O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

czwartek, 3 marca 2016

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (epilog)

Cóż, coraz dłużej schodzi mi przygotowywanie zaległych galerii. Za niedługo będę potrzebował roku, aby opublikować zdjęcia. Wynika to z przyczyn czasowych, ale przede wszystkim dbania o jakość zdjęć. Nie lubię wrzucać wszystkich zdjęć z karty jak leci. Musi być przeprowadzona selekcja. Widza nie można zabić tysiącem zdjęć z tygodniowych wakacji. Fotografie muszą tworzyć jakąś opowieść i muszą pochłaniać chociażby w minimalnym stopniu uwagę osoby, która będzie je oglądać. Nie wiemy czy tak jest z naszymi zdjęciami, ale razem z Sabinką zapraszamy do fotorelacji ze słowackiego wypadu.

Link do galerii  >>> http://ciosna.dphoto.com/#/album/1be49x/photo/36395342

niedziela, 11 października 2015

Sakwy Crosso - naprawa, modyfikacja, klejenie

Od 2010 roku jestem posiadaczem sakw Crosso Expert. W tym czasie moje sakwy wiele przeszły i zastanawiam się ile jeszcze zniosą. Faktem jest, że nigdy o nie szczególnie nie dbałem i śmiało mogę powiedzieć, że je "tyram". Po 5 latach wychodzą skutki złego traktowania. Podczas ostatniej podróży po słowackich Tatrach zauważyłem w nich wilgoć i nie było to spowodowane kondensacją pary wodnej, tylko najzwyczajniej w świecie na dnie miałem wodę. Faktycznie padało, a nawet lało, ale sakwy na 100% miałem poprawnie zrolowane i dodatkowo dokładnie zamknięte kapturem. Dziwne....  pomyślałem.

Otarć i zarysowań mam na sakwie mnóstwo, ale nigdzie nie ma dziur ani sznitów na wylot. Po bliższej analizie znalazłem przyczynę nieszczelności. To stalowe haki, na których sakwa wisi na bagażniku, a dokładnie mówiąc nity, które je trzymają. Moje haki były już tak poluzowane, że ruszały się na boki - to w lewo, to w prawo. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że rozgiełdały się.

Rys.1 Ruszający się hak na boki.

Od wewnątrz plastikowe zaślepki też mi już poodpadały. W niektórych nitach są otwory na wylot, więc jak nie ma zaślepki, to jest to pierwsze miejsce przecieku wody z zewnątrz.

Rys.2 Brak plastikowej zaślepki i dziura na wylot w nicie.

Druga przyczyna nieszczelności, to otwory w sakwach, w których są umieszczone nity trzymające haki. Jak jest nowa sakwa, to nity pewnie trzymają hak, całe połączenie jest ściśnięte i szczelne. Wiadomo, że "toboły" czasami podskakują na bagażniku, dodatkowo mają co wozić (moja jedna sakwa waży około 9 kg). Cały ten ciężar spoczywa na nitach, które trzymają haki. Nie ma opcji, z czasem to połączenie musi się poluzować od ciężaru, wertepów, drgań i niekontrolowanego przewracania się roweru z całym ekwipunkiem. Jakbym bardziej szanował swoje sakwy, nie tłuk ich po terenie i ładował mniej ekwipunku, to nity pewnie byłby nietknięte do dzisiaj.

Z teoretycznego punktu widzenia połączenie nitowe w sakwie wygląda tak:

 Rys.3 Szkic połączenia nitowego, poprawnie działającego (bez luzów).

Plastikowe zaślepki "7" trzymają się na kleju i z czasem odpadają. Następuje także poluzowanie na nitach. Spęczony aluminiowy łeb nitu z czasem wgniata się w stalową podkładkę "6". Odkształceniu ulega jeden i drugi element. Nit poluzowuje się, a hak zaczyna ruszać się na boki. Najlepsze jest to, że przez otwór w nicie i przez otwór w którym jest nit zaczynia się wdzierać woda do wnętrza sakwy. Problem ten może dotyczyć wszystkich typów sakw Crosso (Expert, Twist, Dry). Zasada montażu haków jest identyczna.

 Rys.4 Odkształcony nit i zdeformowana podkładka stalowa wewnątrz sakwy.

Moim pierwszym pomysłem było ponowne znitowanie haków, ale finalnie zrezygnowałem z nitów na rzecz połączenia śrubowego z wykorzystaniem śrubek M5.

Poniżej link do poradnika, jak samemu naprawić sakwy przy pomocy podstawowych narządzi i dodatków z dobrego sklepu metalowego. Plik został umieszczony na platformie Microsoft OneDrive

LINK BEZPOŚREDNI >> Sakwy Crosso

niedziela, 2 sierpnia 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie (epilog)

Udało się, pełna galeria z wyjazdu po Beskidzie Sądeckim właśnie została ukończona. Teraz przystępuję do stworzenia galerii ze Słowackiej wycieczki i mam nadzieje, że ona również pojawi się w niedalekiej przyszłości.

Link do galerii z Beskidu Sądeckiego:
http://ciosna.dphoto.com/#/album/3998bm/photo/32995576

Do usłyszenia niebawem

wtorek, 14 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (epizod przedostatni)

W niedzielną noc padało jak spaliśmy pod dachem. W poniedziałek rano spakowaliśmy sakwy i kierowaliśmy się na północ w kierunku Piwnicznej Zdroju. Mijaliśmy Tatry i widzieliśmy jak leje nad nimi deszcz. Kręciliśmy korbą jeszcze mocniej, żeby uciec przed opadami. Po 12.00 zdaliśmy sobie sprawę, że mamy niezłe tempo i spokojnie możemy spróbować wrócić do domu w jeden dzień. To pewnie przez tą Kofolę. Nie wiemy co oni do niej dodają, ale o 14,00 dotarliśmy do stacji PKP Piwniczna, pokonując dystans 75 km. Wsiedliśmy w dwa pociągi i jesteśmy w domu. Gdybyśmy mieli podsumować Słowację to co byśmy napisali ?.
Przede wszystkim to, że jest tutaj dobra siatka dróg, ale te drogi są podniszczone. Po ulicach jeździ cała masa skód i audi. I nie są to jakieś rzęchy, tylko w większości młode roczniki. W kwestii miast, to widać na Słowacji jeszcze wielką płytę i niektóre budowle pachną komunizmem. Brakuje takiego odświeżenia jakie miało miejsce w Polsce, za unijną kasę. Apropo kasy, niestety euro zabiło trochę turystykę. Ceny poszybowały do góry i wszyscy to odczuli. Słowacy mówią, że jak była korona to oni ten pieniądz czuli w ręce. Jak jest euro, to te pieniądze bardzo szybko im się rozchodzą. Nadzieją są dyskonty czy inne Teska. Widok ludzi wynoszących całe reklamówki batoników ze sklepów nie jest niczym wyjątkowym.
Na Słowacji jest obowiązek jazdy w kasku poza obszarem zabudowanym. Policja mijała nas nie raz i potwierdzamy, że jest to martwy przepis. Żaden policjant się nie odezwał, a słowaccy rowerzyści tak jak polscy jeżdżą jak chcą.
P.S. Sprzęt nam wytrzymał, przechadzana śrubka od bagażnika dojechała. Na następny raz konieczne będą modyfikacje w sprzęcie. Ostatni wniosek z wycieczki jest taki, że pierwszy raz zrezygnowałem z butów trekkingowych do chodzenia po górkach. To był błąd i teraz już wiem, że w adidaskach to można po Krupówkach chodzić, a nie po wyżynach i dolinach.

Poniżej kilka zdjęć z wyjazdu i mapka rowerowej trasy zrzucona z logger. Błądzenie i plątanie się po miastach usunęliśmy dla przejrzystości zapisu. Pełna galeria z wyjazdu pojawi się w przyszłości.








niedziela, 12 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 7-8)

Stereotyp cygański został w naszych głowach... przełamany. O ile początkowo mieliśmy mieszane uczucia w sprawie tego noclegu, o tyle teraz nie mamy już żadnych obaw. Faktycznie, wielkość wynajętego pokoju przekracza rozmiar całego naszego mieszkania. W tej dzielnicy Hrabusic są sami Cyganie, ale nikt krzywo na nas nie patrzy, co niektórzy nawet się kłaniają na ulicy. Nasza gospodyni Pani Irena jest całkiem sympatyczną i wygadaną kobietą.
Podsumowując: Cyganie to nie tylko brudasy, żebracy i złodzieje jakich znamy, ale to także uczciwi ludzie, którzy uczciwie chcą zarabiać pieniądze. Nie można ich wszystkich mierzyć jedną miarą.
Wczoraj jak na urlop przystało budzik zadzwonił o 6.25. Zrobiliśmy kanapki i poszliśmy na Przełom Honradu. Bardzo ładny szlak z metalowymi podestami zawieszonymi na skałach. Ludzi wielu nie było. W połowie odbiliśmy na polecaną Klasztorską Roklinę i tu również nie zawiedliśmy się. Po 8 godzinach zakończyliśmy wycieczkę. Generalnie sezon turystyczny podobno ma się dopiero rozpocząć i wtedy do okolicy zjadą tłumy turystów. Dziś wybraliśmy się na Suchą Bele i te tłumy już się pojawiły. Szlak generalnie jest piękny. Idzie się wąwozem poprzecinanym podestami i stalowymi drabinkami. Całość dopełnia dźwięk płynącego strumienia i ludzie. No właśnie - ludzie. Co naród to lepszy. Pięcioosobowa rodzinka Czechów wybrała się z malutkim dzieckiem do wąwozu, bez jakiegokolwiek nosidełka. Dwójka starszych radziła sobie świetnie. Najmniejszego chłopczyka tatuś niósł na jednej ręce, a drugą wspinał się po pionowej drabinie. Najgorzej było jak drabinka zamieniała się w stromy gzyms z łańcuchem- brakowało wtedy ręki. Byli też Węgrzy, a w zasadzie grupa Węgrów. Dziamali głośno, śmiali się i uważali, że są zabawni, przeszkadzając wszystkim dookoła. Byli też Polacy, wypacykowani chłoptasie ze swymi laluniami. Ci to byli najlepsi, aż wstyd było się przyznawać, że to nasi rodacy. Nie dość, że towarzystwo jako jedyne paliło fajki i raczyło dymem wszystkich czekających na wolną drabinkę, to jeszcze chcą podkreślić jak trudny i wymagający to szlak, co szczebel używali epitetów "o k...a". W tym wielokulturowym, zabawnym i wygadanym towarzystwie po dwóch godzinach wspięliśmy się na szczyt Suchej Beli. Gwoli informacji: wstęp do Słowackiego Raju kosztuje 1,5€ za osobę. O ile Sucha Bela jest zadbana, o tyle na Przełomie Hornadu pływa trochę śmieci. Na szlaki najlepiej wychodzić rano, jak jest mało ludzi i nie ma tzw. hołoty. Kolejna rzecz, to warto spryskać repelentem odsłonięte części ciała bo lata trochę robactwa i koniecznie trzeba zabrać mapę. Słowacy mają ładnie poznakowane szlaki, ale te czasem się krzyżują i wtedy ciężko się połapać.
Kończymy etap Słowackiego Raju. Po południu zachciało nam się jeszcze bułeczek z sezamkiem, więc podskoczyliśmy po nie do najbliższego czynnego sklepu, oddalonego o 12 km w Spiskiej Nowej Wsi. Spędzamy ostatnią noc w naszym dostojnym pokoju i jutro powoli, aczkolwiek zdecydowanie kierujemy się na północ, w kierunku polskiej granicy. Pozdrawiamy

piątek, 10 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 5-6)

W czwartek z Vernaru jechaliśmy dalej na południe. Rowerowanie zaczęliśmy ze znakiem drogowym "wzniesienie 12% przez 5 km". Kierowcy tirów zjeżdżający z góry mrugali nam światłami i machali, więc coś musiało być na rzeczy. I było. Podjazd był syty, w dodatku zrobiło się chłodno (było 15ºC), ale na szczęście nie padało. Dojechaliśmy do Telgaru i naszym oczom wysoko w górze ukazał się dzisiejszy cel - Kralova Hola 1946 m n.p.m. Podjazd na szczyt zaczyna sie w miejscowości Sumiac, która leży ponad 1000 metrów niżej. Zaczęliśmy podjeźdzać o 11.20. Po 2 godzinach stwierdziliśmy, że musimy przyspieszyć. Sabinka przekonała mnie do ukrycia bagaży w krzakach. Tak zrobiliśmy i na szczyt wjechaliśmy przed 15.00. Tłumów nie było, ale było wietrznie i widokowo. Na szczycie jest jakaś stacja nadajnikowa. Wygląda specyficznie i ewidentnie jest nadgryziona przez ząb czasu. Coś w niej buczy - czyli dalej działa. Przyznajemy, że na wierzchołku czuć już to górskie powietrze, a na okolicznych polankach hasa świstak na świstaku. Widoki ze szczytu są niepowtarzalne, widać Tatry Wysokie łącznie z całą doliną. Po zjedzeniu kanapki z pasztetem, ruszyliśmy w dół tą samą drogą. Bagaże udało nam się znaleźć dzięki naszej wskazówce zawieszonej na drzewie w postaci reklamówki. Niby każde drzewo inne, a wyglądają tak samo. Jeśli ktoś jest ciekaw nawierzchni na szczyt to w Sumiacku na podjeździe jest asfalt, późnie zaczyna się szuter i od 1400 metrów zaczyna się zniszczony asfalt. Wczoraj zapowiadali przelotne opady i te dopadły nas wieczorem po rozbiciu namiotu na Pustym Polu. Dziś przez lasy i wzniesienia dotarliśmy do Hrabusic, przedsionka Słowackiego Raju. Pod sklepem spotkała nas Cyganka, Pani Irena i zaprosiła do swojej cygańskiej chaty. Zaproponowała nam nocleg i poszliśmy w ciemno. Wzięliśmy od razu trzy noce. Sabina stwierdziła, że to "przypał" ale  jesteśmy dobrej myśli. A nóż widelec przełamane zostaną pewne stereotypy w naszych głowach.
P.S. Pokój jest nadwyraz urodziwy, ma 3 dywany, mnóstwo złotych zastaw i sztucznych kwiatów. Brakuje tylko jednego malutkiego szczegółu - gniazdka elektrycznego.

czwartek, 9 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 3-4)

Był brak wieści bo naprawdę dużo się działo.
We wtorek odwiedziliśmy kolejne słowackie jezioro by zobaczyć jeszcze raz jak to jest z tutejszą wodą. Tym razem było to Liptowskie Morze. Dzika plaża, czysta woda, kamyczki, ludzi niewielu i ten niesamowity widok na Niżne Tatry - w skrócie miazga :). Po kąpieli i lawiracjach pomiędzy węzłami i skrótami, kierowaliśmy się pod samiusieńkie Tatry. W tutejszych wioskach są sklepy chyba jakiejś spółdzielni COOP. Ekspedientki czasami nas nie rozumieją i zamiast sztangli podają nam marchewki. Niestety sklepiki czynne są tak do 17-18. Później wodę do picia można kupić tylko w barach, a tych tu nie brakuje. Problem w tym, że 2€ to za dużo za "mineralną". Zbliżała się pora spania więc rozbiliśmy się pod wioską, żeby w środę rano zrobić zakupy. Jak rozstawialiśmy namiot to byliśmy smaczną pożywką dla wszelkiej maści robali. Nie jesteśmy w stanie doliczyć się ukąszeń. W środę rano jak jechaliśmy do wioski, to złamała mi się śruba mocująca bagażnik. Udało się starą wykręcić i wymienić na przechadzaną. Do Polski powinna dojechać. Upały dalej nam doskwierały, a jakby nie było, to podjazdy też. Dopiero od Szczyrbskiego Jeziora mieliśmy z górki. Chmury zbierały się ze wszystkich stron i w Popradzie dopadła nas ulewa. Po zakupach siedzieliśmy jak ta dwójka bezdomnych pod mostem i grzaliśmy mrożone risotto. Apropo... nie możemy znaleźć w tutejszych sklepach gotowych dań ze słoików jak w Polsce. Słowacy nie wiedzą co dobre ;) Dlatego jako zamiennik znaleźliśmy mrożonki. Kiełbasa też tu wygląda i smakuje inaczej. Lata temu zajadałem się tutejszymi pistacjami bo były tanie. Dziś kosztują astronomiczne pieniądze. Jeśli chodzi o infrastrukturę to przychylam się do opinii, że Słowacy też mają Tatry i mają porządną kolej, która wjeżdża na 1340 m n.p.m., mają w rejonie autostradę i normalną drogę na poziomie. Zgodzę się, że to wszystko ma już swoje lata, ale my też mamy Tatry i na myśl o dojeździe autem czy pociągiem do Zakopanego, człowieka terepie. Niestety opady nie ustawały w Popradzie. Postanowiliśmy jechać na południe w kierunku Niżnych Tatr. Gdy mieliśmy nadzieję na poprawę pogody to wtedy grzmiało i padało jeszcze bardziej. Po 20.00 podjęliśmy decyzję o noclegu pod dachem i to był dobry wybór. Wylądowaliśmy w miejscowości Vernar i na chwilę zapomnieliśmy o namiocie.