O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

niedziela, 11 października 2015

Sakwy Crosso - naprawa, modyfikacja, klejenie

Od 2010 roku jestem posiadaczem sakw Crosso Expert. W tym czasie moje sakwy wiele przeszły i zastanawiam się ile jeszcze zniosą. Faktem jest, że nigdy o nie szczególnie nie dbałem i śmiało mogę powiedzieć, że je "tyram". Po 5 latach wychodzą skutki złego traktowania. Podczas ostatniej podróży po słowackich Tatrach zauważyłem w nich wilgoć i nie było to spowodowane kondensacją pary wodnej, tylko najzwyczajniej w świecie na dnie miałem wodę. Faktycznie padało, a nawet lało, ale sakwy na 100% miałem poprawnie zrolowane i dodatkowo dokładnie zamknięte kapturem. Dziwne....  pomyślałem.

Otarć i zarysowań mam na sakwie mnóstwo, ale nigdzie nie ma dziur ani sznitów na wylot. Po bliższej analizie znalazłem przyczynę nieszczelności. To stalowe haki, na których sakwa wisi na bagażniku, a dokładnie mówiąc nity, które je trzymają. Moje haki były już tak poluzowane, że ruszały się na boki - to w lewo, to w prawo. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że rozgiełdały się.

Rys.1 Ruszający się hak na boki.

Od wewnątrz plastikowe zaślepki też mi już poodpadały. W niektórych nitach są otwory na wylot, więc jak nie ma zaślepki, to jest to pierwsze miejsce przecieku wody z zewnątrz.

Rys.2 Brak plastikowej zaślepki i dziura na wylot w nicie.

Druga przyczyna nieszczelności, to otwory w sakwach, w których są umieszczone nity trzymające haki. Jak jest nowa sakwa, to nity pewnie trzymają hak, całe połączenie jest ściśnięte i szczelne. Wiadomo, że "toboły" czasami podskakują na bagażniku, dodatkowo mają co wozić (moja jedna sakwa waży około 9 kg). Cały ten ciężar spoczywa na nitach, które trzymają haki. Nie ma opcji, z czasem to połączenie musi się poluzować od ciężaru, wertepów, drgań i niekontrolowanego przewracania się roweru z całym ekwipunkiem. Jakbym bardziej szanował swoje sakwy, nie tłuk ich po terenie i ładował mniej ekwipunku, to nity pewnie byłby nietknięte do dzisiaj.

Z teoretycznego punktu widzenia połączenie nitowe w sakwie wygląda tak:

 Rys.3 Szkic połączenia nitowego, poprawnie działającego (bez luzów).

Plastikowe zaślepki "7" trzymają się na kleju i z czasem odpadają. Następuje także poluzowanie na nitach. Spęczony aluminiowy łeb nitu z czasem wgniata się w stalową podkładkę "6". Odkształceniu ulega jeden i drugi element. Nit poluzowuje się, a hak zaczyna ruszać się na boki. Najlepsze jest to, że przez otwór w nicie i przez otwór w którym jest nit zaczynia się wdzierać woda do wnętrza sakwy. Problem ten może dotyczyć wszystkich typów sakw Crosso (Expert, Twist, Dry). Zasada montażu haków jest identyczna.

 Rys.4 Odkształcony nit i zdeformowana podkładka stalowa wewnątrz sakwy.

Moim pierwszym pomysłem było ponowne znitowanie haków, ale finalnie zrezygnowałem z nitów na rzecz połączenia śrubowego z wykorzystaniem śrubek M5.

Poniżej link do poradnika, jak samemu naprawić sakwy przy pomocy podstawowych narządzi i dodatków z dobrego sklepu metalowego. Plik został umieszczony na platformie Microsoft OneDrive

LINK BEZPOŚREDNI >> Sakwy Crosso

niedziela, 2 sierpnia 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie (epilog)

Udało się, pełna galeria z wyjazdu po Beskidzie Sądeckim właśnie została ukończona. Teraz przystępuję do stworzenia galerii ze Słowackiej wycieczki i mam nadzieje, że ona również pojawi się w niedalekiej przyszłości.

Link do galerii z Beskidu Sądeckiego:
http://ciosna.dphoto.com/#/album/3998bm/photo/32995576

Do usłyszenia niebawem

wtorek, 14 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (epizod przedostatni)

W niedzielną noc padało jak spaliśmy pod dachem. W poniedziałek rano spakowaliśmy sakwy i kierowaliśmy się na północ w kierunku Piwnicznej Zdroju. Mijaliśmy Tatry i widzieliśmy jak leje nad nimi deszcz. Kręciliśmy korbą jeszcze mocniej, żeby uciec przed opadami. Po 12.00 zdaliśmy sobie sprawę, że mamy niezłe tempo i spokojnie możemy spróbować wrócić do domu w jeden dzień. To pewnie przez tą Kofolę. Nie wiemy co oni do niej dodają, ale o 14,00 dotarliśmy do stacji PKP Piwniczna, pokonując dystans 75 km. Wsiedliśmy w dwa pociągi i jesteśmy w domu. Gdybyśmy mieli podsumować Słowację to co byśmy napisali ?.
Przede wszystkim to, że jest tutaj dobra siatka dróg, ale te drogi są podniszczone. Po ulicach jeździ cała masa skód i audi. I nie są to jakieś rzęchy, tylko w większości młode roczniki. W kwestii miast, to widać na Słowacji jeszcze wielką płytę i niektóre budowle pachną komunizmem. Brakuje takiego odświeżenia jakie miało miejsce w Polsce, za unijną kasę. Apropo kasy, niestety euro zabiło trochę turystykę. Ceny poszybowały do góry i wszyscy to odczuli. Słowacy mówią, że jak była korona to oni ten pieniądz czuli w ręce. Jak jest euro, to te pieniądze bardzo szybko im się rozchodzą. Nadzieją są dyskonty czy inne Teska. Widok ludzi wynoszących całe reklamówki batoników ze sklepów nie jest niczym wyjątkowym.
Na Słowacji jest obowiązek jazdy w kasku poza obszarem zabudowanym. Policja mijała nas nie raz i potwierdzamy, że jest to martwy przepis. Żaden policjant się nie odezwał, a słowaccy rowerzyści tak jak polscy jeżdżą jak chcą.
P.S. Sprzęt nam wytrzymał, przechadzana śrubka od bagażnika dojechała. Na następny raz konieczne będą modyfikacje w sprzęcie. Ostatni wniosek z wycieczki jest taki, że pierwszy raz zrezygnowałem z butów trekkingowych do chodzenia po górkach. To był błąd i teraz już wiem, że w adidaskach to można po Krupówkach chodzić, a nie po wyżynach i dolinach.

Poniżej kilka zdjęć z wyjazdu i mapka rowerowej trasy zrzucona z logger. Błądzenie i plątanie się po miastach usunęliśmy dla przejrzystości zapisu. Pełna galeria z wyjazdu pojawi się w przyszłości.








niedziela, 12 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 7-8)

Stereotyp cygański został w naszych głowach... przełamany. O ile początkowo mieliśmy mieszane uczucia w sprawie tego noclegu, o tyle teraz nie mamy już żadnych obaw. Faktycznie, wielkość wynajętego pokoju przekracza rozmiar całego naszego mieszkania. W tej dzielnicy Hrabusic są sami Cyganie, ale nikt krzywo na nas nie patrzy, co niektórzy nawet się kłaniają na ulicy. Nasza gospodyni Pani Irena jest całkiem sympatyczną i wygadaną kobietą.
Podsumowując: Cyganie to nie tylko brudasy, żebracy i złodzieje jakich znamy, ale to także uczciwi ludzie, którzy uczciwie chcą zarabiać pieniądze. Nie można ich wszystkich mierzyć jedną miarą.
Wczoraj jak na urlop przystało budzik zadzwonił o 6.25. Zrobiliśmy kanapki i poszliśmy na Przełom Honradu. Bardzo ładny szlak z metalowymi podestami zawieszonymi na skałach. Ludzi wielu nie było. W połowie odbiliśmy na polecaną Klasztorską Roklinę i tu również nie zawiedliśmy się. Po 8 godzinach zakończyliśmy wycieczkę. Generalnie sezon turystyczny podobno ma się dopiero rozpocząć i wtedy do okolicy zjadą tłumy turystów. Dziś wybraliśmy się na Suchą Bele i te tłumy już się pojawiły. Szlak generalnie jest piękny. Idzie się wąwozem poprzecinanym podestami i stalowymi drabinkami. Całość dopełnia dźwięk płynącego strumienia i ludzie. No właśnie - ludzie. Co naród to lepszy. Pięcioosobowa rodzinka Czechów wybrała się z malutkim dzieckiem do wąwozu, bez jakiegokolwiek nosidełka. Dwójka starszych radziła sobie świetnie. Najmniejszego chłopczyka tatuś niósł na jednej ręce, a drugą wspinał się po pionowej drabinie. Najgorzej było jak drabinka zamieniała się w stromy gzyms z łańcuchem- brakowało wtedy ręki. Byli też Węgrzy, a w zasadzie grupa Węgrów. Dziamali głośno, śmiali się i uważali, że są zabawni, przeszkadzając wszystkim dookoła. Byli też Polacy, wypacykowani chłoptasie ze swymi laluniami. Ci to byli najlepsi, aż wstyd było się przyznawać, że to nasi rodacy. Nie dość, że towarzystwo jako jedyne paliło fajki i raczyło dymem wszystkich czekających na wolną drabinkę, to jeszcze chcą podkreślić jak trudny i wymagający to szlak, co szczebel używali epitetów "o k...a". W tym wielokulturowym, zabawnym i wygadanym towarzystwie po dwóch godzinach wspięliśmy się na szczyt Suchej Beli. Gwoli informacji: wstęp do Słowackiego Raju kosztuje 1,5€ za osobę. O ile Sucha Bela jest zadbana, o tyle na Przełomie Hornadu pływa trochę śmieci. Na szlaki najlepiej wychodzić rano, jak jest mało ludzi i nie ma tzw. hołoty. Kolejna rzecz, to warto spryskać repelentem odsłonięte części ciała bo lata trochę robactwa i koniecznie trzeba zabrać mapę. Słowacy mają ładnie poznakowane szlaki, ale te czasem się krzyżują i wtedy ciężko się połapać.
Kończymy etap Słowackiego Raju. Po południu zachciało nam się jeszcze bułeczek z sezamkiem, więc podskoczyliśmy po nie do najbliższego czynnego sklepu, oddalonego o 12 km w Spiskiej Nowej Wsi. Spędzamy ostatnią noc w naszym dostojnym pokoju i jutro powoli, aczkolwiek zdecydowanie kierujemy się na północ, w kierunku polskiej granicy. Pozdrawiamy

piątek, 10 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 5-6)

W czwartek z Vernaru jechaliśmy dalej na południe. Rowerowanie zaczęliśmy ze znakiem drogowym "wzniesienie 12% przez 5 km". Kierowcy tirów zjeżdżający z góry mrugali nam światłami i machali, więc coś musiało być na rzeczy. I było. Podjazd był syty, w dodatku zrobiło się chłodno (było 15ºC), ale na szczęście nie padało. Dojechaliśmy do Telgaru i naszym oczom wysoko w górze ukazał się dzisiejszy cel - Kralova Hola 1946 m n.p.m. Podjazd na szczyt zaczyna sie w miejscowości Sumiac, która leży ponad 1000 metrów niżej. Zaczęliśmy podjeźdzać o 11.20. Po 2 godzinach stwierdziliśmy, że musimy przyspieszyć. Sabinka przekonała mnie do ukrycia bagaży w krzakach. Tak zrobiliśmy i na szczyt wjechaliśmy przed 15.00. Tłumów nie było, ale było wietrznie i widokowo. Na szczycie jest jakaś stacja nadajnikowa. Wygląda specyficznie i ewidentnie jest nadgryziona przez ząb czasu. Coś w niej buczy - czyli dalej działa. Przyznajemy, że na wierzchołku czuć już to górskie powietrze, a na okolicznych polankach hasa świstak na świstaku. Widoki ze szczytu są niepowtarzalne, widać Tatry Wysokie łącznie z całą doliną. Po zjedzeniu kanapki z pasztetem, ruszyliśmy w dół tą samą drogą. Bagaże udało nam się znaleźć dzięki naszej wskazówce zawieszonej na drzewie w postaci reklamówki. Niby każde drzewo inne, a wyglądają tak samo. Jeśli ktoś jest ciekaw nawierzchni na szczyt to w Sumiacku na podjeździe jest asfalt, późnie zaczyna się szuter i od 1400 metrów zaczyna się zniszczony asfalt. Wczoraj zapowiadali przelotne opady i te dopadły nas wieczorem po rozbiciu namiotu na Pustym Polu. Dziś przez lasy i wzniesienia dotarliśmy do Hrabusic, przedsionka Słowackiego Raju. Pod sklepem spotkała nas Cyganka, Pani Irena i zaprosiła do swojej cygańskiej chaty. Zaproponowała nam nocleg i poszliśmy w ciemno. Wzięliśmy od razu trzy noce. Sabina stwierdziła, że to "przypał" ale  jesteśmy dobrej myśli. A nóż widelec przełamane zostaną pewne stereotypy w naszych głowach.
P.S. Pokój jest nadwyraz urodziwy, ma 3 dywany, mnóstwo złotych zastaw i sztucznych kwiatów. Brakuje tylko jednego malutkiego szczegółu - gniazdka elektrycznego.

czwartek, 9 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 3-4)

Był brak wieści bo naprawdę dużo się działo.
We wtorek odwiedziliśmy kolejne słowackie jezioro by zobaczyć jeszcze raz jak to jest z tutejszą wodą. Tym razem było to Liptowskie Morze. Dzika plaża, czysta woda, kamyczki, ludzi niewielu i ten niesamowity widok na Niżne Tatry - w skrócie miazga :). Po kąpieli i lawiracjach pomiędzy węzłami i skrótami, kierowaliśmy się pod samiusieńkie Tatry. W tutejszych wioskach są sklepy chyba jakiejś spółdzielni COOP. Ekspedientki czasami nas nie rozumieją i zamiast sztangli podają nam marchewki. Niestety sklepiki czynne są tak do 17-18. Później wodę do picia można kupić tylko w barach, a tych tu nie brakuje. Problem w tym, że 2€ to za dużo za "mineralną". Zbliżała się pora spania więc rozbiliśmy się pod wioską, żeby w środę rano zrobić zakupy. Jak rozstawialiśmy namiot to byliśmy smaczną pożywką dla wszelkiej maści robali. Nie jesteśmy w stanie doliczyć się ukąszeń. W środę rano jak jechaliśmy do wioski, to złamała mi się śruba mocująca bagażnik. Udało się starą wykręcić i wymienić na przechadzaną. Do Polski powinna dojechać. Upały dalej nam doskwierały, a jakby nie było, to podjazdy też. Dopiero od Szczyrbskiego Jeziora mieliśmy z górki. Chmury zbierały się ze wszystkich stron i w Popradzie dopadła nas ulewa. Po zakupach siedzieliśmy jak ta dwójka bezdomnych pod mostem i grzaliśmy mrożone risotto. Apropo... nie możemy znaleźć w tutejszych sklepach gotowych dań ze słoików jak w Polsce. Słowacy nie wiedzą co dobre ;) Dlatego jako zamiennik znaleźliśmy mrożonki. Kiełbasa też tu wygląda i smakuje inaczej. Lata temu zajadałem się tutejszymi pistacjami bo były tanie. Dziś kosztują astronomiczne pieniądze. Jeśli chodzi o infrastrukturę to przychylam się do opinii, że Słowacy też mają Tatry i mają porządną kolej, która wjeżdża na 1340 m n.p.m., mają w rejonie autostradę i normalną drogę na poziomie. Zgodzę się, że to wszystko ma już swoje lata, ale my też mamy Tatry i na myśl o dojeździe autem czy pociągiem do Zakopanego, człowieka terepie. Niestety opady nie ustawały w Popradzie. Postanowiliśmy jechać na południe w kierunku Niżnych Tatr. Gdy mieliśmy nadzieję na poprawę pogody to wtedy grzmiało i padało jeszcze bardziej. Po 20.00 podjęliśmy decyzję o noclegu pod dachem i to był dobry wybór. Wylądowaliśmy w miejscowości Vernar i na chwilę zapomnieliśmy o namiocie.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 2)

Dzisiaj, tak jak było prognozowane, żar polał się z nieba. Makabra, +32,5ºC w cieniu. Pomimo wypicia 8 litrów płynów na naszą dwójkę to i tak było ciężko. Ciepełko zabijało, ale dobrze że mieliśmy czapeczki na głowach, to nie ugotowaliśmy się. Faktycznie jak jest upał to człowiek jest trochę nieprzytomny, nawet kadrów do zdjęcia nie chce się szukać. Trasa dzisiaj nie była jakaś wymagająca bo od południa zjeżdżaliśmy przez 20 km do Jeziora Orawskiego. Liczyliśmy na schłodzenie, ale pomimo zbiornik jest duży to nie powala. Woda w nim jakościowo jest średnia i jak trafiła się jakaś plaża to trzeba było bulić za wstęp. Woleliśmy spędzić ten czas pod jakimś drzewem. A przerw to trochę dziś mieliśmy. Raczyliśmy się podczas nich "mineralną", gorącą herbatą i drzemką. Co do Słowacji, to kierowcy rzeczywiście uważają na rowerzystów w miastach, w ogóle to na wszystko uważają między budynkami. Poza obszarem zabudowanym już tak kolorowo nie ma i wygląda to trochę na wolną amerykanką, czyli wyprzedzają jak popadnie i dociskają gazu gdzie się da. Idzie się przyzwyczaić. Jutro jeszcze bardziej zbliżymy się do Tatr i miejmy nadzieję, że będzie ciut chłodniej.
P.S. To niesamowite jaką radość sprawia rzeka płynąca nieopodal namiotu. Normalnie człowiek nie jest w stanie docenić jej walorów i nie chodzi bynajmniej tylko o to, że można uprać w niej przepocone majtki. Pozdrawiamy

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Dzień 1)

W przewozach regionalnych powymieniali pociagi na nowe. Wszystko git. Jest klima, kosmiczny kibelek, Wi-Fi, gniazdko 230V i żeby nie było to wszystko działa. Problem pojawia się jak trzeba przewieść więcej niż 4 rowery. Nie ma za wiele miejsca na to i trzeba kombinować - to w przejściu, to przy drzwiach. W starych elektriczkach był przedział dla podróżnych z większym bagażem i tu tego trochę brakuje. W ogóle to jest niezwykłe, bo nasza dzisiejsza trasa koleją liczyła 335 km i już w połowie drogi byliśmy zmęczeni tym siedzeniem. Żeby nie było to jest naprawdę dobrze, komfort podróży poprawił się i to widać na każdym kroku. Ceny biletów też się "poprawiły" ...na rzecz spółek PKP. Plus jest taki, że przynajmniej widać, że coś robią. Rzeszów- Kraków jest dalej rozkopany i wątpimy że zdążą do końca 2015 roku. Największe zdziwienie i tak przyszło w Katowicach. Wjeżdżasz pociągiem do miasta to widzisz stare rudery, wszechobecną rdze i przypomnienie na elewacjach, że "GKS to pany". Wysiadasz na dworcu i okazuje się, że jest pełna kultura: czysto, schludnie i elegancko. Galeria Katowicka jak i bezpośrednia okolica dworca też budzi zachwyt.
O 21.57 dojechaliśmy trzecim pociągiem do Rajczy, chcieliśmy spędzić tą noc jeszcze w Polsce. Przyznaję, że znalezienie miejscówki pod namiot było trudne, ale na szczęście drwale pozostawili małe poletka.
Jutro będzie niezły żar z nieba, wjedziemy na Słowację i żar-ty się skończą. Nie będzie PKP i innych wynalazków. Będziemy tylko my i rowery. Dobranoc

niedziela, 5 lipca 2015

Kaszkiet Team i słowackie Tatry - (Prolog)


Nazwaliśmy się kaszkietami bo ja w czapeczce jeżdżę od dawna, a Sabinka zaczęła... od czwartku. Żeby nie było, że tylko ona przejmuje mój styl, to ja też zapożyczyłem trochę jej i tak jak ona zacząłem jeździć w okularach przeciwsłonecznych. Nie dla lansu tylko przez robactwo w powietrzu. O ile chętnie je łykam, tak nie znoszę go mieć w oczach. Szykują się konkretne upały i my właśnie też kończymy się szykować. Już za kilka godzin razem z Sabinką, trzema pociągami przetransportujemy się w Beskid Żywiecki, dokładnie mówiąc do Rajczy. Tak, tak to tam gdzie byłem z Grzegorzem trzy lata temu. Tym razem nie będziemy jechać po Polsce, tylko weźmiemy się za Tatry po słowackiej stronie. Rzecz jasna nie wjedziemy na Łomnicę, ani Gerlacha. Chcemy po prostu pokręcić się po tamtejszej okolicy. Planujemy trochę podjazdów, roklin i miejmy nadzieję że jakieś niezłe widoki też się trafią. Narazie wiemy gdzie rozpoczynam, ale nie mamy pojęcia gdzie zakończymy podróż. Jedziemy ogólnie na lajcie, bez zbędnych gratów i przednich sakw. Wiem, że miały być zdjęcia z Beskidu Sądeckiego, ale wciąż są niepokończone. Jak tylko zostaną ogarnięte to je opublikujemy.

wtorek, 9 czerwca 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie (epizod przedostatni)

Wróciliśmy z wyprawy, albo może nazwijmy to lepiej z "wyrypy". W trzy dni wjechaliśmy na trzy górki, choć należałoby powiedzieć wtarabaniliśmy tam rowery. Trzy razy spaliśmy pod gwiazdami i nie były to bynajmniej gwiazdki przy nazwie hotelu. Przez trzy dni każde z nas zużyło trzy litry wody do mycia (cóż za oszczędność) i ze trzydzieści litrów wody do picia. Upały w połączeniu z podjazdami dały nam popalić, ale finalnie zakończyliśmy eskapadę z uśmiechem na ustach i odgniecioną pupą. Nie obyło się bez przygód: znowu nawalił logger, oszukała nas mapa, którą mieliśmy bo zamiast asfaltu znaleźliśmy rozsypaną ziemię i trawę po pas. Mimo to świetnie poradziliśmy sobie w nawigacji i ani razu nie użyliśmy GPS'u. Na drodze spotkaliśmy dużo uprzejmych osób, które chciały nam pomoc, albo doradzić gdzie jeszcze możemy pojechać. Jeden pan zaproponował nam nawet ciepłe mleczko od kózki. Została nam do zrobienia fotorelacja i wyprawa byłaby zakończona, gdyby nie spór o to co otarło się o nasz namiot w pierwszą noc. Sabina twierdzi, że to rosły niedźwiedź, ja jestem zdania, że mała sarenka. Pewnie nigdy się nie dowiemy co to było... . Najważniejsze, że namiot wyszedł z tego bez szwanku.

P.S. Pozdrowienia dla pana traktorzysty ze Śmierciaków, który o 3,50 nad ranem kosił łąkę i raczył nas melodią silnika ze swojego Fergusona.

Poniżej mapka do naszej przebytej trasy na rowerach.
Błądzenie i plątanie się pominęliśmy

Galeria z wyjazdu tworzy się i powinna się niebawem pojawić, a póki co zamieszczamy kilka zdjęć:
















sobota, 6 czerwca 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie... (Dzień 3)

Wreszcie dotarliśmy na miejscówkę choć znaleźć ją nie było łatwo. Dlaczego ?. A no dlatego, że tutejsi rolnicy są bardzo pracowici. Wczoraj pod Rytrem szukaliśmy miejsca do spania i był problem, bo goście do zmroku szaleli traktorami po polach, albo koniami w zaprzęgu. Wiadomo, że namiotu nie rozbije się jak rolnik obok kultywuje glebę Fergusonem 4x4. Ale to jeszcze nic. Przed wschodem słońca o 3.50 jakiś farmer zaczął kosić łąkę. Wyciskał z traktora niezłe soki i niosło się tak, że było go pewnie słychać w Nowym Sączu. Poprzednią noc spaliśmy na skoszonej łące i faktem jest, że 30 sekund po naszym opuszczeniu miejscówki facet wjechał traktorem przewracać siano. Pewnie nic by nie powiedział, ale wiedzieć też nie musi- w końcu w Polsce zabronione jest spanie na dziko :D.
Tytułem skrótu: wczoraj wyjechaliśmy na Jaworzynę Krynicką (1114 m n.p.m) i to była nasza druga górka. Udało się i zobaczyliśmy Tatry. Ludzi tam było jak na Kasprowym Wierchu, bo tam też działa taki wynalazek jak kolejka. Dzisiaj podjęliśmy temat Przehyby z wjazdem od północy, konkretnie asfaltem od wsi Gaboń. Udało się, ale fizycznie kończyliśmy się przez upał. Na jutro został nam Czerwony Klasztor i powrót do domu Golfiną. Nie powiem dostaliśmy w kość i dzisiaj mogę już śmiało napisać, że się nasyciłem i naładowałem. Dobranoc

czwartek, 4 czerwca 2015

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie... (Dzień 1)

Ledwo minęła 20,00, a my już jesteśmy po kolacji i po kąpieli z litrowej butelki. Leżymy w śpiworach i słuchamy śpiewu ptaków. 100 metrów nad nami jest schronisko nad Wierchomlą. Jutro spróbujemy do niego dojechać i dalej na Jaworzynę Krynicką. To będzie nasza druga górka w tej wycieczce. Pierwszą wzięliśmy dzisiaj i nazywała się Obidza (936 m n.p.m). Zdobycie jej nie było niczym innym jak karkołomnym darciem roweru na szczyt, z wariantem pchania bicykla we dwoje. Było ciężko, do tego stopnia, że z tego wszystkiego aż przestał boleć mnie kręgosłup- pewnie się rozćwiczył. Widoczność była dziś ograniczona i niestety nie dostrzegliśmy Tatr. W tej chwili resztki słońca przebijają się przez drzewa i na niebie pojawił się błękit. Jesteśmy zmęczeni i to takie pozytywne zmęczenie dające radość. Dziś rano Sabina z lekkimi pretensjami powiedziała, że ma urlop i że musiała wstać o 3,00. W dodatku każe jej jeszcze jechać na rowerze. Nie wziąłem tego na poważnie, bo chyba nie mówiła tego serio. Dobra, idziemy spać z kurami i malutkimi kurczaczkami- pipipi. Dobranoc

Rowerowy Beskidek Sądecki - może wreszcie... (prolog)

Podchodziliśmy do tej wycieczki kilka razy i zawsze coś wyskakiwało. A to pogoda, a to przeziębienie, a to dzień krótki. Właśnie minęła 3.00 nad ranem, słońce niedługo wstanie, więc tym razem na dobre rozpoczynamy przygodę. Plan jest taki, że jedziemy Golfiną do Szczawnicy, albo okolicy. Tam porzucamy samochód i kręcimy korbą na wschód w stronę Beskidu Sądeckiego. Razem z Sabinką chcę obskoczyć trzy górki, w trzy dni. Ile z tego uda się ugryźć, to wyjdzie w praniu bo kondycyjnie i zdrowotnie jakoś wybitnie nie stoimy. Faktycznie, mało kilometrów zrobiliśmy w tym sezonie, ale liczę że nie za mało ;).
Relacja na bieżąco z drogi powinna pojawić się w następnym poście. Wiadomość pójdzie przez MMS, jak technika nie nawali ;). Życzcie nam siły i wyjałowionych terenów od kleszczy.
Pozdrawiamy 

sobota, 23 maja 2015

THE TWINS III - Rowerowa Gra Miejska

Całe wieki mnie tu nie było, ale najzwyczajniej w świecie nie było czasu. Wreszcie przełamałem impas "zarobiony jestem" i postanowiłem zapisać Sabinkę i siebie do Rowerowej Gry Miejskiej organizowanej przez Sekcje Turystyki Rowerowej CSIR UR tzw. STRURZ. To już trzecia edycja tej imprezy. Na starcie zjawiło się 30 drużyn, głównie młodzieży uczącej się na studiach, ale my jako dwa wapniaki nie zamierzaliśmy łatwo oddać wygranej. Stwierdziliśmy, że naszym największym atutem i przewagą nad konkurencją będzie znajomość Rzeszowa i błyskotliwość w odgadywaniu kolejnych zagadek - nie zawahaliśmy się tego użyć.
Na czym polegał start w całej tej imprezie ??, a no na tym, że po odprawie co 2,5 minuty startują kolejne zespoły składające się z dwóch osób. Na starcie dostajesz wskazówkę w kopercie z informacją, gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny z sędziami. Jak wiesz gdzie to jest, to co sił w nogach pędzisz tam na rowerze (nie można oszukiwać i jakiekolwiek podjeżdżanie samochodem czy hulajnogą jest zabronione). Na każdym punkcie kontrolnym dostajesz informację gdzie masz dalej jechać, także w trakcie wyścigu nie wiesz ile jest punktów kontrolnych, ani nawet nie wiesz gdzie jest meta. To wszystko na bieżąco odkrywasz. Rzecz jasna poruszasz się na rowerze zgodnie z przepisami ruchu drogowego, czyli po chodnikach, po ulicach, po błocie, czasami pod prąd, a czasami na "głębokim żółtym" ;). Miasto na czas wyścigu dalej żyje i trzeba uważać, a to którędy jedziesz do kolejnych punktów to zależy tylko od drużyny, Najważniejsze jest stawianie się na kolejnych punktach kontrolnych. Czasami znalezienie ich nie jest proste bo żeby wiedzieć gdzie one są to musisz rozwiązać rebus, łamigłówkę, albo zadanie z liczbami. Innym razem na punkcie kontrolnym nie ma ani jednego sędziego i żeby wiedzieć gdzie jechać dalej musisz wyciągnąć kartkę, którą dostałeś na starcie i wydedukować rozwiązanie z rozkładu jazdy MPK. Nie zaliczenie, któregoś z punktów kontrolnych to karne minuty doliczane na mecie.
W tegorocznej edycji było 15 punktów kontrolnych, aby je wszystkie zaliczyć pokonaliśmy z Sabinką 32 km w czasie 2:08:42. Przyznaję, że na końcówce czuliśmy już uda i byliśmy nie tyle spragnieni co najzwyczajniej w świecie głodni. Na szczęści organizatorzy zadbali o katering i na finiszu serwowali darmową Polską Kiełbasę Dla Ludu z klasyka gatunku czyli furgonetki Nysy. Z naszym wynikiem zajęliśmy 6 miejsce. Do zwycięzców zabrakło nam 15 minut. Dużo, nie dużo ale liczy się dobra zabawa i tu brawa dla STRURZA za świetną organizację imprezy. Za rok też spróbujemy wystartować.

Poniżej trasa z loggara GPS, którą przemierzyliśmy. W tej edycji punkt startu i mety był w tym samym miejscu, na Zalesiu



Zdjęć za wiele nie mamy bo faktycznie większość uwagi skupiliśmy na wyścigu
 Tuż przed odprawą


Na starcie ekipa "Rozjechanych"


Katering na mecie


Medale dla zwycięzców