O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

wtorek, 26 lipca 2011

Gdzie jest lato ? (Zdjęcia z Zakarpacia)

Patrząc na to jaką pogodę mieliśmy na Ukrainie i jaką mamy teraz, mogę śmiało powiedzieć, że lepiej być nie mogło. Coś nie może nam się wyrobić ta pogoda. Ale nie o tym to miał być post.
Chwilę to trwało, ale wreszcie mi się udało ogarnąć zdjęcia z ukraińskiego wyjazdu.
Ba ! , jest nawet krótki filmik nakręcony przez Przemka.

Poniżej film i link do zdjęć.



Zdjęcia z podróży >>Link


P.S. Poprzedni post z 16 lipca 2011 został uzupełniony o pewne informacje.
Pozdrawiam

sobota, 16 lipca 2011

"Tam jest dziura zabita dechami, tam drogi nie ma, ale welosipedem przejedzie"


Tak Ukrainiec skwitował trasę na Sambor. Stan ukraińskich dróg jest opłakany, o czym wielokrotnie mogliśmy się przekonać. Rowerem te "kratery" idzie jakoś ominąć, ale samochodem jest już znacznie trudniej. Dlatego nie dziwi nikogo widok kierowcy jadącego pod prąd, albo pędzącego masziną ile fabryka dała z nadzieją, że pojazd przeleci nad "szwajcarskim serem".
Wczoraj, po siedmiu dniach zakończyliśmy ukraińską rowerową podróż. Poniżej parę słów o tym co się działo:

Udało się wyruszyć zgodnie z planem, czyli w sobotę 9 lipca 2011. W Medyce na granicy były problemy, bo padły polskie komputery i na Ukrainę wpuszczali tylko obywateli Unii Europejskiej. Ukraińcy musieli czekać i niektórym z nich to się nie spodobało. Niewielka grupa kobiet zrobiła zaporę z bagaży i stwierdziła, że nas nie przepuści. Zaczęliśmy z nimi delikatnie, bo kultura tego wymaga, ale inni pokazali nam, że nie wolno się cackać, czy wdawać się z nimi w dyskusje. Trzeba iść po prostu na ostro. Padła komenda: "Brać to k...a !", powstał rumor i między torbami przebiliśmy się z rowerami. Było tłoczno, ale inni czekający nie robili nam problemów. Pogranicznicy szybko nas odprawili i byliśmy na Ukrainie.

Od Mościsk cały czas kierowaliśmy się na południe i drugiego dnia tuż przed wieczorną burzą udało nam się odnaleźć dom ludzi, którzy ratowali mnie i Roberta w 2009 roku. Okazało się, że mieszkają dalej niż zakładałem i kompletnie się nas nie spodziewali. Ucieszyli się z naszej wizyty, a największą radość sprawiła im podarowana fotografia zrobiona tamtego zimowego poranka. Gospodarze przyjęli nas pod dach i ugościli czym chata bogata. Były holubce (gołąbki), jajka, swojski ser i mięso. Anatol poczęstował nas mocnym trunkiem. Miało być po trzy kieliszki, ale pojawili się sąsiedzi i kieliszki dalej się napełniały. Gospodyni Ludmiła powiedziała, żebyśmy następnym razem przyjechali z żonami, tak więc pora zacząć szukać drugiej połówki. Po noclegu w ciepłym łóżeczku, rankiem zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się. Wieczorna uczta trzymała mnie do 10.00, a godzinę później byliśmy już na Przełęczy Użockiej (853 m n.p.m.).

Same Zakarpaty to rejon jednocześnie bliski i daleki. Patrząc na mapę można powiedzieć, że to tuż za miedzą, ale patrząc na niewykorzystany potencjał przyrodniczy tego regionu można odnieść wrażenie, że to jakiś odległy zakątek.
W ukraińskich Bieszczadach bardzo rzadko można zobaczyć napis "noclegi" czy "wolne pokoje". Szlaki są mizernie oznaczone, albo w ogóle. Tam lokalna ludność pracuje na polu, pasie bydło, albo zbiera to co wydał las. Nikt nie myśli o przeorganizowaniu się na turystykę.
W kwestii nawigacji, to korzystaliśmy z papierowych map Atlasu Europy, Mapy Ukrainy i wujka Google. Połączenie tych trzech spisało się, ale najdokładniejsze okazały się stare rosyjskie sztabówki i język. Miejscowi najlepiej wiedzą gdzie można dojechać, a gdzie utopić się w błocie.
Ukraina zachwyca swoim pięknem i dzikością. Nie powiem, dostałem w kość zwłaszcza na podjeździe na Połoninę Równą (Wt, 12.07.2011), bo na odcinku 17 km wysokość zmieniła się z 285 m n.p.m. na 1479 m n.p.m. Szczyt połoniny to doskonały punkt widokowy na Karpaty, to także miejsce byłej radzieckiej bazy wojskowej. Jej budowy nigdy nie ukończono, a w trawach do dziś można znaleźć otwory w ziemi o głębokości ponad 100 m. Podobno miała to być baza rakietowa. Nocleg na połoninie to jedna z najlepszych miejscówek pod namiot. Żadnych domów, turystów, tylko trawy i bijące źródło. Tak było do świtu, bo z pierwszymi promieniami słońca sześć ciężarówek pełnych ludzi wjechało po betonowych płytach na szczyt i zaczął się dzień pracy, czyli zbieranie jagód.

W środę (13.07.2011) z Ukrainy przez Uble wjechaliśmy na Słowację, a tam krajobraz zupełnie inny i nie chodzi tylko o lepsze drogi. Na ukraińskich wioskach życie toczy się na ulicy, cały czas ktoś spaceruje, albo wygląda na drogę. Na słowackiej wsi tuż przed zachodem słońca nie spotkaliśmy żywego ducha. Pozamykane sklepy, nikogo koło obejścia, wioski jakby wymarłe. Słowacy pewnie inaczej spędzają czas.

Następnego dnia udaliśmy się do słowackiego Parku Narodowego Połoniny. Podejrzeliśmy ujęcie wody dla Preszowa i Koszyc, czyli jezioro Starina. Stamtąd już tylko krok dzielił nas od Polski i popołudniu wjechaliśmy do Cisnej przez Roztoki Górne. W piątek (15.07.2011) przed południem dokręciliśmy do Zagórza. Skorzystaliśmy z dobrodziejstwa kolei i kilka godzin później zakończyliśmy podróż w Rzeszowie.

 * * *

Pogoda bardzo dopisała, niektóre fragmenty dróg dosłownie się topiły. Temperatura w słońcu  przekraczała 34°C. Popołudniowy żar był nieznośny do jazdy. Pojawiały się też burze. Jeden raz nie udało nam się przed nią uciec. Nie byłoby w tym niczego złego gdyby nie to, że źle zrolowałem sakwę i ze śpiwora wykręcałem wodę. Spałem w ubraniu, a nad ranem trzeba było się przykryć folią NRC.

Sprzęt spisał się świetnie, podklejona opona wytrzymała, strzelający bębenek Przemka kręci się dalej. Strat nie odnotowaliśmy. No może poza jednym słowackim kleszczem co to trzeba było go ubić po tym jak ukąsił mnie w udo. Ogółem w ciągu siedmiu dni, na rowerach pokonaliśmy 484 km (mapa trasy). Przewyższeń nie jestem w stanie podać. Plan wycieczki udało się zrealizować i uważam ją za jedną z ciekawszych. Gdyby ktoś pytał o koszt tej imprezy to śmiało odpowiem, że nie wydałem więcej niż 230 zł (głównie jedzenie i bilety PKP). 

Poniżej kilka zdjęć, a na obszerniejszą relacje przyjdzie troszkę poczekać.

Ukraińskie leśne dukty

Ludmiła i Anatol


Miejscówka w dolinie

Podjazd na połonine
Połonina Równa (1479 m n.p.m)


Słowacki brody i Przemek w akcji

piątek, 8 lipca 2011

W drogę na Ukrainę

Zeszło kilka wieczorów zanim udało mi się doprowadzić ten blog do jakiegoś wyglądu. Etap budowy nie jest sfinalizowany, ale główna rama (wygląd) już stoi :).
Zakończyłem pakowanie gratów i jutro rozpoczyna się wycieczkowy epizod z Ukrainą i Słowacją. Rzecz jasna na rowerze, a dokładnie mówiąc na rowerach bo jadę z moim lubelskim kolegą Przemkiem. O 11.11 wyjeżdżamy pociągiem z Rzeszowa do Przemyśla. Tam siadamy na opakowane rowery i przez Medykę kierujemy się na Karpaty Wschodnie, tzw. Zakarpaty. Plan pokrótce zakłada podjazd na Przełęcz Użocką, a później na Połoninę Równą. Po drodze odbijemy na Matkiv, i spróbujemy odnaleźć małżeństwo, które ratowało mnie i Roberta przed zimą w 2009 roku. Wtedy pani powiedziała: "Chłopcy jak będziecie w pobliżu to zajeźdzajcie", no to zajedziemy, jak znajdziemy. (Tytułem wyjaśnienia: Z Robertem i Przemkiem byłem na pierwszej rowerowej wyprawie w rejonie Morza Czarnego ). Po Ukrainie zahaczymy o Słowację i przy dobrych wiatrach 5-tego dnia wjedziemy w Polskie Bieszczady.
Sprzętowo oczywiście nie jestem przygotowany na 100% bo z przedniej opony zaczynają mi wyłazic druty. Jutro kupię zapasową oponę i problem powinien zostać  rozwiązany. Rzadko się zdarza, żebym był całkowicie pewny sprzętu. Zawsze znajdzie się coś z mniejszym lub większym felerem.
Niektórzy ludzie czytając tą wiadomość pewnie zadają pytanie: "Po co jedziecie na Ukrainę, żeby was okradli, żeby wam łby poukręcali ?". Z takimi opiniami można się zetknąć, ale osobiści traktuję ten kraj jak normalne europejskie państwo. Specjalnych środków ostrożności nie ma co tam stosować, a pilnować się trzeba wszędzie tak samo jak w Polsce, czy w Bułgarii. Nie powiem zdarzają się czasami dziwne sytuacje, ale Ukraina to nie jest dziki kraj, to kraj z którym WSPÓLNIE zorganizujemy Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

P.S. Newsów z podróży na bieżąco raczej nie będzie. Do dziś nie mogę skonfigurować telefonu z blogiem, a o WiFi w terenie można pomarzyć. Jak będziemy mieli zasięg w telefonie to będzie dobrze. Życzcie nam wiatru w plecy, słońca i łąk bez kleszczy. Pozdrawiam :)