O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

środa, 25 grudnia 2013

Góry Świetokrzyskie – z czym to się je ?




Na wstępie wyjaśnienie. Ten wpis miał się pojawiać dużo, dużo wcześniej, ale z przyczyn czasowych pojawia się dopiero teraz. Krótki dzień i ciepła zima zdecydowanie bardziej sprzyjają pisaniu relacji ;)

Pani Ala i Adrian wpadli na pomysł, aby porowerować po terenie Kielecczyzny. Przyznaję, że ostatni raz byłem tam jako "pięcioklasista", czyli lata temu. Nie ukrywam, że jestem przyzwyczajony do pagórków i do tematu świętokrzyskiego podszedłem z dużym dystansem.
W piątek (02.08.2013) o 19.30 wyjechaliśmy samochodem w pięcioosobowym składzie (Pani Ala, Adrian, Grześ, Sabina i ja). Na pole namiotowe w Chęcinach pod Kielcami dotarliśmy przed północą. Tutejszy Zamek Królewski przechodzi teraz gruby remont i co za tym idzie jest zamknięty do 2014 roku. Na polu namiotowym poza właścicielem i jego psem nie było żywego ducha. Miliona latającego robactwa nie liczę. Przy świetle latarek rozbiliśmy namioty i poszliśmy spać.
W sobotę rano (03.08.2013) przywitało nas słońce. Po pobudce pojechaliśmy samochodem na chwilę do Miedzianej Góry, gdzie był Puchar Capri. Przed 12.00 byliśmy z powrotem w Chęcinach. Nie zwlekając, porzuciliśmy samochód, siedliśmy na rowery i wyruszyliśmy w kierunku wschodnim. Pogoda bardzo sprzyjała już od jakiegoś czasu, więc sezon na żniwa w toku. Przy ostatnich temperaturach, to nawet zboża nie trzeba suszyć, tylko od razu trafia do spichlerza. Na pierwszą przeszkodę na trasie natrafiliśmy w Lipowicy, gdzie musieliśmy przenieść rowery przez rzekę Bobrza. Poziom wody nie był wysoki, więc nie sprawiło nam to większego problemu. Elementami krajobrazu, które rzucają się tutaj w oczy są kamieniołomy. Jest ich dużo i przy niektórych zapylenie jest dość spore. Białawy asfalt i siwa zieleń to standard. W Morawicy zrobiliśmy zapasy i przez Kuby Młyny dotarliśmy do rzeki Czarna Nida. Z jej pokonaniem też nie mieliśmy problemu i sprawnie dotarliśmy do zalewu w Borkowie. Przyznaję, że to całkiem przyjemne miejsce. Jest piaszczysta plaża, dużo drzew i całkiem przyzwoita woda. Kąpiel oczywiście obowiązkowa. Po krótkim schłodzeniu jechaliśmy w kierunku Daleszyc. Upał wciąż nie odpuszczał i chociaż wymoczyliśmy się w wodzie, to wciąż wyciskał z nas soki. Park krajobrazowy Cisowsko-Orłowski był przyjemnym schronieniem przed słońcem, chociaż muszę powiedzieć, że cienkie opony nie radziły sobie z piaszczystymi duktami. Rower tonął w piasku, zamiast iść na przód. W Makoszynie na krajowej "74"podjęliśmy decyzje, że nie jedziemy na Łysą Górę. Niby to już nie daleko, niby już ją widać, ale mamy w nogach 60 km i jest już 19.00. Zamiast Świętego Krzyża, pędzimy do Świętej Katarzyny. Zamiast gładkiej drogi, wybraliśmy polny szlak z mnóstwem dołów i kurzu. Adriana w swoim rowerze delikatnie wygiął hak przerzutki. Po całym dniu mamy już dość i potrzebujemy odpoczynku. Bez trudu zdobywamy wodę do mycia. W Krajnie Pierwszym wyjechaliśmy na górę i tak naprawdę dziś po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć więcej przestrzeni. Zbliżał się wieczór i widok zarówno na północ jak i południe zrobił się oszałamiający. Postanowiliśmy znaleźć tutaj jakąś miejscówkę i udało nam się rozbić namioty pod Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Po zachodzie słońca wciąż było bardzo ciepło. Po zjedzeniu makaronu z konserwą zasnęliśmy z gwiazdami nad głową. Całość dopełniła cisza i Pan Tadeusz.
W niedziele (04.08.2013) wcześnie obudziło nas słońce. Po małym śniadaniu pędziliśmy z górki do Świętej Katarzyny. Była opcja, żeby wyjść na Łysice
(612 m n.p.m), ale ostatecznie uznaliśmy ten cel za zbędny. Nabijaliśmy kilometry dalej i przed 10.00 dojechaliśmy nad Zalew Cedzyna. Nie powiem, skręcało mnie żeby się wykąpać, ale jak zobaczyłem ten zielony kożuch i poczułem zapach tej wody, to mi się odechciało. 30 minut później przeczytaliśmy na drzewie, że kąpiel jest zabroniona z uwagi na podwyższoną ilość bakterii. Po Mszy Św. w Leszczynach powoli kierowaliśmy się na Chęciny, gdzie czekał na nas samochód. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy do Zbiornika Suków. Ten zalew ewidentnie przypomina kopalnie piasku. Nie da się nie zauważyć napisów: „Kąpiel wzbroniona, zakaz wstępu”. Setki ludzi nic sobie z tego jednak nie robi i mówiąc wprost plażuje nas wodą. Nie byliśmy inni. Woda bardzo czysta, chłodna, ale trzeba cały czas uważać. Raz 3 metry od brzegu kryje po całości, a kawałek dalej woda po pas. Na dnie dużo głazów i wystające stalowe pręty też się znajdą-  jednym słowem dzikie kąpielisko. Może kiedyś powstanie tu zalew z krwi kości bo predyspozycje do tego ma spore. O 16.00 zawinęliśmy się i jechaliśmy dalej. Pod Sitkówką stała się rzecz bez precedensu. Pewien pan wypatrzył nas przez lornetkę jak staliśmy pod lasem. Wysłał do nas swoją córkę na rowerze, która w jego imieniu zaprosiła nas na kompot. Pierwszy raz coś takiego zdarzyło mi się w Polsce. Zaproszenie przyjęliśmy i szybko okazało się, że mamy do czynienia też z sakwiarzami. Cała rodzina jest mocno zrowerowana bo jeździ mama, dwie córki i nasz gospodarz. Gość młody nie jest, a jeździ 360 dni w roku, bez względu na pogodę. Po miłej pogawędce szybko dotarliśmy do Chęcin, zapakowaliśmy rowery na samochód i o 22.20 wróciliśmy do domu.

                                                               *   *   *
Podsumowanie
Przyznaję otwarcie, że Kielecczyzna na biedną nie wygląda. Na wsiach nie brakuje wypasionych chałup i bynajmniej nie jest to zjawisko jednostkowe. Ewidentnie cieszy fakt, kiedy ktoś częstuje Cię kompotem, albo z uśmiechem na twarzy nalewa Ci wody. To miłe i serdeczne gesty. Świętokrzyskie tereny ewidentnie różnią się od podkarpackich szlaków rowerowych. Taka odskocznia jest potrzebna, ale na dłuższą metę byłoby mi tam ciężko. Mimo wszystko człowiek jest przyzwyczajony do większej ilości górek i widoków. W zasadzie tylko pod Świętą Katarzyną mieliśmy do czynienia z wzniesieniem, z którego było widać coś więcej. Na pozostałym obszarze jest relatywnie płasko.
W ciągu tych dwóch dni ukręciliśmy 130 km i zmęczył nas nie tyle dystans, co żar z nieba. To był pierwszy wyjazd, na którym nie planowaliśmy wcześniej trasy i faktycznie powstawała ona na bieżąco. Dobra mapa, to podstawa. Pogoda ewidentnie nam dopisała, rowery również dały radę, no może poza hakiem od przerzutki, który się wygiął Adrianowi. Z bolesnych strat, to po raz kolejny utraciłem wszystkie dane z mojego loggera GPS :(. Nie wiem już co z tym urządzeniem zrobić bo ciężko znaleźć alternatywę dla niego, nie wydając fortuny.

Poniżej nakreślona trasa i link do kilku zdjęć z wypadu.


Route 2,397,442 - powered by www.bikemap.net


Zdjęcia z wypadu, bez fotorelacji ;) >>LINK
 

sobota, 7 grudnia 2013

Zakarpaty i Beskid Niski - FILMIK


Podczas podróży po Zakarpaciu i Beskidzie towarzyszył nam mały aparat kompaktowy z funkcją filmowania. Oszałamiającą jakość trudno tym sprzętem uzyskać, ale udało się nam nakręcić kilka momentów. Pierwotna wersja klipu powstała 2 miesiące temu, ale była słaba. Poskładaliśmy to jeszcze raz do kupy, poprzycinaliśmy i wyszło z tego co wyszło. Ocenę pozostawiam Wam

Link do filmu ->> https://vimeo.com/80188668

Polecam wersje HD
 

niedziela, 1 grudnia 2013

Beskid Niski rowerom bliski - epilog


Fotorelacja z sierpniowego wypadu po Beskidzie Niskim właśnie została sfinalizowana (po ciężkich bojach ;). Poniżej zamieszczam link do galerii zdjęć :

http://ciosna.dphoto.com/#/album/c278cl/photo/20077529

Miałem wcześniej mały chronologiczny bałagan na blogu, bo jeden wyjazd nie został zakończony, a pojawił się następny. Jako, że zdjęcia ze wszystkich tegorocznych podróży zostały już opublikowane, to pozwoliłem sobie na uporządkowanie postów na blogu, tak aby jedna eskapada nie była przepleciona inną.

Wszystkie zdjęcia i relacje znajdują się w zakładce "Podróże" na górze strony. 

W następnym poście pojawi się krótki filmik, który będzie dopełnieniem tegorocznej podróży po Zakarpaciu i Beskidzie Niskim. To już niebawem, klip praktycznie jest już zmontowany.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Beskid Niski rowerom bliski - epizod przedostatni

Dzisiaj wczesnym popołudniem dobiliśmy do domu. Nie mieliśmy daleko, a że obudziliśmy się przed 7.00 to sprawniej wystartowaliśmy. Miniona noc była ciepła, rzekłbym nawet bardzo. Temperatura nie spadła poniżej 12°C i dzisiejszy dzień również należy do najcieplejszych. Kilometry przez Strzyżów i Czudec uciekały nam szybko, a żar z nieba zdecydowanie utrwalał naszą opaleniznę "na kolarza". W Niechobrzu zupełnie przypadkiem spotkałem swojego kolegę ze szkoły. Minęło kilka lat i Jacka ani trochę nie ugryzł ząb czasu. Po małej gościnie i dwóch góreczkach wylądowaliśmy w Rzeszowie. Wykurzeni, wytłuczeni ale nikt mówił że będzie inaczej :)

Podsumowanie

Przyznam się, że Beskid Niski dał nam w kość. Na szczęści my i rowery dzielnie znieśliśmy tą podróż, chociaż nie obeszło się bez strat. W środę przed startem pourywały nam się gumki od stelaża w namiocie. Do 21.30 trwała naprawa, ale udało się. Z innych braków, to drugiego dnia gdzieś zgubiłem gumkę z muszli ocznej od aparatu, a dziś rano zyskałem kleszcza na barku. To czwarty dziad w tym sezonie i jestem zdania, że gdybyśmy nie stosowali repelentu to byłoby ich jeszcze więcej. Tego robactwa jest od zawalenia, ale to nie może być powodem żeby się zamknąć w mieszkaniu (w miejskich parkach też są kleszcze).
Swobodę podróżowania na rowerze tak naprawdę trudno porównać z czymś innym. Chcesz to jedziesz, jesteś śpiący to śpisz. W zależności od chęci, albo kimasz za krzakami albo na wzgórzu z blaskiem księżyca. Realnie patrząc doszliśmy do niezłej wprawy z rozbijaniem namiotu i przy obecnej długości dnia optymalna pora na miejscówkę to 19.30. Wtedy jeszcze całą akcje można zrobić bez udziału latarki.

Kilka wspólnych liczb z Beskidu Niskiego
liczba kilmetrów na rowerze -> 228 km
liczba przebitych dętek -> 0 
ilość wypitej Coli -> 1,75 L
ilość wypitych Wysowianek, Celestynek -> ... dużo
wchłonięte słodkości -> 1 "szynkers" i paczka kasztanków
polecane dania ze słoików -> gołąbki z Łowicza.

Poniżej mapa ukręconej trasy na rowerach i kilka zdjęć. Reszta zdjęć pojawi się mam nadzieję niebawem.


 



sobota, 17 sierpnia 2013

Beskid Niski rowerom bliski - Dzień 3

Pamiętacie jak pisałem w poprzednim poście ze piersza noc będzie zimna ??. Nie pomyliłem się, temperatura spadła do +1,4°C i szczerze mówiąc zmarzłem. Nie spodziewałem się takiej temperatury  na wzgórzu, pod drzewami. Upały w poprzednich tygodniach ewidentnie zmniejszyły moją tolerancje na zimno. Kiedyś pisałem, że w podróży rowerem człowiek śpi jak dziecko i coś w tym musi być bo spaliśmy prawie 12 godzin.
Wczoraj dojechaliśmy do Wysowej. Piękna miejscowość. Jeżeli kiedykolwiek będę miał trafić do jakiegoś uzdrowiska to tylko tam. Z Wysowej wyjeżdżaliśmy przez las szlakiem rowerowym. Trudno to nazywać jazdą bo było dużo pchania. Stromizny były tak duże, że we dwoje pchaliśmy jeden rower. Poza pagórkami sięgającymi 800 metrów, w Beskidzie Niskim jest dużo cmentarzy z I wojny światowej. Zdarzają się też i pomniki upamiętniające Akcje Wisła z '47 roku. W Zdyni odpoczywaliśmy przy drodze i podszedł do nas Łania, bo tak miał na imię. Łania (Jan) to Łemek z krwi i kości, bardzo otwarty i serdeczny człowiek. Rozmowa szybko zeszła na temat religii i nie zabrakło między nami słów oraz gestów pojedania, bo należymy do innych kościołów. Dostaliśmy od Jana numer telefonu i zaproszenie na lipiec przyszłego roku. Wtedy na Łemkowszyźnie jest grube święto- Watra. Trzy dni pali się ognisko, zjeżdżają ludzie z różnych zakątków świata i zabawa trwa w najlepsze. Z tego co mówił Łania można się i na bijatykę załapać. W Beskidzie Niskim pojawiły się nazwy miejscowości w cyrylicy. To bardzo ładny ukłon w kierunku tutejszej społeczności. Ze Zdyni polecieliśmy na Radocyne i przez brody dotarliśmy do Nieznajowej. Po umyciu włosów w Wisłoce, w Krępnej zrobiliśmy zapasy i ostatecznie wylądowaliśmy na ściernisku w Polanie. Poprzednia noc była już cieplejsza, temperatura nie spadła poniżej +8°C, więc i sen był lepszy. Dzisiaj przywitało nas słoneczko i przez byłe PGR-y polecieliśmy do Tylawy pod Barwinkiem. Pasmo Piotrusia    minęliśmy błyskawicznie i w południe byliśmy w Rymanowie Zdroju. To naprawdę miły widok tych wszystkich kuracjuszy, bo to znaczy ze Polacy umieją odpoczywać i cieszyć się życiem. Bynajmniej nie mam tu na myśli tylko ludzi starszych. Z Rymanowa tak naprawdę wytracaliśmy wysokość by Komborni znowu kręcić pod górę. Podjazd pod Prządki od strony Krosna nie należy do łatwych, tym bardziej jak leje się gorąc z nieba. Na szczęście nie trwał on wiecznie i sprawnie znaleźliśmy się w Wysokiej Strzyżowskiej. Było już późno, jesteśmy na wakacjach, nie ma parcia na Rzeszów więc zaczęliśmy szukać miejscówki pod namiot. Przy gęstej zabudowie jest to dość karkołomne zadanie i w końcu wylądowaliśmy na ściernisku pod Strzyżowem. Ziemia ewidentnie domaga się deszczu. Jest tak twarda, że ciężko wbić szpilki od namiotu. Żeby odpalić kuchenkę trzeba pozbyć się słomy i suchej trawy. Bardzo łatwo to pole mogłoby się sfurczyć. Ukręciliśmy dziś 85 km i po sytej kolacji nie pozostaje nam nic innego jak odpłynąć w sen. Rowery poza smarowaniem bardzo dzielnie znoszą podróż. Jutro kończymy imprezę po Beskidzie Niskim choć należałoby powiedzieć, że już dziś z nim się pożegnaliśmy. Spokojnej nocy

czwartek, 15 sierpnia 2013

Beskid Niski rowerom bliski - Dzień 1

Lubie jeździć polskimi pociągami. Ktoś powie, że wszystko się tłucze i wygląda marnie, ale można przynajmniej rozprostować kości i cieszyć się wolnym przedziałem jak dzisiaj. Do Grybowa dotarliśmy o 16.15. Po raz pierwszy widziałem jak konduktor zadbał o to abyśmy spokojnie opuścili pociąg z uszkodzonymi drzwiami. PKP zmienia się ewidentnie. W Tarnowie mieliśmy przesiadkę i z racji 2 godzinnej przerwy miałem okazje zobaczyć to miasto. Przyznaję że podobają mi się te stare kamienice i wąskie uliczki. Budynki są systematycznie odnawiane, także całość robi pozytywne wrażenie. 
W Grybowie rozpoczęliśmy wycieczkę i od razu był podjazd w kierunku góry Chełm. Bez ostrzeżenia dostaliśmy w kość, ale przebiliśmy się do Ropy. Stamtąd już tylko krok dzielił nas od Jeziora Klimkówka. Zjedliśmy nad wodą grochówkę ze słoika i zaczęliśmy duć w kierunku Wysowej. Wieczorna pora i sen zmusiły nas do szukania miejscówki. Śpimy dziś na wzgórzu pod Uściem Gorlickim. Na upały nie będziemy narzekać na pewno bo termometr pokazuje +6,1 C. To będzie chłodna noc. Dobranoc

środa, 14 sierpnia 2013

Beskid Niski rowerom bliski - prolog




Wiele się dzieje ostatnimi czasy, a dzieje się tak szybko, że najzwyczajniej w świecie brakuje mi czasu. Nie zamierzam luzować, a wręcz przeciwnie. Zamierzam brać życie całymi garściami. Jutro przed południem wybijamy z Sabiną w Beskid Niski. Mieliśmy wesprzeć się pociągiem do Jasła, ale linia dalej jest rozkopana, więc podjedziemy nieco inaczej bo do Grybowa. Tam siądziemy na rowery i trochę pojeździmy.

4 dni wolnego to dużo i mało. W zasadzie można by sobie siąść i poleniuchować, ale nie ma co odpuszczać. Nie ukrywam, że uwielbiam ten zapach sakw i namiotu. Kiedyś może mi to przejdzie, ale póki co lubię się wytłuc, wykurzyć i z mieszanka uśmiecho-zmęczenia powrócić do domu. Relacja pisana z drogi pojawi się w następnym poście. Tym razem MMS'y z komórki nie powinny nawalić. Lecimy, do usłyszenia.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Zakarpaty rulez (Ukraina) - epilog


Miałem to cały czas na uwadze, trwało to długo, ale w końcu się udało. Poniżej zamieszczam link do galerii zdjęć z tegorocznego wypadu na ukraińskie Zakarpacie. Nic więcej nie napiszę, nie będę się usprawiedliwiał że nie dałem rady wcześniej, tylko po prostu zapraszam :

http://ciosna.dphoto.com/#/album/ad2dft/photo/18193307

Do usłyszenia

sobota, 27 lipca 2013

Zakarpaty rulez (Ukraina) - epizod przedostatni


Pojawiło się zdjęcie i relacja z dnia 6-go, bo jesteśmy już w domu. Wczoraj siódmego dnia byliśmy na granicy polskich Bieszczadów, a że do Rzeszowa jest z lekkiej górki, to postanowiliśmy ukręcić ten dystans w jeden dzień. Nie powiem, po wyjeździe czujemy się trochę zmęczeni. W ciągu 7 dni ukręciliśmy całkowity dystans 534 km. Najbardziej dały nam w kość ukraińskie drogi i Ruskie Sedlo. Rowery i sprzęt niedogodności terenowe zniosły świetnie. Wprowadzone modyfikacje przed wyjazdem przyniosły rezultaty bo poza smarowaniem łańcucha, rowery nie wymagały uwagi.
Trzeba przyznać, że prognozy pogody przed wyjazdem nie były optymistyczne, ale finalnie warunki okazały się bardzo dobre. Zmarzłem tylko w pierwszą noc pod Starym Samborem bo podwiewało namiot i temperatura spadła do +5°C. W tym miejscu należą się podziękowania dla lubelskiego druha Przemka za wiarygodne raporty pogodowe - dzięki :).

To był pierwszy wyjazd, w którym nie przejadłem się słodkim. Całość wyjazdu zamknęliśmy w 3 L Coli, 5 batonikach i 0,5 kilogramie ukraińskich krówek. Power'a tak naprawdę dostarczało nam gotowane żarcie, a to przyrządzaliśmy sami niemal codziennie. Kuchenka w tym czasie spaliła 500 ml benzyny ekstrakcyjnej. Z uzupełnieniem paliwa nie byłoby problemu bo stacji benzynowych na Ukrainie nie brakuje, choć ceny paliw wyrównują się powoli. Za litrę benzyny zapłacilibyśmy 4,38 zł (10,70 UAH).

Ukraina się zmienia i to powoli widać. Po Euro 2012 ceny poszybowały do góry i to daje się odczuć, zwłaszcza tej biedniejszej części społeczeństwa. Prywatne sklepy w większych miastach działają i to nawet z klimatyzacją. Jak Sabina zauważyła, państwowe sklepiki działają na wioskach i jedną nogą są jeszcze w komunizmie- nikt nie przywiązuje wagi do jakości towarów i estetyki. Ukraina idzie do przodu, ale przed Nią jeszcze dużo ciężkiej i wytężonej pracy. Jednego czego mogę im zazdrościć to widoków i dzikich terenów. Przez całą drogę spotkaliśmy może z 4 hotele i kilka restauracji. Tam gdzie jest największy przyrodniczy potencjał, o turystyce nikt nie myśli. To na pewno zmieni się w przyszłości, dlatego jeśli chcesz zobaczyć dzikie Bieszczady Wschodnie - jedź na ukraińskie Zakarpacie.

Przed wyjazdem Sabina testowała środek przeciwko kleszczom i komarom. Nie mamy z tego żadnych profitów, ani nie jesteśmy testerami :D, ale śmiało możemy polecić niebieski Bros w spray'u. Efekt jest taki, że po raz pierwszy nie czujemy się pogryzieni przez komary i nie ukąsił nas ani jeden kleszcz. 

  Kilka statystyk z wyjazdu:
- liczba dni wyprawy -> 7
- noclegi pod dachem -> 0 
- ilość dziur w ukraińskich drogach -> ... po 10000 zgubiliśmy się ;)
- przebite dętki -> 0
- liczba spotkanych ekip rowerowych -> 4
- kwota wręczonych łapówek -> 0
- ilość zgubionych rzeczy -> 1 (rękawiczka)

P.S. Posty wysłane z komórki zostaną poprawione w najbliższym czasie. Niestety miałem spore problemy z wysyłaniem MMS'ów i zamieszczane wiadomości miały duże opóźnienie. Dziękuje Wszystkim za sms'y jakie otrzymaliśmy po drodze i wsparcie duchowe :). 

Poniżej zrzut z loggera GPS, szukanie dróg i wracanie się usunąłem


Zdjęć jest trochę i muszę się przez nie przekopać. Krótka fotorelacja pojawi się w następnym poście, a narazie mały zalążek fotografii.





 

czwartek, 25 lipca 2013

Zakarapaty rulez (Ukraina) - Dzień 6

Szóstego dnia (czwartek) obudziliśmy się na słowackiej wsi Ladomirov. Okłady z kwaśnej wody na skręconą kostkę Sabiny przyniosły rezultaty. Stopa zrobiła się fioletowa i nie jest już taka "rozsadzona". Dobrze, że mamy stabilizator, to kostka jest pewnie trzymana i nie buntuje się przy pedałowaniu.
Ukraina dała nam trochę w kość, dlatego jak wpadliśmy do marketu w słowackim Stackinie, to zachowywaliśmy się jak wygłodniałe dzieci. W końcu zjedliśmy śniadanie jak należy: bułeczki, szyneczka, serek, pomidorek, całość dopełnił jogurcik. Posileni, popędziliśmy wzdłuż zamkniętego Jeziora Starina na przejście graniczne z Polską. Droga przebiega przez Park Narodowy Połoniny, wijąc się przez wysiedlone wsie. Nie powiem tereny urocze, ale do ukraińskich widoków im daleko. Przejście graniczne z Polską jest na Ruskim Sedlu (801 m n.p.m.). Podjazd od Słowacji to makabra, wiadomo że pod górkę to musi być, ale kamienie i wertepy skutecznie utrudniają jazdę. Przed 16.00 dotarliśmy do Polski. Nasi na Ruskie Sedlo poprowadzili asfalt, więc zjazd w dół, do Cisnej był przyjemnością. Po zobaczeniu fragmentu Bieszczadów ukraińskich, słowackich i polskich, śmiało mogę stwierdzić że nasze są najbardziej zagospodarowane i "sturystykowane". W Cisnej wiadomo: parasolki, noclegi, knajpki, pamiątki itd. Zrobiliśmy zakupy i czym prędzej uciekliśmy od tego zgiełku. W Mchawie, pod Baligrodem zjedliśmy pierwszy pełny posiłek na tej wyprawie: smażony pstrąg, frytki, surówka z białej kapusty i kiszony ogórek. Po takim posiłku udaliśmy się na spoczynek pod Hoczewem.

Zakarpaty rulez (Ukraina) - Dzień 5


Czwartego dnia (wtorek) postawiliśmy sobie za cel Połoninę Równą. Nazwano ją tak nie bez powodu, bo rzeczywiście jest równa i jej ogrom góruje nad horyzontem. Miejscowość Turi Remety potraktowaliśmy jako bazę wypadowa, czyli zaopatrzenie w dwa chleby, 5 butelek wody, 2 pasztety i rybki w niezardzewiałej puszce. Sprzedawcy w takich miejscach dyktują warunki sprzedaży, czyli można zobaczyć powyłączane lodówki, żółty ser z zielonymi plamami i duży słoik Nutelli za 26 zł - milusio. Dociążeni zapasami wzięliśmy się za podjazd na połoninę. Najpierw był asfalt, potem kamień na którym Sabina lekko skręciła kostkę i w końcowym odcinku betonowe płyty. Wysokościowo to dziwnie wygląda bo na odcinku 16 km różnica poziomów zmienia się z 285 m n.p.m. do 1489 m n.p.m. Zaczęliśmy podjeżdżać po południu i zmęczeni wieczorem dotarliśmy powyżej lasu. Do szczytu trochę zabrakło. Spaliśmy na półce skalnej z imponującym widokiem, ale to była bardzo wietrzna noc. Wiatr targał namiotem na wszystkie strony. Wyszedłem o północy poprawić rowery i przewiało mnie na wylot. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mną siekały dreszcze. O 4,00 rano ciężarówki pełne ludzi wjechały na połoninę. Zaczął się dzień pracy, czyli zbieranie jagód przy pomocy specjalnych przyrządów. Po 11.00 wjechaliśmy na szczyt połoniny. Popatrzyliśmy na instalacje tutejszej bazy wojskowej i zaczęliśmy zjeżdżać po tej samej drodze w dół. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę na jaką górę wjechaliśmy. Rower błyskawicznie nabiera prędkości tłukąc się na płytach. Hamulce grzały się nie przeciętnie, rawki były gorące, a moja tarczówka z tyłu zaczęła śmierdzieć i zmieniła kolor od temperatury. Postoje były nieuniknione. Po drodze mijaliśmy zbieraczy jagód. Byli wśród nich młodzi i starzy. Patrzyli na nas z uśmiechem, że my na połoninie na rowerach, a oni wjechali tu Ziłem lub Uazem. Swoją drogą te "maszyny" nie mają tutaj sobie równych. Przedzierają się niewzruszone przez lasy i rzeki. Prostota konstrukcji sprawia że i z naprawą nie ma problemów. Turystyka w tym rejonie Zakarpacia słabiutko działa. Jak ktoś lubi dzikość i brak komercji, to tu to znajdzie. Rozbudowanie bazy noclegowej i wytyczenie szlaków, z pewnością ściągnęłoby więcej turystów i ożywiłoby region. W tutejszych warunkach drzemie olbrzymi potencjał tylko trzeba tym pokierować. Po zjechaniu z Połoniny Równej polecieliśmy na przejście graniczne w słowackiej Ubli. Tym razem wszystkie leki upchnąłem na dnie sakwy, żeby nie było głupich tłumaczeń jak w Medyce. Było luzacko, ukraińscy pogranicznicy zapytali czy nie mamy broni i narkotyków, a Słowacy pomacali tylko sakwy i tyle było kontroli. 15 minut i byliśmy na Słowacji. Asfalt tu jest tak gładki, że aż głupio jechać. Pojawiły sie tez sarny i lisy. Na Ukrainie nie widzieliśmy jakiejkolwiek leśnej zwierzyny. Określenie że odłowili wszystko, co można było odłowić jest najbardziej prawdziwe. Pozdrawiamy ze Słowacji.

Zakarpaty rulez (Ukraina) - Dzień 3

Pierwszą noc spędziliśmy na wzgórzu z bajecznymi widokami w każdą stronę. W niedziele drugiego dnia kręciliśmy na Przełęcz Użocka (899 m n.p.m.). Pogoda była dziwna bo z jednej strony opalało nas słońce, a z drugiej wiał zimny wiatr i temperatura nie przekraczała 20 stopni. Od początku niedzieli pięliśmy się do góry, a wraz z nami urokliwa linia kolejowa Lwów-Sianki. System wykonanych wiaduktów robi wrażenie, ale na całej trasie największy efekt robią widoki. Momentami człowiek zastanawia się, w którą stronę ma patrzeć. Tam polskie Bieszczady, tam miniaturowe pastwiska, a jeszcze gdzie indziej Gorgany. Im dalej na południe tym mniejsza konkurencja sklepowa i gorsze zaopatrzenie "magazinów"... z wysokimi cenami. Ceny mogą zaskakiwać: 8 plasterków polskiego sera 4 zł, czekolada 4 zł, Przysmak Świętokrzyski 4 zł, Jogurt 3,20 zł, alkohol ten ukraiński tez poszedł do góry. Chciałem kupić rybę w puszce w prowincjonalnym sklepie. Zrezygnowałem jak zobaczyłem zardzewiałe puszki na półkach. Ludziom tutaj kompletnie się nie przelewa, dlatego nie dziwi to że spora większość zajmuje się wypasem bydła. Żeby nie było tak źle to pieczywo i makarony są w przyzwoitych cenach i moim zdaniem są smaczniejsze niż w Polsce. Drugą noc spędziliśmy za przełęczą Użocką. 
Dzisiejszego dnia znowu zostaliśmy dosłownie zasypani mnóstwem świetnych widoków. Najpierw wjechaliśmy po szutrze na wielka górę, a później zjechaliśmy w pionie 400 metrów niżej, gdzie spotykaliśmy trzech starszych rozentuzjazmowanych Czechów w UAZie. 
Jutro atakujemy Połoninę Równa. O kiepskich drogach nie będę już pisał bo do tego trzeba przywyknąć. Spokojnej nocy.
Wiadomość wysłana ze sporym opóźnieniem, spowodowanym ograniczeniem sieci.

Zakarpaty rulez (Ukraina) - Dzień 1

Czasami zachowuje sie jak sierota bo pobładziłem już w Medyce i żeby trafić na granice musiałem użyć GPSa w komórce :D. Na granicy byliśmy po 10,00 i było bez kolejek, ale pierwszy raz Ukraińcy zrobili mi na tym przejściu lekką "przepyre"- nic na szczęście nie znaleźli, no może poza tabletkami na gardło, które wzbudziły ich podejrzenia. 

Na głównej drodze do Lwowa nie ma już dziur i progów zwalniających. Jest tylko gładki asfalt, ułożony pewnie na Euro 2012. W Mościskach skręciliśmy w prawo i już tak miło nie było. Momentami dziura na dziurze, dziurą pogania. Każdy omija jak może, jak trzeba to i pod prąd jadą, albo poboczem. Jak trafi się lepszy odcinek drogi to maszin też nie oszczędzają, tylko cisną ile fabryka dała. 
Na koniec dzisiejszego dnia spostrzeżenie- Ukraina w ciągu dwóch lat od mojej ostatniej wyzyty zmieniła się. Wszystko powoli się poprawia i rozwija. Widać to choćby po ilości nowych sklepów spożywczych i ich wyposażeniu. W niczym nie ustępują tym zachodnioeuropejskim. Ten kraj zdecydowanie zbliżył sie jeszcze bardziej do Europy. Daje się to zauważyć i w kulturze kierowców względem siebie. Mam nadzieje, że na drodze zmian i ewolucji nasi wschodni sąsiedzi nie pogubią się i nie uwiążą bezsensownymi przepisami. Co moge napisać: Cieszy mnie widok BeMki z wygietymi sklejkami na dachu. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt że ładunek był tak długi, że sięgał od krawędzi maski po krawędz bagażnika, zasłaniając kierowcy fragment szyby. Niech te i inne smaczki pozostaną tu żywe.
Dobranoc, pozdrawiamy spod Starego Samboru.
Wiadomość wysłana ze sporym opóźnieniem, spowodowanym ograniczeniami sieci

piątek, 19 lipca 2013

Zakarpaty rulez (Ukraina)- prolog


Ledwo skleciłem galerie zdjęć z polskich Bieszczadów i znowu pakuje graty na następną eskapadę po Karpatach. Tym razem stawiam na ukraińskie Zakarpacie w okolicach Połoniny Równej. Wiem, że byłem tam przed dwoma laty, ale to miejsce przyciąga jak magnez i chce się do niego wracać. Ktoś zapyta, co jest takiego ciekawego w tym regionie??. Ano jest to, że pojęcie masowej turystyki tam nie istnieje. Nie zobaczymy budek z chińskimi pamiątkami i tabliczek "noclegi". Tłumów turystów też tam raczej nie spotkamy. Znajdziemy za to zapuszczone szlaki i Europe w egzotycznym wydaniu, wolną od uporządkowania i wszechobecnych przepisów. Ukraina może działa na wariackich papierach, społeczeństwu się nie przelewa, ale tamtejsi ludzie nie zatracili swojej szczerości i otwartości.
Za wschodnią granicę nie wybieram się sam i tak jak w majowej podróży, wyruszam z Sabiną. Start zaplanowany jest na sobotę 20 lipca 2013. Do Przemyśla dojeżdżamy koleją i stamtąd kręcimy korbą na Ukrainę. Mamy tydzień urlopu, więc najpóźniej 28 lipca musimy być ponownie w Rzeszowie. Po ostatniej podróży nasze rowery przeszły pewne modyfikacje, ale tym razem nie będę ich wychwalać, że są dobre.
Obiecałem sobie, że zejdę z wagą sakw poniżej 25 kg. Miałem już szczoteczkę do zębów przycinać i inne graty, ale darowałem sobie. Ostatecznie waga pakunku stanęła na 28,5 kg, czyli tak jak zawsze :D.
Powodzenie tej podróży i tak będzie zależeć od naszej kondycji i pogody. I tego nam życzcie :).

P.S. Z uwagi na dostępności Wi-Fi i ceny w roamingu, wpisów wysyłanych z UA miało nie być... miało nie być, ale kolega na MRXie pojechał mi, że doładuje mi konto jak mnie nie stać na pakiet danych. Informuje, że telefonu doładowywać mi nie trzeba- mam jeszcze 0,58 zł na koncie ;). Obiecuje, że postaramy się o wpis z drogi, a co wyjdzie to życie i zasięg pokaże. Do usłyszenia :)

czwartek, 4 lipca 2013

W krainie misia (Bieszczady) - epilog


Musze przyznać, że najczęściej pisanie relacji idzie mi o wiele trudniej niż zrobienie galerii zdjęć z wyjazdu. Pewnie wynika to z tego, że nigdy nie byłem dobry z polskiego :D. Tym razem sytuacja nieco się odwróciła i zrobienie fotorelacji zajęło mi 2 miesiące. Nie będę się usprawiedliwiał że miałem "to" czy " tamto", tylko po prostu zaproszę do obejrzenia zdjęć. Następnym razem postaram się poprawić ;)

Link do galerii -> W krainie misia (Bieszczady) 2013

Pozdrawiam

niedziela, 5 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - epizod przedostatni


Dobiliśmy do domu, dlatego pojawiły się zdjęcia. Jestem zaskoczony naszą prędkością z dzisiejszego dnia. O 7.30 wyjechaliśmy spod Zagórza, a 6 godzin później byliśmy już w Rzeszowie. Średnia z jazdy wyszła, jak na nas imponująca- 19,7 km/h. Przyznaję, że jechało się dzisiaj pięknie, przed południem nie było jeszcze dużego ruchu i pogoda zdecydowanie sprzyjała. Nawet to, że miałem tylko 3 biegi nie przeszkadzało mi specjalnie. Tylko w okolicach Niebylca ciągnąłem za linkę, aby wskoczyć na lżejsze zębatki. Swoją drogą nie spodziewałem się, że manetka od tylej przerzutki tak po prostu zdechnie po 24500 km. Wszystko ma swoją wytrzymałość. W przeciwieństwie do rowerów, przynajmniej Sabinie i mi dopisywało zdrowie. Nie powiem, momentami było ciężko, ale wyjazd jest zdecydowanie na plus. Udało się zobaczyć kolejną część Bieszczad, które o tej porze roku mienią się w przeróżnych odcieniach zieleni.


Kilka cyferek z naszej podróży:
- przemierzony dystans rowerem -> 283 km
- najniższa temperatura -> + 8°C
- noclegi pod dachem -> 0
- przebite dętki -> 1
- ilość wypitej coli w łykach -> 0 (lekarz mi zabronił)
- ilość wypitego słodkiego picia w gulach -> 48
- zjedzone pstrągi -> 2
- liczba złapanych kleszczy -> 1
- liczba rozjechanych kotów -> 3 (nie przez nas)


Zrzutu z loggera GPS tym razem nie będzie. Utraciłem znaczną część danych, w dodatku zepsuł mi się wyłącznik i nie bardzo wiem co z tym badziewiem zrobić. Poniżej zamieszam trasę jaką przejechaliśmy na rowerach (nakreśliłem ją ręcznie).


Trasa rowerowa 2103516 - powered by Bikemap 

Wcześniejsze posty bez zdjęć (wysyłane z komórki) poprawie na czasie. Jak będzie gotowa galeria z wyjazdu, to dam o niej znać w oddzielnym poście. Narazie potrzebuję trochę czasu na przekopanie zdjęć ;).



 



sobota, 4 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - Dzień 3

Było ciężko i tak naprawdę zabawa zaczęła się wczoraj. W piątek po porannej Mszy Świętej udaliśmy się do chyba jedynego otwartego sklepu w Ustrzykach Dolnych. Zrobiliśmy zapasy i popędziliśmy do Czarnej. Nie wiem co było w powietrzu, ale ciężko się jechało. W Czarnej w miejskim parku na chodniku zjedliśmy drugie śniadanie i po wypitej herbacie odbiliśmy na Małą Pętle Bieszczadzką. Duchota w powietrzu sprawiała, że lekko się nie jechało- piliśmy wodę bez opamiętania. W Polanie skręciliśmy na południe do Zatwarnicy. Na drodze zrobiło się nieco luźniej, towarzyszyły nam tylko drzewa i miejscami retorty, co to węgiel na grilla wypalają. W przerwie na obiad wysuszyliśmy namiot i zjedliśmy przyzwoite klopsiki ze słoika. Kilkadziesiąt minut później, chmury zasłoniły niebo i zrobiło się całkiem odludnie. Przez 8 km nie spotkaliśmy żywego ducha. Gdybym miał się wypowiedzieć na temat oznaczeń bieszczadzkich szlaków pieszych i rowerowych to powiem, że są przyzwoite, ale zdarzają się momenty, że bez mapy byłoby cieżko. Wczoraj pod wieczór zobaczyliśmy Połoninę Wetlińska z bliska i 2 min później zaczęło lać. Cyklicznie przechodziły burze z deszczem i do samego zmroku napieraliśmy urokliwą drogą wzdłuż Sanu. Nie natknęliśmy się na misia i całe szczęście, ale zobaczyliśmy łanie, daniela i salamandry. Tuż przed ciemnością rozbiliśmy namiot przy jakiejś bocznej drodze. W nocy padało, a ranek przywitał nas widokiem lasów spowitych w chmurach.
 Dzisiejszym naszym celem był Rezerwat Sine Wiry. Dużo się tam zmieniło ostatnimi czasy. Przede wszystkim pojawił się asfalt na wjeździe i nowa kamienista droga. Tablice informacyjne również zostały odświeżone, co cieszy. Dobrze, że ktoś to ma na oku. Z Sinych Wirów pojechaliśmy do cerkwi w Łopience. To miejsce również pięknieje i wywołuje dyskusje o jego dalszym przeznaczeniu. Dowiedzieliśmy się, że istnieje grupa osób, która walczy o zachowanie charakteru tej świątyni w takiej formie jakiej jest teraz. I dobrze, nie potrzeba tam komercji. Wyjeżdżając z Łopienki pożegnaliśmy takie zapuszczone Bieszczady. Wraz z asfaltem szybko pojawiły się noclegi, zajazdy i Jezioro Solińskie ze swoimi "atrakcjami". Po drodze musieliśmy spróbować lokalnego specjału- smażonego pstrąga.

Teraz będzie nieco od strony technicznej. Wczoraj padł wyłącznik w moim loggerze GPS. Rozebrałem to "pudełko" i będzie ciężko to naprawić. Teraz, żeby wyłączyć tą gadzinę, muszę wyciągać baterie. Dziś niestety straciłem część danych z tego urządzenia. Rowery, też pokazały swój bunt. W Sinych Wirach Sabina złapała kapcia, a Ja pod Hoczewem straciłem prawą manetkę, co obsługuje kasetę. Po rozkręceniu tego mechanizmu wypadł mi jakiś pęknięty metalowy fragment i nie ma mowy o naprawie tego ustrojstwa. Ustawiłem przerzutkę z tyłu na piątą koronkę i muszę jakoś te 90 km dojechać do domu. Na szczęści mam 3 sprawne koronki korby, więc mam 3 biegi.
W Bieszczadach obudziły się już wszelkiej maści owady. Nie przypuszczałem że tak szybko. Widziałem już dwa kleszcze, jednego nawet wyciągałem ze skóry. Dziś cały dzień było rześko i nawet nie było za bardzo kiedy wysuszyć namiotu. Mam nadzieję, że jutro będzie cieplej.



P.S. Przemek nie wiem gdzie Ty tą prognozę pogody wyczytujesz, ale narazie świetnie się sprawdza- dzięki.
Pozdrawiamy ze wzgórza spod Zagórza, 300 metrów od drogi krajowej nr 84. Spokojnej nocy.

czwartek, 2 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - Dzień 1

Ukręciliśmy dzisiaj 70 km i szczerze mówiąc jestem padnięty. Sabina też jest trochę zmęczona. Po wyjściu z pociągu w Przemyślu od razu kierowaliśmy na południe. Dobiliśmy do Ustrzyk Dolnych i tutaj wyhaczyliśmy miejscówkę pod lasem, z dala od domów. Pogoda cały dzień nam dopisywała. Słońce delikatnie przygrzewało przez filterek z chmur, a temperatura w porywach dobijała do 22°C.
Z trudniejszych pokonanych podjazdów, to zdecydowanie dał nam popalić podjazd na Kalwarię Pacławską i droga z Fredropolu do Arłamowa. Ta druga biegnie przez całkiem pozapuszczane tereny. Nic, tylko asfalt i drzewa. Tam gdzie jest trochę więcej cywilizacji to i pojawi się jakiś sklep. W jednym z nich zostałem mocno zaskoczony bo 1/5 półek stanowiła alkohol. Ilość gatunków była spora, bo można było kupić taniego sikacza, jak i Napoleona. W sumie to co tu innego można robić jak nie ma się pracy, ani gospodarki.
Wiecie co lubię w spaniu na dziko ??. Lubię tą bliskość natury i zapach namiotu. Od razu przypominają mi sie stare dobre czasy ;). Kończę bo oczy same mi się zamykają. Dobranoc

środa, 1 maja 2013

W krainie misia (Bieszczady) - prolog


Udało się. Wreszcie dobiliśmy do wydarzenia, które w naszej kulturze nazywane jest "długim łikendem". Jest trochę wolnego, pogoda może dopisze więc trzeba spróbować swoich sił na rowerze.
Tym razem kierunek będzie południowy, dokładnie mówiąc bieszczadzki. Bliskość tego terenu sprawia, że łatwo tam dotrzeć ...tak to przynajmniej wygląda z naszej perspektywy. Z "naszej", bo nie jadę sam, a z Sabiną. Większość gratów (namiot, śpiwór, kuchenka) jest już popakowana i jak nic się nie zmieni to jutro przed południem dotrzemy PKP do Przemyśla. Stamtąd wzdłuż wschodniej granicy pojedziemy na rowerach w Bieszczady. Trasa jest otwarta, jakiejkolwiek spinki i parcia nie przewidujemy. Będziemy się chcieli po prostu pozapuszczać trochę w tamtejsze zakamarki.
Problemów sprzętowych raczej się nie spodziewam. Wymieniłem cały napęd i założyłem nowe tylne koło bo stare ma już zdartą obręcz i może strzelić. Rower Sabiny również jest w dobrej kondycji. Problemem może być pogoda bo tą trudno przewidzieć i moje zdrowie. Od początku roku borykam się to z przeziębieniami, to z kręgosłupem i obiecuję że masakry robić nie będę. Jadę z kobietą i postaram się zachowywać ;). Zważyłem z ciekawości moje spakowane sakwy i wskazówka zatrzymała się na 27 kg. Ciesze się, że mam sprawny rower bo będzie miał co ciągnąć.

Jeśli warunki pozwolą to będą zamieszczał wpisy z drogi za pośrednictwem MMS'ów. Mam nadzieję, że w jakiś krzakach natknę się na zasięg, a nie na jakiegoś kleszcza czy niedźwiedzia. Gwoli jasności, nie planujemy żadnych spotkań z tymi stworzeniami.
Życzcie nam ciepła, pary w nogach i wiatru w plecy. Do usłyszenia

czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna, czy to już ??


Tak, to wiosna !. Najwyższa pora, już nie mogłem się na nią doczekać. Momentami już mnie skręcało, żeby sobie pojeździć, pośmigać ale chłód i tony piasku na chodnikach skutecznie wybijały mi ten pomysł z głowy. W tamtym tygodniu wreszcie nastąpiło otwarcie sezonu. To był proces dwuetapowy.

W środę (10.04.2013) razem z Panią Alą, Sabiną i Adrianem obskoczyliśmy podmiejskie górki. Adrian miał do przetestowania nowiutkiego Leader Fox'a SEVEN na kołach 27,5" i temu poświecę najwięcej uwagi.


Ten rower to nowy format na rynku, takie coś pomiędzy 26", a 29". Z grubsza sprzęt prezentuje się bardzo ładnie i poza piastami oraz krótką sztycą ma całkiem przyzwoite komponenty. Gdybym miał opisać swoje odczucia z krótkiej jazdy tym bicyklem, to napiszę wprost, że nie kupiłbym tego sprzętu. Nie wiem czy to kwestia geometrii ramy, czy tych większych kół, ale jak dla mnie poszczególne elementy tego roweru (rama i koła) nie współgrają ze sobą. Koła wydają się być przerośnięte do tej 18" ramy i daje się to dobitnie odczuć przy skręcaniu. Pewnie w jakimś lesie, trudniejszym terenie koła 27,5" lepiej sobie poradzą z nierównością terenu niż klasyczne 26", ale moim zdanie to za mało. Decydując się na rozmiar 27,5" musimy liczyć się z wydaniem większych pieniędzy. Paleta opon do takich kół, na chwilę obecną również nie jest bogata, a to co jest dostępne tanie nie jest. Generalnie przyjdzie nam trochę poczekać, aż ten format zadomowi się na rynku, oczywiście pod warunkiem że w ogóle się przyjmie. Czas pokaże.
Podsumowując, ten Leader Fox moim zdaniem wypada słabo. Nie mam pojęcia jak zachowują się rowery z kołami 27,5" innych producentów. Jak dla mnie, to póki co szkoda sobie zawracać głowy tą innowacją. Chyba lepiej przeznaczyć kasę na stary, sprawdzony rozmiar 26", gdzie paleta wyboru i modyfikacji jest ogromna.

                                                                  * * *

Punktem kulminacyjnym rozpoczęcia sezonu był tak naprawdę weekendowy wypad w okolice Dynowa (13-14.04.2013). Start był planowany na piątek, ale warunki atmosferyczne pokrzyżowały plany i ostatecznie razem z Sabiną wyruszyłem w sobotę, w południe.


Z racji zalegającego błota, w założeniu trasa była tylko asfaltowa. Pogoda w zasadzie sprzyjała nam do Futomy. Tam na horyzoncie pojawiły się ciemne chmury i zimny deszcz wpędził nas pod przystanek. Po krótkich opadach, dotoczyliśmy się do rodziny Sabiny, a późnym popołudniem ruszyliśmy na rowerach w dolinę Sanu.


Muszę przyznać, że mogło być cieplej. Temperatura za dnia oscylowała w okolicy 12°C, a wieczorem spadła do 8°C. O ile nad Sanem droga biegnie po równinie, o tyle po odbiciu w bok teren robi się pagórkowaty. Z racji braku formy, pot lał się strumieniem po plecach. W Dylągowej odbiliśmy do miejsca, gdzie w 2011 roku spędziłem z ekipą noc przy ziemniaczysku. Pomimo, że miejscówka jest na wzgórzu, teraz wszystko pływa- wszędzie błoto i woda. Zdecydowanie nie chciałbym spać w tym miejscu, w takich warunkach.
Po zmroku na ulicę wylęgły całe stada żab. Trzeba było naprawdę uważać, żeby nie porozjeżdżać tych stworzeń. Sobotnią wycieczkę zakończyliśmy w okolicy 21.00 docierając na nocleg pod dachem.

W niedziele za dnia było zimniej niż w sobotę. Wyruszyliśmy po 14.00 i z racji deszczy, często mogliśmy podziwiać architekturę przystanków od wewnątrz. Co przeszła jedna ciemna chmura, to na horyzoncie pojawiała się następna. Po 45 km jazdy zrobiło nam się już trochę zimno i przywdzialiśmy większość zabranej odzieży. Trasa podobnie jak wczoraj, przebiegała po asfaltach tyle że przez Kąkolówkę, a nie przez Futomę.


Można by powiedzieć, że ten weekendowy wyjazd to banał, nic wielkiego. Jednak na otwarcie sezonu to w zupełności wystarczy. Tak naprawdę w całym tym wypadzie chodziło o poczucie, że się jedzie, że zmienia się otoczenie i tym samym człowiek ładuje swoje wewnętrzne akumulatory. Po długiej zimie chyba każdy spragniony jest wiosny, nawet takiej bez liści i zielonej trawy.


Zdjęć za wiele nie ma, narazie wszystko jest płowe i wyprane z kolorów. Jak przyroda się wybarwi to i zdjęcia będą. Poniżej cała trasa z weekendówki.

 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

O zmianach w sprzęcie i życiu... komponentów cz.1


Cóż, moja poczciwa czerwona maszyna ma już swoje lata. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym czeka mnie kolejna wymiana napędu, tylnego koła i opon.
Jak wszyscy wiedzą, nie szanuje sprzętu, ani nie chucham na niego. Wyznaję zasadę, że to ma po prostu działać. Rysy, przetarcia, wgniecenia są normą. Użytkuję rower w różnych warunkach, od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Nie omijam lasów, kamieni i polnych drogach. Zdarza się, że błoto tak oblepia mi koła, że nie mogą się obracać.

Przez miesiące wyrabiałem sobie opinie na temat sprzętu i teraz się nimi podzielę :

NAPĘD

- Korba Shimano Acera FC-M361 (42-32-22)
- Kaseta Shimano Acera CS-HG30 (7-rzędów)
- Łańcuch Shimano HG40 (2-sztuki) + spinka

Nie używam niczego z drogich rzeczy, ani technologicznych nowinek. Całość napędu w momencie zakupu kosztowała mnie około 200 zł. Na dzień dzisiejszy te elementy mają 14500 km przebiegu i jest to granica ich żywotności. Bez wątpienia najsłabszym elementem tego zestawu jest łańcuch HG40. Mam dwa takie łańcuchy i co 650 km przemieniam je (jeden pracuje, drugi odpoczywa). Pomimo przekładanek, łańcuch od samego początku ulegał szybkiemu wyciągnięciu. Jak dla mnie, to zrobiony on jest z jakieś "rzepy", a nie metalu. Kaseta i korba po takim przebiegu zęby ma już zjedzone, a w niektórych miejscach nawet pourywane. Mocniejsze depnięcie na pedały powoduje, że łańcuch ześlizgiwuje się z zębatek, ale po takim przebiegu ma prawo. Wynik 14500 km (z czego 7000 km rower z sakwami) uważam za satysfakcjonujący.

Nowy napęd już nabyłem i na wiosnę 2013 założę: identyczną korbę Shimano Acera FC-M361 (42-32-22), identyczną kasetę Shimano Acera CS-HG30 (7-rzędów) i dwa wytrzymalsze łańcuchy Shimano HG50.
 ________________________________________________________________

OPONY

- MAXXIS Overdrive (26"x1,75) - 102 zł za komplet

Kiedyś, ktoś mi je polecił bo posiadają wkładkę antyprzebiciową. Zżarłem już dwa komplety takich opon. Pierwszy komplet padł po 7900 km (z czego 5500 km pod sakwami). Opony były już łyse, poprzecinane w miejscu styku z nawierzchnią, a one i tak ostatecznie rozpruły się z boku.
Drugi komplet tych "laczków" to już inna bajka. Niby ten sam producent, model, a jedna z opon po 1000 km dostała wybrzuszenie z boku i zaczęły z niej wyłazić druty. Ewidentnie była to wada fabryczna, ale po przeanalizowaniu warunków, zrezygnowałem z reklamacji. Podkleiłem ją, po podkładałem tu i tam i tak po dystansie 6600 km (z czego 1600 km pod sakwami) skończyła swój żywot. Druga opona z tego kompletu jeszcze ciągnie i umrze pewnie przy przebiegu 8000 km. Należy tutaj zaznaczyć, że wkładka antyprzebiciowa rzeczywiście nie jest chwytem marketingowym. Jeździłem po terenie, gdzie ludzi na zwykłych oponach łapali po 2 kapcie na dzień, a w Maxxis'ach nic. W ciągu życia tych 4-ech opon, złapałem tylko dwa razy kapcia.


Po ostatnim komplecie Maxxis Overdrive i wadliwej oponie mam już dość tego producenta "laczków". Kupiłem pancerne Schwalbe Marathon Plus (26"x1,75). Ważą swoje (komplet 1990 gram ) i kosztują też swoje (240 zł za komplet), ale liczę że długo pożyją.
________________________________________________________________

TYLNE KOŁO

- Piasta Shimano Deore FH-M535
- Obręcz AlexRims DH19, 32 szprychy.

Na dzień dzisiejszy to koło ma identyczny przebieg jak napęd -> 14500 km z czego 7000 km rower z sakwami. O piastach Deore czytałem wiele niepochlebnych opinii i ja ją potwierdzam. Jak to możliwe, że koło z przebiegiem 35 km ( nie 3500 km) ma wygiętą oś ?!. Wybrałem się na wycieczkę po wiejskiej drodze, bez skakania, bajora, wertepów i wróciłem do domu z osią, która nadawała się do wymiany. Wymieniłem ją na no-name'a za 9zł i ta oś naprawdę dużo zniosła na drogach Ukrainy i Mołdawii.
Inna sprawa to uszczelnienie tej piasty od strony zębatek- jak dla mnie porażka !. Pierścień przykrywający łożyska był źle spasowany z piastą, błyskawicznie zaczął się obracać, zamiast pozostać nieruchomym w bębenku. Ta piasta żyje tylko dlatego, że jest regularnie czyszczona i smarowana. Tradycją stało się usuwanie z łożyska wody i piachu. Uszczelnienie po przeciwnej stronie zębatek (lewa strona) dla odmiany jest bardzo dobre i nigdy nie złapało nawet pyłka.
Obręcz AlexRims DH19 uchodzi za solidną i pewną, ale nie na kiepskich drogach, pod ciężkimi sakwami i z 32-szprychami. Obciążony rower i wertepy potrafiły scentrować to koło, ale na szczęście nie było to wielkie odchylenie.



Już wkrótce to koło zastąpi nowy nabytek na piaście Shimano Deore XT FH-M756 i obręczy AlexRims DH19, 36 szprych. Piasty Shimano w momencie zakupu są najczęściej skręcone/skontrowane za mocno. Ma to swój wpływ na żywotność łożysk. Zanim założę nowe koło, najpierw rozkręcę piastę, a potem metodą prób i błędów skręcę ją z odpowiednim napięciem.
________________________________________________________________

KILKA POCHWAŁ

Dokładnie mówiąc dwie. Jestem pod wrażeniem działania moich starych
manetek Altus ST-EF28
. Mają ponad 11-lat, a one wciąż wyciągają i zrzucają łańcuch po zębatkach jak głupie. To elementy, które pracują w słońcu, deszczu i mrozie. Pomimo upływu czasu wciąż doskonale działają.

Druga pochwała należy się tylnej przerzutce Shimano SLX RD-M662 SGS (9300 km przebiegu). Ten komponent dzielnie znosi ciosy od gałęzi, krawężników i kamieni. Ku mojemu zaskoczeniu, narazie kończy się to tylko na kolejnej rysie bo jeszcze nie udało mi się tej części ugiąć. Jeżeli chodzi o luzy, to te po takim przebiegu są mikroskopijne.

                                                               * * *

Podsumowanie
Jest jeszcze trochę elementów rowerowych, które chciałbym opisać. W chwili obecnej skupiłem się na tych najbardziej newralgicznych, do reszty z pewnością powrócę. 

Okres zimowy to świetny czas do robienia rowerowych zakupów. Sklepy rowerowe świecą pustkami i jeżeli ktoś nie idzie za najnowszymi trendami to można w przyzwoitych pieniądzach nabyć potrzebne elementy. Na wiosnę, wraz z rosnącą trawą, ceny rowerów/komponentów poszybują do góry.