O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

sobota, 16 grudnia 2017

Spanie na dziko w namiocie - jak to jest naprawdę

Wiele osób zastanawia się jak śpimy, gdy podróżujemy na rowerach ?. Nie będziemy wymyślać tu niestworzonych historii bo najzwyczajniej w świecie śpimy na dziko, w namiocie i w dodatku jak małe dzieci. Teoretycznie można by nas wynieść razem z naszym szmacianym domkiem, ale zacznijmy od początku. Czyli od psychologii.

Dla wielu osób spanie w lesie to jakaś abstrakcja, coś niemożliwego. Przyczyna jest prosta - strach. W naszych głowach na dobre zakorzeniły się myśli, które nas ograniczają. Wizualizują nam się straszliwe sceny, że śpimy pośród drzew, ktoś przychodzi  w środku nocy, wyciąga nóż, kradnie nasze rowery, rozcina namiot i podrzyna nam... nie, nie, nie ! - nic z tych rzeczy. Zapomnijcie o tym, to co się kreuje, to błędny wytwór naszej wyobraźni spowodowany oglądaniem amerykańskich filmów. Bądźmy poważni, jeżeli rozbijamy się na obcym terenie, to w 90% przypadków tubylcy będą się bardziej bać podejść do nas, niż my do nich. Ta reguła obowiązuję w większości krajów, z wyjątkiem państw położonych za naszą wschodnią granicą. Tam nie ma reguł, im dalej w tamtym kierunku tym większa otwartość, ciekawość, szerszy uśmiech, chęć wspólnego zapalenia papierosa, albo wypicia lokalnego trunku - jednym słowem pełna kultura. Generalnie bardzo rzadko zdarzają się sytuacje, że ktoś pogoni cię z widłami. Ba !, śmiem zaryzykować że się nie zdarzają. W większości miejsc jak ktoś już nawet przyjdzie to nieba będzie ci chciał przychylić, żebyś poczuł się wyjątkowo na tej łące, albo skraju lasu. Warunek jest tylko taki, że musisz zachować zdrowe myślenie i minimum ostrożności.
Miejscówka na świeżo skoszonej łące - Śmieciaki, Beskid Sądecki 2015
Gdyby rozpisać spanie na dziko tak jak przepis w książce kucharskiej, to bazując na doświadczeniu w różnych warunkach, wypracowaliśmy z Sabinką pewien schemat i wygląda on mniej więcej tak:

1. Pora i miejsce na szukanie miejscówki pod namiot.
Zakładamy, że wodę do mycia już sobie zorganizowałeś z jakiegoś potoku albo źródełka. Teraz interesuje cię tylko namiot. No to tak, miasta to generalnie słaby pomysł. Miejscówki w zurbanizowanych obszarach możliwe są tylko na nieukończonych budowach, albo przedmieściach. Lokalizacje, które wyglądają na meliny, albo schadzki młodzieży też z wiadomych przyczyn odpadają. Łatwo je poznać po rozbitych butelkach, palonych ogniskach, albo zniszczonej okolicy. Najlepsze pod namiot są wykoszone łąki na skraju wsi, ścierniska, zagajniki, nieużywane leśne dukty albo żwirownie. Generalnie śpimy tam gdzie nie ma trawy po pas, zaoranej ziemi, bajora, posianego zboża lub bardzo bliskiego sąsiedztwa zabudowań. Dobra pora na szukanie miejscówki to godzina, półtorej przed zachodem słońca. Rozbicie namiotu chwilę trwa, ale mamy jeszcze półmrok po zachodzie słońca. Nie wszędzie da się zawsze wjechać, więc my robimy tak, że jedna osoba idzie obczaić miejscówkę, a druga pilnuje rowerów. Warto wjechać w jakąś boczną drogę, aby ta druga osoba, która czeka nie była na widoku. W zależności od kraju, objuczony rower będzie wywoływał większe lub mniejsze zainteresowanie.
Rozbijanie się na uboczu to nie tylko bezpieczeństwo, ale i prywatność - Żurawnica, Roztocze 2014

Na przedmieściach dużych miast nie wybrzydza się, tylko bierze się każde miejsce, nawet z krzakami w przedsionku - Zagrzeb 2017
2. Rozbijanie namiotu.
Jak już znaleźliśmy nasze poletko, albo nieużywaną leśną drogę, to rozbijamy się tak, żeby mógł nas ominąć przypadkowy samochód. Nie rozbijamy się na mrowiskach, ostrych kamieniach ani w zagłębieniach. W razie deszczu podtopi nam namiot i będziemy pływać. Najlepiej rozbić się w okolicy drzew, na miękkiej ściółce. Będziemy chronieni przed chłodem i wiatrem. Co do rozbijania się na wierzchołkach pagórków/wyżyn zdania są podzielone. Widok na pewno będzie lepszy, ale tutaj może bardziej wiać i w przypadku burzy może być bardzo "elektryzująco". Natomiast w przypadku rozbijania się w korytach rzek będziemy mieli na pewno dostęp do wody i to jest duży plus, ale tutaj niestety będzie chłodniej. Jak mamy możliwość wyboru, to nie rozstawiajmy namiotu ani na samej górze, ani na samym dole - najlepiej gdzieś pośrodku. Jeżeli widzimy w okolicy domy, a my mamy wtapiający się w otoczenie namiot, to odległość 400 metrów będzie wystarczająca. Jeżeli schowamy się za krzakami, to nie będziemy przejmować się zabudowaniami zlokalizowanymi znacznie bliżej (najbliższa odległość do zabudowań, gdy spaliśmy na dziko to jakieś 60 metrów). Specjalnie wybieramy porę przed zachodem słońca, aby nie świecić latarkami i nie wystawiać się. Na wsiach są psy na posesjach. Mogą nas słyszeć. My do nich nie przywiązujemy uwagi. Taki pies poszczeka, poszczeka i przestanie. Zabawnie to wygląda o 2.00 w nocy, gdy szukasz butelki z wodą, przypadkiem ją zgniatasz i wtedy psy w okolicy rozpoczynają koncert.
Mocny wiatr zmusza do lepszego zakotwiczenia namiotu - Zakarpacie, Ukraina 2013

Namiot wtopiony w otoczenie - Transfagarasan, Rumunia 2016

Atak zimy i brak zimowego sprzętu, jedyny ratunek to nocleg pod dachem - Zakarpacie,    Ukraina 2009
3. Organizacja "obejścia".
Nie wiemy czy rozbijamy się na "państwowym" czy na prywatnym terenie. Dlatego ważne jest utrzymanie porządku. Jeżeli leżą czyjeś śmieci, pozbierajmy je. Dookoła naszego namiotu powinien być względny porządek. Gdyby przyszedł jakiś grzybiarz albo właściciel terenu i mówił w obcym języku to uśmiechnijmy się i machnijmy "cześć". Te gesty na całym świecie znaczą dokładnie to samo. Pokazujemy w ten sposób swoją postawą, że jesteśmy przyjaźnie nastawieni i większość takich napotkanych ludzi odmacha "cześć", zignoruje nasze rozbicie namiotu i pójdzie dalej. I tak ma być. Na wschodzie, ktoś może podejść do nas i zapytać skąd, dokąd jedziemy, a może mielibyśmy ochotę przenieść się do jego ogrodu etc. To wszystko jest warte rozpatrzenia. Jeśli przyjdzie właściciel terenu możemy zapytać czy to dla niego problem, że śpimy tutaj. Jak będzie "kwękał", zaproponujmy czekoladę, niewielką sumę pieniędzy, albo po prostu odjedzmy. Przyznaje, że nigdy się nie spotkaliśmy się z takim scenariuszem. Raczej mieliśmy do czynienie z żołnierzem uzbrojonym w kałacha, który przyniósł nam jabłka, pasterzem który przyszedł na swoje pole i zapytał czy może ukosić sobie trawy. Ja wiem że to brzmi absurdalnie, ale tak różnorodny jest świat i jeszcze nikt nigdy nie przyszedł z widłami.
Generalnie wszystkie wartościowe rzeczy zawsze trzymamy w namiocie. Nie w przedsionku, tylko koło głowy w namiocie. W przedsionku możemy trzymać ubrania, buty, jedzenie, narzędzia. Wszystko schowane w sakwach. Sakwy spięte ze sobą, tak aby podczas snu nikt nam ich pojedynczo nie zakosił. Rowery zawsze zapięte linką do drzewa obok. Jeżeli śpimy na ściernisku to położone na sobie i spięte razem. Niekiedy spinamy je dodatkowo tzw. gumową ośmiorniczką i kładziemy garnki na ramę. Taki zestaw przykrywamy maskującą płachtą. My używamy starej, ultra cienkiej peleryny w zielonym kolorze. Świetnie wtapia w tło nasze rowery i gdyby ktoś chciał je ruszyć w nocy, to garnki spadną na ziemię i narobią hurgotu. W namiocie oczywiście trzymamy w stałym miejscu latarkę, gaz, ewentualnie jakiś nóż na niedźwiedzie i bezwzględnie... papier toaletowy, gdy przyciśnie.
Czasami ciężko nam utrzymać porządek - Chyszówki, Beskid Wyspowy 2016

Rowery przypięte linką do drzewa, na ramie garnki jako system alarmowy. Na noc całość zostanie przykryta zieloną peleryną  - Pewel Wielka, Beskid Makowski 2017

Na wysokości 2000 m n.p.m. czasami nie ma gdzie się ukryć i zawsze będziemy na widoku - Mały Kaukaz, Armenia 2009.
4.Spokojny sen
Najczęściej po całym dniu człowiek jest tak zmęczony, że zasypia jak małe dziecko. To zrozumiałe. Warto uchylić wywietrzniki w namiocie. Cyrkulacja powietrza sprawi, że nie będziemy spać jak w parniku. W zależności od regionu prawie zawsze rano będzie rosa. Zewnętrzna warstwa naszego namiotu (tzw. tropik) będzie mokry z obydwu stron. Dlatego zabezpieczone sakwy to nie tylko ochrona przed kradzieżą, ale i przed wilgocią. Jeżeli musimy wyjść z namiotu w środku nocy, to w miarę możliwości nie świećmy latarkami i nie odchodźmy daleko. Zawsze jest ryzyko potknięcia, albo nadepnięcia na jakiś ostry przedmiot. My koło namiotu poruszamy się w sandałach albo japonkach. Kolejna sprawa to odgłosy. Las cały czas wydaje dźwięki obojętnie czy jest południe, czy środek nocy. Czasami to jest dźwięk kopyt jakiegoś rogacza, a innym razem jazgot ptaka, którego nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Początkowo to może budzić niepokój, ale po kilku nocach przestaniemy zwracać na to uwagę.
Burza to jedna z tych rzeczy, która może zakłócić sen. Człowiek wtedy zawsze się zastanawia jaka jest szansa, że namiot zostanie trafiony - Zakarpacie, Ukraina 2011
5. Poranek
Rano zawsze sprawnie ogarniamy rowery i rzeczy w namiocie. Jeżeli świeci poranne słońce to przygotowujemy śniadanie i w między czasie suszymy namiot z rosy. Wystarczy kilkanaście minut i namiot powinien być suchy. Jeżeli śpimy w kotlinie i słońce tam nie dociera, to szybko się zwijamy, podjeżdżamy na jakąś otwartą łąkę i tam przygotowujemy śniadanie oraz suszymy ekwipunek. Zdarza się, że w nocy pada, w dzień pada i nie ma gdzie wysuszyć tego namiotu. Wtedy mokry namiot ładujemy do reklamówki i do sakwy- nie ma uproś. Jak już ogarnęliśmy namiot, pozbieraliśmy wszystkie rzeczy to robimy dokładną "obczajkę" czy ręcznik nie został na drzewie, scyzoryk nie jest wbity w ziemie i czy nie zostawiliśmy jakiś śmieci. Wszystkie śmieci zabieramy ze sobą i wrzucamy do pierwszego napotkanego kosza.
Czasami poranki są zbyt zimne, aby wysuszyć namiot, wtedy zostaje czekać na środek dnia - Transalpina, Rumunia 2016

                                                                *  *  *

Czy spanie w lesie, lub na łące może być niebezpieczne ?. Jasne że może być, tak samo jak spanie w tanim hotelu. Wszędzie trzeba uważać i pilnować się. Osobiście bezpieczniej czujemy się śpiąc w jakieś głuszy niż na polu namiotowym. Nie generalizujemy, ale kempingi kojarzą nam się z dużą ilością ludzi, głośną muzyką i pijaństwem, a przecież my rozbijamy namiot aby odpocząć. Nie wspominaliśmy o tym wcześniej, ale rzeczą oczywistą jest, że jak śpimy na dziko to nie krzyczymy i nie rozpalamy ognisk. Zasada jest taka, że nie rzucamy się w oczy. Ktoś zapyta jak z legalnością tego procederu ?. Teoretycznie spanie na dziko w Polsce i w większości krajów jest zabronione. W praktyce to jest martwy przepis, tak samo jak karanie za deptanie trawników. Spanie pośród przyrody to jest wolność, nie musisz za to płacić, nie musisz się meldować, nie musisz słuchać marnej muzyki swojego sąsiada, rozbijasz się gdzie chcesz i czujesz się swobodnie. Na tyle swobodnie, że możesz paradować w swojej ulubionej piżamie w misie, bo kto cię będzie widział ?!.

W tym wpisie nie poruszamy tematu spania na polu namiotowym, ani "na gospodarza", to nieco odrębne dziedziny i tylko w jednostkowych przypadkach korzystaliśmy z tych sposobów. 

wtorek, 24 października 2017

czwartek, 17 sierpnia 2017

Śląski Beskid Żywiecki - (Epizod przedostatni)

 
Śmignęliśmy sobie po Beskidzie Żywieckim i Śląskim. Początek z uwagi na pogodę był niepewny bo gdy dojeżdżaliśmy do Żywca, to wycieraczki w naszym samochodzie nie nadążały odprowadzać wody. Na szczęście z każdym dniem było coraz lepiej i tylko w pierwszą noc temperatura oscylowała w okolicy +8C. Żeby nie zmarznąć dogrzewaliśmy się "małpkami". Ciche lasy, miękka ściółka, mała ilość owadów to idealna kompozycja do odpoczynku. No ale nie ma nic za darmo. Jak popatrzymy na mapę, to specyfika terenu wymagała przedzierania się przez góry. Chcieliśmy zrobić pętle, jechać od miejsca do miejsca, więc skazani byliśmy na korzystanie ze szlaków pieszych, rowerowych albo narciarskich. Gdyby mieć szosówkę i chcieć korzystać tylko z asfaltowych dróg, to trzeba by nakładać mnóstwo kilometrów. My lubimy przedzierać się szlakami, uwielbiamy błoto a szczególnie kochamy podjazdy wynoszące 21%... żartuję oczywiści. Parę razy zdarzyło się, że koło nie chciało się obracać bo napchało się mnóstwo błota, ale generalnie był w tym fan. W ciągu czterech dni przejechaliśmy łącznie około 210 km. Praktycznie w 85% udało nam się wjechać tam gdzie chcieliśmy. Cieszy nas to, najeździliśmy się i teraz znowu możemy wrócić do jazdy nad Wisłokiem :). To co bardzo nam się spodobało, to życzliwość ludzi w każdym miejscu. To niesamowite, że wyciągasz mapę, doskonale wiesz gdzie jesteś i dokąd jedziesz, a ludzie i tak przychodzą i pytają czy trzeba pomoc. To bardzo uprzejme z ich strony- nie to żebym pił do ludzi na Podkarpaciu, że są mniej życzliwi ;). Poniżej prezentujemy mapkę naszego rowerowego przejazdu i kilka zdjęć. Na pełną fotorelacje przyjdzie poczekać.
P.S. Nie usprawiedliwiamy się, ale nasza relacja na facebook'u momentami mogła nie być taka jak oczekiwaliśmy. Publikowane zdjęcia to były "surówki", internet niedomagał w wielu wypadkach i gdy publikowaliśmy posty to najczęściej ze zmęczenia telefon wypadał nam z ręki.
Pozdrawiamy








piątek, 11 sierpnia 2017

Śląski Beskid Żywiecki - (Prolog)

Od podróży nad Adriatykiem zdążyliśmy się już zapuścić, siedząc przy biurku i jeżdżąc co najwyżej nad Wisłok. Jako, że w polskiej kulturze występuje coś takiego jak"długi weekend", to zamierzamy rozruszać nasze kości. W 2012 roku, razem z Grzegorzem odwiedziłem Beskid Śląski i Żywiecki (link do archiwum - tutaj). Bardzo mi się wtedy tam podobało i chciałem tam kiedś wrócić. Nadeszła ta chwila :). Spakowaliśmy już sakwy, ogarnęliśmy samochód i jutro wcześnie rano lecimy z Sabinką do Żywca. Tam rozpoczniemy naszą rowerową wycieczkę. Oczywiści będzie namiot, spanie na dziko, herbata w termosie i poranna rosa. Jest szansa, że będzie nawet zmiana pogody bo na sobotę zapowiadają deszcz i ochłodzenie. Liczymy, że trochę się ostudzimy. Jak technika nie nawali, tym razem postaramy się publikować zdjęcia z drogi :). Życzcie nam powodzenia i lasów bez kleszczy. Do usłyszenia.

P.S. Zdjęcie w nagłówku zostało wykonane w 2012 roku w Beskidzie Żywieckim.

czwartek, 13 lipca 2017

Adriatyk tour - (Epizod przedostatni)

Wróciliśmy, choć należałoby zadać pytanie czy chcieliśmy wracać ?. Z wielką ochotą jechalibyśmy dalej, ale zaczął nam się kończyć czas. Nasz powrót do kraju i tak się przeciągną, bo mieliśmy w Zagrzebiu problemy z samochodem. W tym roku nasz bogaty pakiet auto-assistance obejmował skrzynkę kluczy, paczkę trtytek i telefon do przyjaciela. Niestety pojawiła się awaria spoza listy, ale to już jest poza tematem rowerowym. Nadmienię tylko, że nie pamiętam kiedy ostatni raz użyłem tyle słów na "K","CH" i "P". Podliczając dni, to etap rowerowy trwał 13 dni, nasze rowerowe liczniki pokazały dystans ponad 1000 km (pod tekstem jest mapka przejazdu, z wyciętym plątaniem się po miastach). Dla nas to spory odcinek i z perspektywy czasu cieszymy się z każdego kilometra, który przejechaliśmy w Polsce, przed wyjazdem. W tym roku trenowaliśmy na okolicznych górkach, aby zmniejszyć ból podjazdów. Do wysokiej temperatury nie mogliśmy się przygotować bo mamy za mały piekarnik, a wygrzało nas konkretnie. Najbardziej w Bośni i Hercegowinie, o czym pisaliśmy. Jazda tam na przełomie lipca i sierpnia to pewnie jeszcze większa "palma". W ciągu całej podróży spadł tylko jeden deszcz, w nocy gdy wraciliśmy na Chorwację. Normalnie ciężko było o rosę rano. Ani razu nie użyliśmy naszych kurtek, w śpiworach spaliśmy może przez połowę wyjazdu. Doskonale rozumiemy tych wszystkich Polaków, którzy przyjeżdżają tam na wakacje. My też tam pojechaliśmy po wakacje i po..."wyrypę". Sami to sobie zorganizowaliśmy i wiedzieliśmy na co się piszemy. Wstawanie o 5.00, martwienie się o wodę, walka z upałem i sprzętem, bolące nadgarstki, szukanie miejscówki, rozbijanie majdanu, kąpiel w 1,5L butelce wody. To jest smak odpoczynku i narazie nie zamienimy go na all inclusive. Uwielbiam ten zapach sakw po powrocie, gdy już jesteśmy w domu. Wyciągasz wszystkie rzeczy, a one mają ten swój specyficzny bukiet. To zapach pyłu z drogi, suchej trawy z miejscówki, morskiej soli, fig, pomidorów, kwiatów z przełęczy, itd. To wszystko przypomina, że ty tam byłeś i cząstkę tego wszystkiego wchłonąłeś w siebie. Klimaty, które odwiedziliśmy były specyficzne i różnorodne. Ma się wrażenie, że w każdym miejscu życie toczy się po swojemu. Toczą się też klasyki motoryzacji. To nie samowite ile tam jeszcze jeździ Golfów 2, Mercedesów "beczek", Renault 4 czy Citroenów 2CV. Bynajmniej te samochody nie wyglądały jakby miał problem z korozją i z pewnością jeszcze trochę pożyją. Współczesne odpowiedniki oczywiście też są, ale widać że jeżdżą nimi zamożniejsi. Jeżeli ktoś chciałby się wybrać tam samochodem, to ceny paliw są dość zróżnicowane. W Czarnogórze na wybrzeżu, przy głównej drodze za litr Pb95 trzeba zapłacić w przeliczeniu 5,17zł, LPG kosztuje 2,54zł. Pod Mostarem w BiH litr Pb95 - 4,17zł, LPG - 2,02 zł. Poza paliwem trzeba pamiętać jeszcze o zielonej karcie, która jest tutaj wymagana. Pozostając w temacie dróg jestem w szoku z jaką łatwością Czarnogórcy budują nowe drogi i tunele. Tego kraju nie ma UE, nie dostają wielkich dotacji, a oni kują w litych skałach i puszczają szeroki arterie. Oddanie kawałka tunelu w Polsce, przy tym co goście tutaj robią, to jest żaden sukces.
Będą w tamtym rejonie nie da się nie zauważyć, że była tam wojna. Chociaż minęło od niej już ponad 20 lat, to w wielu miejscach ślady są żywe i widoczne do dziś. Trzeba zaznaczyć, że spuścizną konfliktu jest na pewno ułatwiony dostęp do broni palnej. Jak Sabinka zauważyła, ulubioną rozrywką na prowincji jest strzelanie do znaków drogowych. W ogóle gdy spaliśmy nad Kotorem, to tuż po wschodzi słońca, na przedmieściach ktoś sobie strzelał pod domem. Dźwięk rozbrzmiewał po całej Zatoce Kotorskiej. To jest chyba normalne zjawisko. Normalne jest także to, że do przepisów podchodzi się "lajtowo". W Kotorze niby nie można spać na plaży, a ludzi to robią. Granicę między państwami potrafią przekraczać samochody bez tablic rejestracyjny. Na czerwonym świetle podobno się stoi, ale w Chorwacji piesi nie rozróżniają kolorów, nawet przy policji. Chorwaci tylko skrupulatnie przestrzegają parkowania- do perfekcji opanowali odholowywanie źle zaparkowanych aut. Wygląda to tak, że dwóch gości idzie i sprawdza, czy samochody nie stoją na zakazie, albo czy mają bilecik z parkometru. Jak wyczają "lewe" auto, jeden robi zdjęcia, drugi już podkłada specjalne haki pod cztery koła. Po minucie przyjeżdża laweta z HDS'sem i całe auto jest już na platformie. Bardzo sprawna akcja wyglądająca jak łowy. Za rowery na szczęści jeszcze się nie biorą.

Uważamy, że ten wyjazd mimo licznych przeszkód i sporego wysiłku był bardzo udany. Czujemy się świetnie, choć lekko nie było. Schudliśmy, ja pozbyłem się 4 kg wagi- oczywiście to jest do odrobienia. Do odrobienia jest też lekcja z bałkańskiego konfliktu. Narazie ciężko mi się połapać o co w nim dokładnie chodzi i kto z kim trzyma sztamę. Sabinka trochę lepiej sobie radzi w tym temacie bo przeczytała kilka książek przed wyjazdem. Jak popatrzymy na mapę naszej trasy, to można zauważyć, że nawet nie liznęliśmy Bałkan. Do odkrycia zostaje Albania, Serbia, Macedownia, Kosowo. Może kiedyś uda się to zrobić. Podliczając ten wyjazd to całkowity czas tej podróży z wszystkimi dojazdami wyniósł 17 dni. Dwie noce spędziliśmy w pociągu, dwie w wynajętym pokoju, a cała reszta była na dziko w przeróżnych miejscach. Wypiliśmy całkiem sporą ilość płynów, gdyby chcieć to podliczyć to wyjdzie z 60 butelek wody i ćwiartka rakiji. Tego ostatniego trunku nie możemy skończyć do dziś. Nawigacyjnie poradziliśmy sobie świetnie. Mieliśmy wydrukowane mapy z google i odbiornik GPS, który prawie stracił życie po przewrotce roweru. Kolejny rok z rzędu korzystaliśmy z darmowych map dostępnych na http://garmin.opentopomap.org i możemy je z czystym sumieniem polecić.

Poniżej zapowiadana mapka i kilka zdjęć z naszego wyjazdu.
Pełna fotorelacja pojawi się oczywiście w przyszłości.