranoc

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie... (prolog)

Podchodziliśmy do tej wycieczki kilka razy i zawsze coś wyskakiwało. A to pogoda, a to przeziębienie, a to dzień krótki. Właśnie minęła 3.00 nad ranem, słońce niedługo wstanie, więc tym razem na dobre rozpoczynamy przygodę. Plan jest taki, że jedziemy Golfiną do Szczawnicy, albo okolicy. Tam porzucamy samochód i kręcimy korbą na wschód w stronę Beskidu Sądeckiego. Razem z Sabinką chcę obskoczyć trzy górki, w trzy dni. Ile z tego uda się ugryźć, to wyjdzie w praniu bo kondycyjnie i zdrowotnie jakoś wybitnie nie stoimy. Faktycznie, mało kilometrów zrobiliśmy w tym sezonie, ale liczę że nie za mało ;).
Relacja na bieżąco z drogi powinna pojawić się w następnym poście. Wiadomość pójdzie przez MMS, jak technika nie nawali ;). Życzcie nam siły i wyjałowionych terenów od kleszczy.
Pozdrawiamy