O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

czwartek, 15 grudnia 2011

Niedzielne popołudnie na A-4

Nie jest tajemnicą, że w Polsce wiele rzeczy się teraz tworzy, przerabia, albo remontuje. Jakiś czas temu zrodził się pomysł, aby zobaczyć z bliska budowaną autostradę A-4. To dzięki Euro 2012 coś w temacie dróg w końcu ruszyło. Gorączka mistrzostw stopniowo narasta, a jak jest z autostradami ?.
- Też rosną, a w zasadzie budują się.

Nie zapuszczałem się daleko, tylko na własne podwórko zwane Rzeszowem.
Rowerową przejażdżkę zacząłem od węzła Rzeszów Centralny w Rudnej Małej.
Na teren budowy wjechałem bez najmniejszego problemu. Zresztą nie ja jeden, poza mną było wielu rowerzystów, spacerowiczów, a nawet ludzie z kijkami się znaleźli.


Wiadukt w Rudnej Małej, z poziomu krajowej 9 wygląda nieźle, a jak prezentuje się z innej perspektywy ?.




Prezentuje się okazale i kryje w sobie potencjał po 4 pasy ruchu (3+1) w każdą stronę. Gwoli ścisłości - autostrada A-4 póki co będzie mieć po 2 pasy w każdym kierunku + pas awaryjny. Widoczna nawierzchnia nie jest ostateczną. Na finalny asfalt przyjdzie jeszcze poczekać.

Przy okazji wiaduktu, na krajowej 9 wyrosły nam dwa ronda, jedno po stronie Rzeszowa, drugie po stronie Głogowa Małopolskiego (na zdjęciu powyżej). Mają ułatwić dostanie się na autostradę.

Gdy popatrzymy z węzła Rzeszów Centralny w kierunku węzła Rzeszów Zachód, to zobaczymy…

...ogrom pracy, który należy jeszcze wykonać.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w kierunku węzła Rzeszów Wschód.

Tutaj stoją już barierki i płot. Wiadukty są na dopieszczeniu i droga zaczyna przypominać autostradę.





Pomimo braku ostatniej warstwy asfaltu, nawierzchnia jest gładka jak blat stołu.
Postawione ekrany w pobliżu zabudowań, pozwolą nieco wyciszyć autostradę.

 Jadąc dalej kierunku wschodnim, docieram do węzła Rzeszów Wschód.

W tym miejscu nie da się nie zauważyć potężnego wiaduktu w Nowej Wsi.

Węzeł wschodni jest znacznie większy i znacznie bardziej skomplikowany niż dwa pozostałe rzeszowskie węzły (zachodni, centralny). A wszystko przez to, że tutaj kiedyś będzie się łączyć autostrada A-4 z ekspresówką S-19.

Widoczny wiadukt na zdjęciu powyżej, to łącznik pomiędzy A-4 i S-19. Pod nim, w głąb kadru biegnie autostrada A-4 w kierunku zachodnim (Dębica, Tarnów).

Na innym wiadukcie (zdjęcie powyżej) biegnie ekspresówka S-19. Pod nią, w głąb kadru leci autostrada A-4 w kierunku wschodnim (Jarosław, Korczowa). Jak widać nawierzchnia jest tutaj na razie ziemna.

Droga ekspresowa S-19. Zdjęcie zrobione z węzła wschodniego. Jadąc tą nawierzchnią przed siebie, wyjechałbym w Stobiernej.

Według informacji GDDKiA realizacja odcinaka pomiędzy węzłami Rzeszów Zachód-Centralny-Wschód (15,3 km) przewidziana jest na lata 2010-2011. Jest połowa grudnia 2011 i upłynie jeszcze wiele czasu zanim pojedziemy samochodem po rzeszowskim odcinku. Pytanie czy pojedziemy za darmo, na razie pozostaje bez odpowiedzi. Przyznaję, że kwoty, które są wykładane na budowę autostrad, przyprawiają o zawrót głowy. Wydawałoby się, że to hop! i droga jest gotowa, a tak najzwyczajniej w świecie się nie da. Pozyskanie terenu, odwodnienie, wiadukty, przepusty, nasypy, etc. to wszytsko pochłania niewyobrażalne ilości czasu. Podziwiam ludzi, którzy budują te drogi i jednocześnie zadaje pytanie: Dlaczego dopiero teraz ?. Co robiliśmy jak Czesi i Słowacy budowali swoje autostrady ?. Nasuwa mi się odpowiedź, że spaliśmy albo liczyliśmy, że kiedyś zrobi to Unia.

P.S. Jak przystało na teren budowy, nie obeszło się bez akcji. O ile bez problemu dostałem na się na węzeł Rzeszów Centralny i mogłem spokojnie jechać "autostradą" na wschód, tak w okolicach węzła wschodniego nie było już tak miło. Najpierw panowie robotnicy zwrócili mi uwagę, że to jest teren budowy, na którym zdarzył się śmiertelny wypadek. Dalej ochroniarze pilnujący sprzętu coś wykrzykiwali pod moim adresem. Rozumiem obawy tych ludzi, że coś mogło mi się stać, bo o to że mógłbym odjechać walcem nikt mnie chyba nie podejrzewa. Nie chcąc się narażać, lawirowałem trochę po tym węźle wschodnim. Skutek był taki, że podtopiłem się w błocie i złapałem gumę. Opona ma niby wkładkę antyprzebiciową, ale stalowy farfocel poszedł w nią jak nóż w masło. Przy resztce dnia zmieniłem dętkę i wróciłem na normalne drogi.

Poniżej zapis z loggera. Na obecną chwilę wujek Google na swoich mapach nic nie wspomina o autostradzie.

środa, 7 września 2011

„Dorośli lubią liczby”

Antoine de Saint-Exupery wiedział co pisze, dlatego tym razem i ja upodobałem sobie cyferki. Mówiąc wprost, postanowiłem pobić mój maksymalny dystans dzienny ustanowiony w 2009 roku na Ukrainie. Wtedy, podczas pierwszej rowerowej podróży ukręciłem w ciągu doby 125 km. Od tamtego czasu wiele razy zbliżałem się do tej wartości, ale jakoś nie mogłem jej przebić. Zawziąłem się w Boże Ciało (23.06.2011) i podjąłem wyzwanie ustanowienia nowej liczby. Jako trasę wybrałem pętlę dookoła Rzeszowa.


O 9.00 wystartowałem z Załęża w kierunku Malawy. Kilometry przez Kielnarową czy Siedliska, pomimo pagórków umknęły mi szybko. Dopiero przelotny deszcz w Lutoryżu nieco mnie przyhamował i ostudził.


Po ustąpieniu opadów "cisnąłem" na północ, na skróty. W Mogielnicy wylądowałem na polnej drodze z trawą po kolana. Ta najgorszej jakości droga, jaka była zaznaczona na mapie, doprowadziła mnie do Niechobrza. Dalej po suchuteńkim asfalcie doleciałem do Będziemyśla. Przebiłem krajową "czwórkę" i przez leśne błoto dotarłem do Bratkowic. Napierałem wciąż naprzód, aż do Wysokiej Głogowskiej, gdzie dopadł mnie kryzys. Zacząłem się zmuszać do jazdy, ale natury nie oszukam. W Jasionce nie miałem już "jadu" do kręcenia. Stałem i gapiłem się na wyrastające firmy.


Przed zachodem słońca dotarłem do bram Rzeszowa, do miejsca gdzie rozpocząłem tą pętle, czyli pod komin EC na ul.Ciepłowniczej. Ukręciłem łącznie tego dnia 132 km ze średnią 17,9 km/h. Wracając do domu czułem zmęczenie i chęć odstawienia roweru. Stwierdziłem, że dzisiejszy dzień to tylko statystyka i w tym roku nie podejmę kolejnej próby ustanowienia nowego rekordu dziennego. Poza liczbami była jeszcze jedna korzyść, a mianowicie udało mi się zrobić zdjęcie, z którego jestem zadowolony.


2 miesiące później:
Powiedziałem, że w tym roku nie będzie więcej bicia dziennego dystansu. Coś mnie podkusiło i 4 września wziąłem się za te 132 km. Wrześniowa niedziela jest już znacznie krótsza od czerwcowych dni, ale miało być ciepło i słonecznie. Tym razem postawiłem na pagórki południa i o 10.00 byłem pod nowo-spisanym wiaduktem na Przemysłowej.

Na drogę w Boguchwale od dawna narzekam i zdania nie zmienię. Jazda ulicą po tym mieście zawsze przyprawia mnie o szybsze bicie serca, zwłaszcza gdy TIR wciska się pomiędzy jadący rower, a wysepkę - porażka !. Wiem że są chodniki, ale one są za wąskie dla pieszych i rowerzystów.

Szczęśliwie przejechałem przez Boguchwałę i z podniesionym ciśnieniem krwi odbiłem w boczną drogę w Zarzeczu. Nagle zrobiło się spokojnie, rzekłbym nawet sielankowo. Dotarłem do Sołonki i bez trudu wycisnąłem 60 km/h na tamtejszym zjeździe.



Przed Małówką znowu jechałem krajową "9". Tutaj dominuje już normalne pobocze i samochody nie muszą ocierać się o rowerzystów. Zbliżałem się do górki w Jaworniku Niebyleckim, która od dziecka wydawała Mi się mega stroma. Ilekroć jadę tamtędy samochodem, zawsze zastanawiam się ile "poszedłby" z niej na rowerze. W końcu stanąłem przed upragnioną chwilą. Wdrapałem się na szczyt, sprawdziłem na poboczu czy koła są dobrze dociśnięte i pocisnąłem w dół. Wynik mnie zaskoczył, nawet mocno rozczarował bo wykręciłem tylko 51 km/h, a spodziewałem się dużo, dużo więcej. Cóż, pewnie w mojej wyobraźni ta góra wyrosła na wielką przez te wszystkie lata.




Jak na bicie dystansu dziennego, to się nie sprężałem. Po 3-ech godzinach i 43 km od startu dotarłem do Domaradza. Tam odbiłem na Dynów i zacząłem się piąć pod górę po nowiuteńkim asfalcie.

Kręciłem, kręciłem i końca podjazdu nie było widać. W Ujeździe zatrzymałem się na przekąskę.  Po jogurcie i bułkach przyszła kolej na ciasteczka w przystanku. Niestety nie załapałem się na bibę w tym uroczym miejscu, bo po imprezowiczach zostały tylko puste butelki.




W końcu wspiąłem się na wzniesienie i młodą nawierzchnią dotarłem do Dynowa. Czas zaczynał naglić więc musiałem przyspieszyć.



W Dynowie skręciłem w lewo i kierowałem się na Kańczugę. Droga była już wyraźnie gorsza i natężenie ruchu dawało o sobie znać. Pocieszeniem było to, że miało być mniej podjazdów.



Całkiem spore zaskoczenie miałem w okolicach Hadli Kańczuckich. W trawie, na poboczu zobaczyłem zaparkowane pojazdy Karola ze studiów czyli Wartburgi.


W Kańczudze byłem o 17.00. Nie rozwodząc się zbytnio nad tym miasteczkiem, zszamałem kanapkę i popędziłem w kierunku Handzlówki. Przyznaję, że mijane pagórki, skąpane w popołudniowym słońcu robiły wrażenie. W dolinach zaczynało być już rześko i po asfaltowym zjeździe przyszedł czas na podjazd do Woli Rafałowskiej. W pewnym momencie brakło betonowych płyt i po raz kolejny przekonałem się, że kamienie i wąskie opony to nienajlepsze połączenie.

 "Zmordowałem" podjazd i tuż po zachodzie słońca dotarłem na Magdalenkę w Malawie.

Po zmroku wylądowałem nad Wisłokiem w Rzeszowie. Odczuwałem zmęczenie, ale samopoczucie było znacznie lepsze niż podczas czerwcowego bicia rekordu. Całkowity dystans dzisiejszego dnia wyniósł 143,41 km ze średnią prędkością 18,3 km/h. Prędkość maksymalna to ukręcone 66 km/h na zjeździe w Sołonce. Byłoby szybciej, ale facet w Fordzie mnie przyblokował. Zdaje sobie sprawę, że dzisiejszy dystans wygląda mizernie przy rowerzystach jeżdżących dziennie po 220 km z sakwami. Stać mnie na pewno na więcej, potrzebuje tylko lepszej formy i koniecznie muszę zostawić aparat fotograficzny w domu. Przyznaje się, że robienie zdjęć na trasie często pochłania mnie bardziej niż kręcenie korbą.



Nie będę się zarzekał, ale w tym roku już nie będzie więcej bicia rekordów dziennych.
Poniżej zapis trasy z logger'a. Fragment dojazdowy po mieście pominąłem.



środa, 31 sierpnia 2011

Dla odmiany Beskid Sądecki i Pieniny


Sobota 27-08-2011:
Od zawsze jeździ się rowerem po Pogórzu Rzeszowskim albo po Bieszczadach. Tym razem z Adrianem, Alą, Anią i Grześkiem zapakowałem się do Espaca i z rowerami na dachu pomknęliśmy w Beskid Sądecki. Po 3h godzinach jazdy samochodem byliśmy w Piwnicznej Zdroju. Przeorganizowaliśmy się na parkingu, porzuciliśmy auto i o 10.00 wjechaliśmy na rowerach na Słowację. Mieliśmy podążać wzdłuż rzeki Poprad, która po ostatnich deszczach nieco się zmuliła, ale nie udało się tego zrobić. Wszystko przez to, że przespaliśmy zjazd i zamiast Popradu od razu mieliśmy podjazd na Przełęcz Vabec. Natężenie ruchu było niewielkie, a trasa momentami bardzo szeroka. Nie wiem dlaczego, ale ten drogowy trakt zapachniał mi socrealizmem, taką potęgą masywnego budownictwa. Jednym z założeń tego wyjazdu było podejrzenie Tatr. Wkręciliśmy na Przełecz Vabec (766 m n.p.m), naszym oczom ukazał się szeroki horyzont, ale pomimo słonecznej pogody nie zobaczyliśmy gór. Wszystko przez zamglone powietrze :/. Od przełęczy do Starej Lubowly mieliśmy cały czas z górki. Zawrotnych prędkości na wysłużonej nawierzchni nie było. Będąc w tej części Spisza nie sposób nie zobaczyć XIV-wiecznego Zamku Lubowelskiego. Podjechaliśmy pod tą historyczną budowle. Po krótkim odpoczynku pomknęliśmy na wschód. Ruch na drodze 77 był wyraźnie większy niż do tej pory, ale muszę przyznać że słowaccy kierowcy mają inną kulturę jazdy. Ich traktowanie rowerzystów jest przyjaźniejsze niż to z czym mamy do czynienie w Polsce. W Plawnicy odbiliśmy w boczną drogę, w kierunku rzeki Poprad. Na drodze i w krajobrazie dominowały wzniesienia i wybyczone traktory. Za Małym Lipnikiem znaleźliśmy się nad Popradem, woda z racji swojego koloru nie nadawała się do kąpieli więc wskoczyliśmy do strumyka płynącego nieopodal. Po orzeźwieniu jechaliśmy wzdłuż polskiej granicy. Nawierzchnia była wyraźnie zróżnicowana, pagórkowata. Raz ziemia, raz kamienie, a innym razem asfalt. W Piwnicznej Zdroju byliśmy po 17.00.

Trasa słowackiej wycieczki poniżej:

 
Po dotarciu na parking, zapakowaliśmy się do samochodu i 60 km dalej wylądowaliśmy w Pieninach. Dokładnie mówiąc na polu namiotowym w Krościenku nad Dunajcem. Cena skrawka ziemi była niska, to i warunki spartańskie były w standardzie. Nikt nie narzekał, no bo czego chcieć więcej poza prysznicem z butelki, grillem i namiotem.


Niedziela 28-08-2011:
Następnego dnia przyszła kolej na trasę po Pieninach. Rankiem spadł deszcz, widoczności imponującej nie było, ale zwinęliśmy graty, powrzucaliśmy je do samochodu i na rowerach pomknęliśmy do Szczawnicy. Ostatni raz byłem w tym mieście w 2003 roku. Od tamtego czasu wiele się tu zmieniło - pojawiły się brukowane deptaki, mostki, ławeczki etc. Jednym słowem wiedzą co zrobić z unijną kasą i dobrze. W kwestii szczawnickich Krupówek nic się nie zmieniło. Wciąż można tu dostać chińską zabawkę jak i wybornego oscypka. 
Chcieliśmy koniecznie wjechać na jakaś górę więc Doliną pod Jarmutą pakowaliśmy na pasmo Małych Pienin. I znowu muszę ponarzekać, że nie ma oznaczenia rowerowego szlaku. Z pomocą mapy i gps'u wjechaliśmy na właściwą ścieżkę. Początek był trochę błotnisty. Nie ujechaliśmy jednak daleko i w rowerze Ali pękła oś w tylnym kole. To był koniec przygody w pięcioosobowym składzie. Po naradzie rozdzieliliśmy się. Ania pojechała na Słowację, Adrian i Ala skierowali się do Szczawnicy, a ja i Grzegorz kontynuowaliśmy podjazd na Małe Pieniny. Szybko przekonaliśmy się, że mokry początek trasy był banalny. Wyżej szlak składał się z kamieni i wody, która po nich spływała. O jeździe nie było mowy, pchaliśmy rowery pod górę, a pikawa waliła jak głupia. Zlani potem wydarliśmy w końcu sprzęty powyżej lasu. Zrozumiałem nagle dlaczego na dole nie było tabliczki szlaku rowerowego. To po czym toczyliśmy rowery nie miało za wiele wspólnego z jazdą na rowerze. Po zielonych pagórkach mogliśmy wreszcie jechać trawiastym szlakiem. Po lewej rozciągała się Polska, po prawej Słowacja. Piechurów wielu nie było, widoczność nie powalała, ale te małe domki w dole cieszyły oko. Pod Wysokim Wierchem (899 m n.p.m.) spotkaliśmy pierwszych rowerzystów, później kolejną czwórkę. Wyjazd na Durbaszkę (942 m n.p.m.) skąpaną w chmurach nie miał sensu więc skierowaliśmy się pod schronisko o tej samej nazwie. Po krótkiej przerwie zaczęliśmy zjeźdzać w dół. Ziemna nawierzchnia zmieniła się w kamienistą, trochę nami wytłukło, ale zjazd do asfaltu należy uznać za udany. Było zdecydowanie bardziej widokowo niż na początkowym pchaniu rowerów przez las.

Trasa przejażdżki po Małych Pieninach:


* * *
 Podsumowanie
Weekend w Beskidzie jak i w Pieninach stanowił przyjemną odmianę tego co mamy na Podkarpaciu. Zróżnicowanie terenu, mnogość wariantów, sprawiają że bez pokonywania dużych odległości można znaleźć wiele ciekawych tras. W niedziele wszyscy mieli wrażenie, że sobotnia trasa na Słowacji to odległe wspomnienie.
Celu w postaci zobaczenia Tatr nie udało nam się zrealizować, ale nie ma co narzekać. Humory dopisywały, sprzęt wytrzymał (nie licząc zardzewiałej osi Ali, która musiała kiedyś pęknąć). Co do strat to tych oczywiście nie brakowało. Tym razem poszedłem po całości i... zgubiłem buta. Kleszcza o dziwo żadnego nie złapałem, ale w zamian za to wyłamałem paznokcia u największego palucha - krew się lała. Tak czy siak, było miło :).
Zdjęcia z wypadu >>Link
 

środa, 24 sierpnia 2011

W róg Polski


W sierpniową niedzielę brat odwoził znajomych na urlop do Cisnej. Padła propozycja, aby przy tej okazji zapakować rowery i pośmigać po Bieszczadach. Zdecydowaliśmy się na wypad po najbardziej wysuniętym na południe skrawku Polski. W Tarnawie Niżnej przesiedliśmy się z samochodu na rowery. Parking o dziwo był za darmo, ale za wstęp do Beniowej ściągnęli od nas po 6 zł od głowy ( ehhh...Bieszczady :[ ).
Od samego początku trasa wiodła wzdłuż Sanu. Dookoła nas było pustkowie i zielone pagórki, które muskał delikatny wiatr. Ukraina była na wyciągnięcie ręki. Jechaliśmy dziwnie oznakowanym szlakiem i po ominięciu ostoi niedźwiedzia dotarliśmy do opuszczonej wsi Beniowa. Wioskę wysiedlono po II wojnie światowej. Dziś można tam znaleźć niewielki cmentarz i kamienną podmurówkę, na której kiedyś stała cerkiew. Spokój tego miejsca od czasu do czasu zakłóca tylko stukot ukraińskiego pociągu przejeżdżającego nieopodal. Przez zarośnięty fragment drogi wróciliśmy do Bukowca. Tam rozpoczął się szutrowy podjazd pod Borsuczyny. Na szczycie był taras widokowy, gdzie podejrzeliśmy Krzemień (1335 m n.p.m) i Kopę Bukowską (1320 m n.p.m.). Po wyboistej drodze zaczęliśmy zjeżdżać do Tarnawy Niżnej. Stan drogi odczułem na własnej skórze bo mówiąc krótko- wywaliłem. Rower przeżył, graty które wypadły z torby na kierownicy też przeżyły. Ucierpiało tylko moje kolano bo przytarło się trochę. To doświadczenie jest kolejnym sygnałem, że pora zakupić kask bo następnym razem może się nie udać.
* * *

Przejechałem z bratem niecałe 27 km. W ciągu 4 godzin spotkaliśmy trzech rowerzystów i kilku turystów. Tereny są nieco zapuszczone i to jest na plus, ale przyznaję że oszałamiających widoków zbyt wiele tam nie ma. Włodarze tego terenu pobierają opłatę za wstęp i wkurzającą rzeczą jest to, że szlaki są nieprecyzyjnie oznakowane, a w niektórych miejscach wprowadzają zamęt.
Na tej rowerowej wycieczce byliśmy przy okazji i jej nie żałuję :). Gdybym jednak miał jechać tam specjalnie samochodem, żeby zrobić tą pętle to poczułbym się zawiedziony. Może dlatego, że oczekiwałem od tego terenu czegoś więcej.

Poniżej kilka zdjęć i mapa trasy

Okolice Tarnawy Niżnej











Tablica historyczna w Beniowej




Ukraina

Podjazd pod Borsuczyny




Punkt widokowy na Kopę Bukowską i Krzemień



 Mapa trasy


wtorek, 26 lipca 2011

Gdzie jest lato ? (Zdjęcia z Zakarpacia)

Patrząc na to jaką pogodę mieliśmy na Ukrainie i jaką mamy teraz, mogę śmiało powiedzieć, że lepiej być nie mogło. Coś nie może nam się wyrobić ta pogoda. Ale nie o tym to miał być post.
Chwilę to trwało, ale wreszcie mi się udało ogarnąć zdjęcia z ukraińskiego wyjazdu.
Ba ! , jest nawet krótki filmik nakręcony przez Przemka.

Poniżej film i link do zdjęć.



Zdjęcia z podróży >>Link


P.S. Poprzedni post z 16 lipca 2011 został uzupełniony o pewne informacje.
Pozdrawiam

sobota, 16 lipca 2011

"Tam jest dziura zabita dechami, tam drogi nie ma, ale welosipedem przejedzie"


Tak Ukrainiec skwitował trasę na Sambor. Stan ukraińskich dróg jest opłakany, o czym wielokrotnie mogliśmy się przekonać. Rowerem te "kratery" idzie jakoś ominąć, ale samochodem jest już znacznie trudniej. Dlatego nie dziwi nikogo widok kierowcy jadącego pod prąd, albo pędzącego masziną ile fabryka dała z nadzieją, że pojazd przeleci nad "szwajcarskim serem".
Wczoraj, po siedmiu dniach zakończyliśmy ukraińską rowerową podróż. Poniżej parę słów o tym co się działo:

Udało się wyruszyć zgodnie z planem, czyli w sobotę 9 lipca 2011. W Medyce na granicy były problemy, bo padły polskie komputery i na Ukrainę wpuszczali tylko obywateli Unii Europejskiej. Ukraińcy musieli czekać i niektórym z nich to się nie spodobało. Niewielka grupa kobiet zrobiła zaporę z bagaży i stwierdziła, że nas nie przepuści. Zaczęliśmy z nimi delikatnie, bo kultura tego wymaga, ale inni pokazali nam, że nie wolno się cackać, czy wdawać się z nimi w dyskusje. Trzeba iść po prostu na ostro. Padła komenda: "Brać to k...a !", powstał rumor i między torbami przebiliśmy się z rowerami. Było tłoczno, ale inni czekający nie robili nam problemów. Pogranicznicy szybko nas odprawili i byliśmy na Ukrainie.

Od Mościsk cały czas kierowaliśmy się na południe i drugiego dnia tuż przed wieczorną burzą udało nam się odnaleźć dom ludzi, którzy ratowali mnie i Roberta w 2009 roku. Okazało się, że mieszkają dalej niż zakładałem i kompletnie się nas nie spodziewali. Ucieszyli się z naszej wizyty, a największą radość sprawiła im podarowana fotografia zrobiona tamtego zimowego poranka. Gospodarze przyjęli nas pod dach i ugościli czym chata bogata. Były holubce (gołąbki), jajka, swojski ser i mięso. Anatol poczęstował nas mocnym trunkiem. Miało być po trzy kieliszki, ale pojawili się sąsiedzi i kieliszki dalej się napełniały. Gospodyni Ludmiła powiedziała, żebyśmy następnym razem przyjechali z żonami, tak więc pora zacząć szukać drugiej połówki. Po noclegu w ciepłym łóżeczku, rankiem zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się. Wieczorna uczta trzymała mnie do 10.00, a godzinę później byliśmy już na Przełęczy Użockiej (853 m n.p.m.).

Same Zakarpaty to rejon jednocześnie bliski i daleki. Patrząc na mapę można powiedzieć, że to tuż za miedzą, ale patrząc na niewykorzystany potencjał przyrodniczy tego regionu można odnieść wrażenie, że to jakiś odległy zakątek.
W ukraińskich Bieszczadach bardzo rzadko można zobaczyć napis "noclegi" czy "wolne pokoje". Szlaki są mizernie oznaczone, albo w ogóle. Tam lokalna ludność pracuje na polu, pasie bydło, albo zbiera to co wydał las. Nikt nie myśli o przeorganizowaniu się na turystykę.
W kwestii nawigacji, to korzystaliśmy z papierowych map Atlasu Europy, Mapy Ukrainy i wujka Google. Połączenie tych trzech spisało się, ale najdokładniejsze okazały się stare rosyjskie sztabówki i język. Miejscowi najlepiej wiedzą gdzie można dojechać, a gdzie utopić się w błocie.
Ukraina zachwyca swoim pięknem i dzikością. Nie powiem, dostałem w kość zwłaszcza na podjeździe na Połoninę Równą (Wt, 12.07.2011), bo na odcinku 17 km wysokość zmieniła się z 285 m n.p.m. na 1479 m n.p.m. Szczyt połoniny to doskonały punkt widokowy na Karpaty, to także miejsce byłej radzieckiej bazy wojskowej. Jej budowy nigdy nie ukończono, a w trawach do dziś można znaleźć otwory w ziemi o głębokości ponad 100 m. Podobno miała to być baza rakietowa. Nocleg na połoninie to jedna z najlepszych miejscówek pod namiot. Żadnych domów, turystów, tylko trawy i bijące źródło. Tak było do świtu, bo z pierwszymi promieniami słońca sześć ciężarówek pełnych ludzi wjechało po betonowych płytach na szczyt i zaczął się dzień pracy, czyli zbieranie jagód.

W środę (13.07.2011) z Ukrainy przez Uble wjechaliśmy na Słowację, a tam krajobraz zupełnie inny i nie chodzi tylko o lepsze drogi. Na ukraińskich wioskach życie toczy się na ulicy, cały czas ktoś spaceruje, albo wygląda na drogę. Na słowackiej wsi tuż przed zachodem słońca nie spotkaliśmy żywego ducha. Pozamykane sklepy, nikogo koło obejścia, wioski jakby wymarłe. Słowacy pewnie inaczej spędzają czas.

Następnego dnia udaliśmy się do słowackiego Parku Narodowego Połoniny. Podejrzeliśmy ujęcie wody dla Preszowa i Koszyc, czyli jezioro Starina. Stamtąd już tylko krok dzielił nas od Polski i popołudniu wjechaliśmy do Cisnej przez Roztoki Górne. W piątek (15.07.2011) przed południem dokręciliśmy do Zagórza. Skorzystaliśmy z dobrodziejstwa kolei i kilka godzin później zakończyliśmy podróż w Rzeszowie.

 * * *

Pogoda bardzo dopisała, niektóre fragmenty dróg dosłownie się topiły. Temperatura w słońcu  przekraczała 34°C. Popołudniowy żar był nieznośny do jazdy. Pojawiały się też burze. Jeden raz nie udało nam się przed nią uciec. Nie byłoby w tym niczego złego gdyby nie to, że źle zrolowałem sakwę i ze śpiwora wykręcałem wodę. Spałem w ubraniu, a nad ranem trzeba było się przykryć folią NRC.

Sprzęt spisał się świetnie, podklejona opona wytrzymała, strzelający bębenek Przemka kręci się dalej. Strat nie odnotowaliśmy. No może poza jednym słowackim kleszczem co to trzeba było go ubić po tym jak ukąsił mnie w udo. Ogółem w ciągu siedmiu dni, na rowerach pokonaliśmy 484 km (mapa trasy). Przewyższeń nie jestem w stanie podać. Plan wycieczki udało się zrealizować i uważam ją za jedną z ciekawszych. Gdyby ktoś pytał o koszt tej imprezy to śmiało odpowiem, że nie wydałem więcej niż 230 zł (głównie jedzenie i bilety PKP). 

Poniżej kilka zdjęć, a na obszerniejszą relacje przyjdzie troszkę poczekać.

Ukraińskie leśne dukty

Ludmiła i Anatol


Miejscówka w dolinie

Podjazd na połonine
Połonina Równa (1479 m n.p.m)


Słowacki brody i Przemek w akcji

piątek, 8 lipca 2011

W drogę na Ukrainę

Zeszło kilka wieczorów zanim udało mi się doprowadzić ten blog do jakiegoś wyglądu. Etap budowy nie jest sfinalizowany, ale główna rama (wygląd) już stoi :).
Zakończyłem pakowanie gratów i jutro rozpoczyna się wycieczkowy epizod z Ukrainą i Słowacją. Rzecz jasna na rowerze, a dokładnie mówiąc na rowerach bo jadę z moim lubelskim kolegą Przemkiem. O 11.11 wyjeżdżamy pociągiem z Rzeszowa do Przemyśla. Tam siadamy na opakowane rowery i przez Medykę kierujemy się na Karpaty Wschodnie, tzw. Zakarpaty. Plan pokrótce zakłada podjazd na Przełęcz Użocką, a później na Połoninę Równą. Po drodze odbijemy na Matkiv, i spróbujemy odnaleźć małżeństwo, które ratowało mnie i Roberta przed zimą w 2009 roku. Wtedy pani powiedziała: "Chłopcy jak będziecie w pobliżu to zajeźdzajcie", no to zajedziemy, jak znajdziemy. (Tytułem wyjaśnienia: Z Robertem i Przemkiem byłem na pierwszej rowerowej wyprawie w rejonie Morza Czarnego ). Po Ukrainie zahaczymy o Słowację i przy dobrych wiatrach 5-tego dnia wjedziemy w Polskie Bieszczady.
Sprzętowo oczywiście nie jestem przygotowany na 100% bo z przedniej opony zaczynają mi wyłazic druty. Jutro kupię zapasową oponę i problem powinien zostać  rozwiązany. Rzadko się zdarza, żebym był całkowicie pewny sprzętu. Zawsze znajdzie się coś z mniejszym lub większym felerem.
Niektórzy ludzie czytając tą wiadomość pewnie zadają pytanie: "Po co jedziecie na Ukrainę, żeby was okradli, żeby wam łby poukręcali ?". Z takimi opiniami można się zetknąć, ale osobiści traktuję ten kraj jak normalne europejskie państwo. Specjalnych środków ostrożności nie ma co tam stosować, a pilnować się trzeba wszędzie tak samo jak w Polsce, czy w Bułgarii. Nie powiem zdarzają się czasami dziwne sytuacje, ale Ukraina to nie jest dziki kraj, to kraj z którym WSPÓLNIE zorganizujemy Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

P.S. Newsów z podróży na bieżąco raczej nie będzie. Do dziś nie mogę skonfigurować telefonu z blogiem, a o WiFi w terenie można pomarzyć. Jak będziemy mieli zasięg w telefonie to będzie dobrze. Życzcie nam wiatru w plecy, słońca i łąk bez kleszczy. Pozdrawiam :)

środa, 22 czerwca 2011

No i blog wystartował !

Na stronę internetową nie zanosi się więc właśnie powstał blog :). To pierwsza wiadomość. Wyglądu specjalnego narazie to, to nie ma, ale liczę, że przy odrobinie pracy nabierze uroku.