O blogu

Witam na blogu rowerowo-podróżniczym. Powstał on z myślą, aby wreszcie w jednym miejscu umieścić relacje i zdjęcia z wyjazdów, w których uczestniczyłem. W tym miejscu będę zamieszczał informacje ze swoich bieżących wycieczek, tych mniejszych i tych większych. Tytuł blogu, umieszczony powyżej nie bez powodu tak brzmi, bo rower to nie tylko rozrywka na niedzielne popołudnia, ale i świetny środek transportu do poznawania nowych miejsc. Świat postrzegany z rowerowego siodełka jest inny niż ten widziany przez szybę samochodu. Aby przekonać się o tym nie trzeba mieć formy zawodowego kolarza, ani drogiego roweru, wystarczy być otwartym i gotowym na przygody.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

O zmianach w sprzęcie i życiu... komponentów cz.1


Cóż, moja poczciwa czerwona maszyna ma już swoje lata. Nieuchronnie zbliża się moment, w którym czeka mnie kolejna wymiana napędu, tylnego koła i opon.
Jak wszyscy wiedzą, nie szanuje sprzętu, ani nie chucham na niego. Wyznaję zasadę, że to ma po prostu działać. Rysy, przetarcia, wgniecenia są normą. Użytkuję rower w różnych warunkach, od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Nie omijam lasów, kamieni i polnych drogach. Zdarza się, że błoto tak oblepia mi koła, że nie mogą się obracać.

Przez miesiące wyrabiałem sobie opinie na temat sprzętu i teraz się nimi podzielę :

NAPĘD

- Korba Shimano Acera FC-M361 (42-32-22)
- Kaseta Shimano Acera CS-HG30 (7-rzędów)
- Łańcuch Shimano HG40 (2-sztuki) + spinka

Nie używam niczego z drogich rzeczy, ani technologicznych nowinek. Całość napędu w momencie zakupu kosztowała mnie około 200 zł. Na dzień dzisiejszy te elementy mają 14500 km przebiegu i jest to granica ich żywotności. Bez wątpienia najsłabszym elementem tego zestawu jest łańcuch HG40. Mam dwa takie łańcuchy i co 650 km przemieniam je (jeden pracuje, drugi odpoczywa). Pomimo przekładanek, łańcuch od samego początku ulegał szybkiemu wyciągnięciu. Jak dla mnie, to zrobiony on jest z jakieś "rzepy", a nie metalu. Kaseta i korba po takim przebiegu zęby ma już zjedzone, a w niektórych miejscach nawet pourywane. Mocniejsze depnięcie na pedały powoduje, że łańcuch ześlizgiwuje się z zębatek, ale po takim przebiegu ma prawo. Wynik 14500 km (z czego 7000 km rower z sakwami) uważam za satysfakcjonujący.

Nowy napęd już nabyłem i na wiosnę 2013 założę: identyczną korbę Shimano Acera FC-M361 (42-32-22), identyczną kasetę Shimano Acera CS-HG30 (7-rzędów) i dwa wytrzymalsze łańcuchy Shimano HG50.
 ________________________________________________________________

OPONY

- MAXXIS Overdrive (26"x1,75) - 102 zł za komplet

Kiedyś, ktoś mi je polecił bo posiadają wkładkę antyprzebiciową. Zżarłem już dwa komplety takich opon. Pierwszy komplet padł po 7900 km (z czego 5500 km pod sakwami). Opony były już łyse, poprzecinane w miejscu styku z nawierzchnią, a one i tak ostatecznie rozpruły się z boku.
Drugi komplet tych "laczków" to już inna bajka. Niby ten sam producent, model, a jedna z opon po 1000 km dostała wybrzuszenie z boku i zaczęły z niej wyłazić druty. Ewidentnie była to wada fabryczna, ale po przeanalizowaniu warunków, zrezygnowałem z reklamacji. Podkleiłem ją, po podkładałem tu i tam i tak po dystansie 6600 km (z czego 1600 km pod sakwami) skończyła swój żywot. Druga opona z tego kompletu jeszcze ciągnie i umrze pewnie przy przebiegu 8000 km. Należy tutaj zaznaczyć, że wkładka antyprzebiciowa rzeczywiście nie jest chwytem marketingowym. Jeździłem po terenie, gdzie ludzi na zwykłych oponach łapali po 2 kapcie na dzień, a w Maxxis'ach nic. W ciągu życia tych 4-ech opon, złapałem tylko dwa razy kapcia.


Po ostatnim komplecie Maxxis Overdrive i wadliwej oponie mam już dość tego producenta "laczków". Kupiłem pancerne Schwalbe Marathon Plus (26"x1,75). Ważą swoje (komplet 1990 gram ) i kosztują też swoje (240 zł za komplet), ale liczę że długo pożyją.
________________________________________________________________

TYLNE KOŁO

- Piasta Shimano Deore FH-M535
- Obręcz AlexRims DH19, 32 szprychy.

Na dzień dzisiejszy to koło ma identyczny przebieg jak napęd -> 14500 km z czego 7000 km rower z sakwami. O piastach Deore czytałem wiele niepochlebnych opinii i ja ją potwierdzam. Jak to możliwe, że koło z przebiegiem 35 km ( nie 3500 km) ma wygiętą oś ?!. Wybrałem się na wycieczkę po wiejskiej drodze, bez skakania, bajora, wertepów i wróciłem do domu z osią, która nadawała się do wymiany. Wymieniłem ją na no-name'a za 9zł i ta oś naprawdę dużo zniosła na drogach Ukrainy i Mołdawii.
Inna sprawa to uszczelnienie tej piasty od strony zębatek- jak dla mnie porażka !. Pierścień przykrywający łożyska był źle spasowany z piastą, błyskawicznie zaczął się obracać, zamiast pozostać nieruchomym w bębenku. Ta piasta żyje tylko dlatego, że jest regularnie czyszczona i smarowana. Tradycją stało się usuwanie z łożyska wody i piachu. Uszczelnienie po przeciwnej stronie zębatek (lewa strona) dla odmiany jest bardzo dobre i nigdy nie złapało nawet pyłka.
Obręcz AlexRims DH19 uchodzi za solidną i pewną, ale nie na kiepskich drogach, pod ciężkimi sakwami i z 32-szprychami. Obciążony rower i wertepy potrafiły scentrować to koło, ale na szczęście nie było to wielkie odchylenie.



Już wkrótce to koło zastąpi nowy nabytek na piaście Shimano Deore XT FH-M756 i obręczy AlexRims DH19, 36 szprych. Piasty Shimano w momencie zakupu są najczęściej skręcone/skontrowane za mocno. Ma to swój wpływ na żywotność łożysk. Zanim założę nowe koło, najpierw rozkręcę piastę, a potem metodą prób i błędów skręcę ją z odpowiednim napięciem.
________________________________________________________________

KILKA POCHWAŁ

Dokładnie mówiąc dwie. Jestem pod wrażeniem działania moich starych
manetek Altus ST-EF28
. Mają ponad 11-lat, a one wciąż wyciągają i zrzucają łańcuch po zębatkach jak głupie. To elementy, które pracują w słońcu, deszczu i mrozie. Pomimo upływu czasu wciąż doskonale działają.

Druga pochwała należy się tylnej przerzutce Shimano SLX RD-M662 SGS (9300 km przebiegu). Ten komponent dzielnie znosi ciosy od gałęzi, krawężników i kamieni. Ku mojemu zaskoczeniu, narazie kończy się to tylko na kolejnej rysie bo jeszcze nie udało mi się tej części ugiąć. Jeżeli chodzi o luzy, to te po takim przebiegu są mikroskopijne.

                                                               * * *

Podsumowanie
Jest jeszcze trochę elementów rowerowych, które chciałbym opisać. W chwili obecnej skupiłem się na tych najbardziej newralgicznych, do reszty z pewnością powrócę. 

Okres zimowy to świetny czas do robienia rowerowych zakupów. Sklepy rowerowe świecą pustkami i jeżeli ktoś nie idzie za najnowszymi trendami to można w przyzwoitych pieniądzach nabyć potrzebne elementy. Na wiosnę, wraz z rosnącą trawą, ceny rowerów/komponentów poszybują do góry.

środa, 12 września 2012

Lekcja pokory w Gorcach


Gorce od zawsze były dla mnie drugorzędne. Takie górki nie górki w których nie ma nic ciekawego i niczym nie mogą mnie zaskoczyć... Tak myślałem od dawna, więc się doigrałem.

Pani Ala, Adrian, Grześ i ja nastawiliśmy się na weekendowe rowerowanie. Miały być Bieszczady, ewentualnie Beskid Niski, ale wysokość tamtych pagórków nie przekonała nas. Główne założenie wycieczki mówiło o sponiewieraniu się (nie alkoholem) i popatrzeniu na ładne widoki. Rok temu byliśmy na takiej weekendówce w Piwnicznej i w Pieninach, teraz przyszedł czas na Gorce. W sobotę o 6.00 rano mieliśmy wystartować samochodem z rowerami na dachu. Oczywiście nie wyjechaliśmy. Tym razem pies niczego nie porwał, rowery się nie popsuły, tylko najzwyczajniej w świecie nie zadzwonił mój budzik. Z dużym poślizgiem mknęliśmy samochodem do Krościenka nad Dunajcem. Niebo było zaniesione, było mokro, ale prognoza mówiła o rozpogodzeniach. Rowerowy plan był taki, że zostawiamy auto na polu namiotowym w Krościenku i kręcimy na Lubań (1225 m n. p. m.). Tam rozbijamy namioty, a następnego dnia zjeżdżamy w dół.

Zanim dojechaliśmy na miejsce i siedliśmy na objuczone rowery to prawie wybiło południe. Zważyłem sakwy przed tą wycieczką i okazało się, że ważą 19 kg. Wniosek jest taki, że jak jest wrzesień i pogoda nie pewna, to nie ma znaczenia czy jedziesz na jedna noc, czy na tydzień - musisz zabrać podobną ilość rzeczy, jeżeli myślisz o spaniu na dziko.

Na Lubań chcieliśmy się wbić okrężną drogą, więc zaczęliśmy od 11-kilometrowego odcinka drogi wojewódzkiej w kierunku Nowego Sącza. Ta droga zawsze mi się podobała, pomimo że ruch na niej raczej nie zamiera. Obecność Dunajca nadaje tej szosie nieprzeciętnego uroku, choć należy wspomnieć o kretynach, którzy nad rzeką zostawiają swoje wory ze śmieciami - dziadostwo !.
W Tylmanowej odbiliśmy na Ochotnicę Dolną, ruch od razu zmalał i droga zaczęła się piąć coraz wyżej. Ujechaliśmy 25 km od startu i okazało się, że brakuje nam formy. Jacyś tacy kondycyjnie byliśmy "nieprzeżarci" i przydałaby się pretekst do kolejnej przerwy. Nie musieliśmy długo czekać. Orszak ślubny jechał po panne młodą, Grzegorz rzucił hasło: "padnij" i zablokowaliśmy sznur samochodów. Nie odważyli się nas rozjechać ani tym bardziej naszych rowerów. Cukierków nie mieli, ale jak wiadomo na pusto nie jechali, więc blokadę sprzedaliśmy za "flaszkę". Uśmiechnięci, z powerem, pomachaliśmy i pojechaliśmy dalej.  

Zabawa zaczęła się tak naprawdę na Przełęczy Knurowskiej (846 m n.p.m.), gdy pożegnaliśmy się z asfaltem i wbiliśmy się na czerwony szlak. Już na samym początku ziemnej nawierzchni było ... darcie rowerów z buta, a przecież nasz plan tego nie zakładał. Na zmianę jechaliśmy i pchaliśmy welosipiedy bo stromizny nie pozwalały kręcić korbą. Jakby tego było mało, dalej nie mieliśmy "jadu", a flaszka wciąż była zaplombowana. Niebo bardziej się zaniosło, zrobiło się szaro, a drzewa przysłoniły wszelkie widoki. Pomyślałem sobie: "Ale trasę wymyśliłem". Niby biegnie tedy szlak rowerowy, ale kompletnie nie nadaje się na rowery z sakwami. W pewnym momencie stało się jasne, że przed zmrokiem nie dotrzemy na bazę namiotową na Lubaniu- nie ma takiej możliwości. Tempo mamy słabsze niż pokazują to tabliczki dla piechurów.

Po 18.00 zaczęliśmy się rozglądać za miejscówką pod namiot. Byliśmy niedaleko Pańskiego Lasu i znaleźliśmy niemal wzorcowy kawałek ziemi. Polana, drzewa chroniące przed wiatrem i świetny widok na Jezioro Czorsztyńskie. Podzieliśmy role i po chwili już stały dwa namioty, a na kuchence pichciła się grochóweczka ze słoiczka. Zaczynało mżyć, ale na szczęście nie rozpadało się bardziej. Przebrałem ubrania, z których mogłem wykręcać pot i przyznaję się, że czułem trochę smak porażki. Wszystko przez to, że nie zrobiłem odpowiedniego wywiadu przed wyjazdem, że teren okazał się trudny i że zabrakło nam 4 km do Lubania. Po 19.00 nastał zmrok, w dzień maksymalnie było 17ºC i noc też zapowiadała się ciepła, jak na wysokość 1000 m n.p.m.. Nie upłynęło dużo czasu i zaczął nas morzyć sen, więc poszliśmy spać jak małe dzieci. Nie pamiętam kiedy ostatni raz spałem 10 godzin. Budzik co prawda dzwonił na wschód słońca po 5.20, ale słońca nie było więc poszedłem dalej spać. Ranek był ciepły, podobnie jak noc - 12ºC. Nowy dzień zaczynał się klarować i pojawił się zarys Tatr. O 8.20 byliśmy po śniadaniu, zwarci, zwinięci i gotowi do dalszej drogi.

Do Lubania zostało nam 200 metrów w pionie. Chmury przewalały się przez las i przy końcówce podjazdu zaczęła się masakra. Nie było mowy o jeździe. Kamienie, stromizna, skutecznie utrudniały nam wtaczanie rowerów. Sukcesywnie, metr po metrze pchaliśmy jeden rower we dwoje, a czasami po prostu łatwiej było je nieść. Pot lał się z nas jakbyśmy wypili wczoraj po "pól litra", a ta weselna została tylko napoczęta. Czy mogło być gorzej ?. Mogło być, wystarczyłby mały deszcz i poziom trudności wzrósłby jeszcze bardziej. Po 1,5h od dzisiejszego startu wdarliśmy się na Lubań. Poczułem satysfakcje, że wreszcie coś dostajemy za ten wysiłek, a jakby tego było mało, widoczność z każdą chwilą była coraz lepsza.

Baza namiotowa na Lubaniu nie wygląda źle. Można palić ognisko, jest wiata, jest źródło z pitną wodą. Krajobrazowo będzie, ale nasza miejscówka pod namiot miała zdecydowanie lepsze widoki. Po krótkiej przerwie rozpoczęliśmy zjazd do Krościenka nad Dunajcem - 800 metrów w pionie. Nakręceni, nie zwróciliśmy uwagi na oznaczenia i wskoczyliśmy na zielony szlak do Tylmanowej. Musieliśmy zawrócić pchając rowery pod górę, ale panorama doliny widziana z tej perspektywy warta była tego pobłądzenia. Od tego momentu pilnowaliśmy już czerwonego szlaku i wysokość wytracaliśmy błyskawicznie. Nie było już pchania rowerów czy potu, był tylko czysty zjazd. Co jakiś czas mijaliśmy turystów idących pod górę, których było więcej niż wczoraj bo w sobotę spotkaliśmy tylko trzy osoby.

Po 12.00 słońce przygrzewało już zdrowo, za Marszałkiem (828 m n.p.m) Adrianowi poszła dętka w tylnym kole, ale po dopompowywaniu udało się dokończyć zjazd do Krościenka.
Wczorajszy dzień i dzisiejszy poranek był dla mnie lekcją pokory. Nigdy nie należy lekceważyć jakiegokolwiek pasma gór bo zostanie się sprowadzonym do parteru, albo jak w tym przypadku do stromych podjazdów i zjazdów. Przyznaję, że zmęczenie dało nam w kość i choć wczoraj byłem zły na siebie za tą trasę, to dziś ja jak i moi kompani jesteśmy zachwyceni. Pogoda dopisała, osiągnęliśmy satysfakcjonujący poziom zmęczenia, więc wyjazd jest na plus.

                                                               *   *   *

Podsumowanie
Tradycyjnie już nie obeszło się bez strat. O ile tym razem nie ubiłem żadnego kleszcza, ani nie zgubiłem buta, to niestety z przykrością muszę stwierdzić, że w tylnej sakwie wydarłem dziurę i kolejny raz rozpierniczyłem mój chiński statyw. Z opony w tylnym kole na dobre zaczęły mi już wyłazić druty i na gładkim asfalcie rower podskakuje - szykuje się wymiana "kapcia".
Dystansowo wyszło nam 58 km, choć zakładaliśmy więcej. Jak na pierwszą połowę września przystało, słońce ładnie opalało, zwłaszcza w niedziele.
W poniedziałek jak gdyby nigdy nic, wróciłem do roboty. Wszyscy co mnie widzieli mówili: "Ładnie popiłeś na weekendzie". Owszem wyglądałem na zmiętego, ale najlepsze jest to, że nie wypiłem ani łezki. Wyszło na to, że wygląd upojenia alkoholowego uzyskałem na rowerze. A kaca to mam... moralnego, że tylko dwa dni jeździliśmy w Gorcach.

Poniżej link do zdjęć i mapa

Zdjęcia z wypadu >>LINK

Trasa rowerowej wycieczki poniżej

poniedziałek, 2 lipca 2012

(Pa)górki południowej Polski - epilog


Długo to trwało, ale wreszcie się udało. Wybór zdjęć do pokazania nie był prosty bo chciałem, żeby było strawnie, z lekką nutką niedosytu ;). Czy to mi się udało ?, nie wiem. Dlatego ocenę pozostawiam Wam. Ale zanim zobaczycie zdjęcia, chciałbym zaprezentować swoją pierwszą "pokazówkę". Taki mały slideshow z podróży:

https://vimeo.com/44565943

Po obejrzeniu filmiku zapraszam do galerii internetowej:

http://ciosna.dphoto.com/#/album/d3837x/photo/8722424

Wypad w polskie Karpaty uważam za zakończony. Teraz będę jeździł, co najwyżej po miejskich bulwarach i pozwalał kiełkować w głowie kolejnym pomysłom ;)

czwartek, 31 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - epizod przedostatni

Pojawiało się zdjęcie, bo piszę już z domu :). Wczoraj szczęśliwie dobiliśmy do Rzeszowa i zakończyliśmy eskapadę. Ostatni dwa dni jazdy były dosyć intensywne, bo nasze dzienne dystanse przekraczały 90 km. Nie mieliśmy czasowego parcia, ale dopiero teraz dostaliśmy "jadu" do kręcenia korbą. Wcześniej, gdy siadaliśmy na rowery to z rana odzywały się ręce i nogi. Mój staw skokowy przetrwał tą podróż i szczerze mówiąc ma się lepiej niż przed wyjazdem.
Przed rozpoczęciem tej wyprawy chciałem poznać nowy fragment Polski, przetestować kilka rzeczy i trochę się sponiewierać. Udało się to zrobić. Przetarliśmy dla siebie kilka szlaków i w pewne miejsca będę chciał kiedyś wrócić. Nie powiem, było ciężko, momentami nawet bardzo. Z takich odczuć najtrudniejszą chwilą jest moment kiedy zmęczony po całym dniu szukasz miejscówki, potem rozbijasz namiot i znowu wypakowujesz śpiwór, karimatę, etc. Dopiero dalszą rzeczą w kolejności jest zasunięcie zamka w śpiworze i odpłynięcie w sen. Jeśli chodzi o sprzęt, zwłaszcza ten starszy to mieliśmy kumulację problemów. Pierwszego dnia pod Żywcem, na drodze wojewódzkiej przyczepa Grzegorza pokazała swój humor i przy prędkości 55 km/h wypięła się. Skutek był taki, że wystrzeliła jak z procy i wylądowała w rowie. Poza kilkoma odrapaniami większych uszkodzeń nie odnotowaliśmy. Drugiego dnia Grzegorz zajechał swój napęd i przez następne trzy dni musiał prowadzić rower na podjazdach. To doświadczenie bardziej męczyło psychicznie, niż fizycznie. Dobrze, że w Zakopanem można kupić nie tylko chińskie pamiątki, ale i części rowerowe. Mój czerwony rower też święty nie był. W Pieninach, bębenek w tylnym kole zaczął wydawać metaliczne dźwięki. Miałem to już rozdzierać, ale pomogło wlanie oliwy. Najprawdopodobniej ten element kończy swój żywot.

Wiele się działo podczas tego wyjazdu i zapamiętam na pewno te krótkie rozmowy z miejscowymi. To niesamowite jak obcy ludzie chcą Ci przychylić nieba, albo dzielą się swoją historią, która naznaczyła ich na całe życie. Mam nadzieję, że tej otwartości, nam Polakom nigdy nie braknie.
Poza Eugeniuszem i Oliwią, maskotami które towarzyszyły nam od Zakopanego, przywieźliśmy także nietrwałą pamiątkę w postaci opalenizny. Ja opaliłem się na kolarza, a Grzegorz na Bułgara.

W ciągu 13-tu dni jadąc na rowerach, a czasami je pchając, pokonaliśmy 677 km. Z buta po Tatrach zrobiliśmy 31 km i pod tym względem możemy czuć niedosyt. Wysoko w górach wciąż zalega śnieg, ludzie wspominali że tydzień temu jeszcze jeździli na nartach, dlatego wyższe partie musieliśmy odpuścić.
Pieniędzmi przez ten czas nie szastaliśmy, nie chodziliśmy do barów, nie korzystaliśmy z zaproszeń klubu go-go, także finansowo wyszło nieźle. Wszystkie "potrawy" przyrządzaliśmy sami na benzynie ekstrakcyjnej (czytaj: kuchence) i nie przymieraliśmy głodem. Zważyłem się po powrocie i wychodzi, że schudłem 0,7 kg - czyli obiad.

Z rzeczy, które w ogóle mi się nie przydały, a które wiozłem całą drogę to: bluza polarowa, czapka zimowa (kominiarka wystarczyła), zimowe rękawiczki, odtwarzacz MP3 i szczypta pieprzu.
Przyznaję, że pogoda świetnie dopisała. W pierwszych dniach było po +28°C, potem upały zelżały i temperatura momentami wynosiła do +15°C. Poza jedną rześką nocą w Pieninach, temperatura nad ranem zatrzymywała się przy +8°C. Padało z przerwami tylko w jeden dzień i w ostatnią noc w Beskidzie Niskim, także nie przemokliśmy ani razu. No może poza Doliną Pięciu Stawów bo tam to nas przewiało i przemoczyło.

Na koniec posta, dziękuję Wszystkim Ludziom za wsparcie duchowe, fizyczne i informacyjne. Bez waszej  pomocy byłoby nam trudniej.

Poniżej zamieszczam zrzut z loggeraGPS jak przebiegała rowerowa trasa. Etap pieszy z Tatr, jak i błądzenie pominąłem.  



P.S. Zdjęć z wyjazdu jest trochę i są w surowym formacie. Minie jeszcze trochę czasu zanim je przebiorę i przerobię do zjadliwej formy, dlatego poniżej zamieszczam zalążek fotografii. Link do pełnej fotorelacji pojawi się w następnym poście. Póki co we wszystkich postach wysyłanych z komórki (bez zdjęć) poprawiłem literówki.


































wtorek, 29 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 12

Rankami nie śpimy tak długo jak tego chcielibyśmy. Pomimo zmęczenia, organizm sam budzi się po 7,00 i ma dość snu. Wtedy nie pozostaje nam nic innego jak pozbierać graty, pooglądać tyłki czy nie ma tam jakiego kleszcza i jechać dalej. Miejscówki pod namiot szukamy najczęściej po 19,00. Rozbijanie namiotu przy świetle dziennym jest wygodniejsze i nie trzeba świecić latarkami. Wczoraj jechaliśmy wzdłuż rzeki Poprad i tak naprawdę to był całodzienny taniec z deszczem. Jak padało to siedzieliśmy na przystanku, jak nie padało to kręciliśmy po asfalcie. Ciemne chmury i burze przewalały się po niebie od samego południa. Odwiedziliśmy Krynicę Zdrój i to miasto poza dużym supermarketem nie zrobiło na nas wrażenia. Minęliśmy je szybko i przed Grybowem na horyzoncie znowu pojawiły się ciemne chmury. Wiedzieliśmy, że nie uciekniemy przed deszczem i w ostatnim momencie, w lesie rozbiliśmy namiot. Udało się uchronić nas i nasz ekwipunek przed wodą. Wczoraj i dziś przewaliliśmy sporo terenu. W niedzielę byliśmy w Pieninach, a dziś jesteśmy już w Beskidzie Niskim. Ogólnie punkt startu - Żywiec jest już odległym wspomnieniem. Na liczniku w chwili obecnej mamy prawie 600 km. Dziś dotarliśmy do absolutnego krańca Polski- Koniecznej. Krajobraz byłych PGR-ów, porozpierniczanych gospodarstw i braku widocznych perspektyw na lepsze jutro jest przytłaczający. Ten fragment Beskidu Niskiego to zapomniany kawałek Polski, choć trzeba powiedzieć, że zdarzają się i tu wypasione traktory i gospodarstwa. Praktycznie od początku tego wyjazdu wchłaniamy mnóstwo jedzenia. Jemy wszystko jak leci z wyjątkiem flaczków, bo tych nie znosimy. Coli wypiliśmy już dużo i nie mamy jej jeszcze dość. Gorzej jest z czekoladowymi batonikami. Dziś wziąłem w sklepie dwa Snickersy do koszyka i odłożyłem je z powrotem na półkę. Autentycznie mi się przejadły i nie mogę na nie już patrzeć. Jako zamiennik wziąłem batony Lion. Na batoniku jest energia na jeden podjazd - on tylko "furknie". Zupełnie inaczej wygląda sprawa z gotowanym żarciem- z tego jest moc. Kuchenka na paliwo jest świetną sprawą. Pozwala nie tylko spróbować wszystkich dań z Pudliszek, ale i podgrzać wodę do umycia się w zimny wieczór. Ogólnie dalej na drodze budzimy zainteresowanie. Jedni nam się kłaniają, inni kwitują: "Że wam się tak chce". Dziś pan w Klimkówce stwierdził, że z takimi tobołami wybieramy się pewnie na wojnę trzydziestoletnią. Po tych kilkunastu dniach podróży rozbijanie namiotu jak i przemieszczanie się idzie nam sprawnie. Człowiek nabiera pewnych nawyków i pakuje się bardziej praktycznie. Samopoczucie i zdrowie narazie nam dopisują. Z kostką jest dobrze, chyba na tych Żywieckich i Sądeckich podjazdach dostała w kość bo przestała się odzywać. Gwoli wyjaśnienia chyba nie obumarła tylko się pewnie rozćwiczyła :). Do usłyszenia, mam nadzieję, że w świecie pod naszą nieobecność bardzo nie nagrandzili. Pozdrower

poniedziałek, 28 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 10

Miało nie być dziś wiadomości, ale jutro śpimy długo, więc dlaczego nie. Pisanie z komórki ogólnie jest uciążliwe i czasochłonne, ale to jedyna możliwość zdalnego zamieszczania postów. Pamiętacie jak wczoraj pisałem o bajecznej miejscówce z widokiem na Tatry. Nie było tak bajecznie, bo w nocy temperatura spadła do +1°C, a rano wszystko zalane było "mlekiem" (mgła). Tak więc poranna sesja zdjęciowa odpadła. Ze Sromowców polecieliśmy zubierani do Czerwonego Klasztoru. Stamtąd wzdłuż Dunajca dojechaliśmy do Szczawnicy. Tradycją stało się już, że nasze obładowane rowery przyciągają uwagę, w szczególności Grześka przyczepka. W Szczawnicy nabyliśmy colę i zaczęliśmy podjeżdżać na Przehybe (1175 m n.p.m). To jak do tej pory nasz najtrudniejszy podjazd, choć i tak za namową miejscowych wybraliśmy najłatwiejszy wariant trasy. Spotkany rowerzysta powiedział, że ciężko wejść od Szczawnicy na tą górę z buta, a co dopiero wjechać na rowerze. Coś w tym prawdy może i jest, bo w końcówce podjazdu miałem dość i Grzegorz pomagał mi pchać rower. Autentycznie opadłem z sił, choć godzinę wcześniej zjedliśmy prawie 1 kg grochówki na dwóch. Jak człowiek nie ma "paliwa", to wtedy czuje jak jego organizm spala samego siebie. Po wdarciu się na Przehybe podjęliśmy trud jazdy na Radziejową (1261 m n.p.m) i udało się tam dotrzeć tuż przed zachodem słońca. Na tej górze jest drewniana wieża widokowa, z której rozpościera się widok na Tatry, Pieniny, Beskid Sądecki, Niski i Wyspowy. Namiot dziś rozbiliśmy po ciemku, gdzieś pomiędzy Rytrem, a Piwniczną Zdrój. O ile podjazdy kosztują nas mnóstwo czasu, tak na zjazdach nie próżnujemy. Dziś gdy zjeżdżaliśmy z gór po wąskich ścieżkach, zaliczaliśmy wywrotki. Czasami jest taka stromizna, że nie sposób utrzymać roweru czy przyczepki. Mam wrażenie, że na tych pagórkach sakwy i sprzęt lecą w zastraszającym tempie. No, ale nikt nie mówił, że będzie lekko. Dobranoc, życzcie nam ciepła.

sobota, 26 maja 2012

(Pa)górki południowej Polski - Dzień 9

Wyspani, umyci i podładowani pomknęliśmy rano w Pieniny. Dziś śpimy nad Sromowcami Wyżnymi na granicy parku narodowego. Miejscówkę mamy z bajecznym widokiem na Tatry. Tak w ogóle to nie brakuje po drodze miejsc gdzie można podziwiać potęgę gór. Wczoraj w ramach relaksu pojechaliśmy na zakopiańskie Krzeptówki, a potem zapuściliśmy się na rowerowy szlak po Tatrach. Mapy i słupki informują, że na Hale Gąsienicową (1500 m n.p.m) można wjechać rowerem. No to pojechaliśmy i dojechaliśmy jedynie do "Psiej Trawki". Kamienista nawierzchnia tego szlaku, niestety nie nadaje się ani do podjazdu, ani do zjazdu. Ktoś kto wyznaczył tą ścieżkę rowerową chyba nie miał pojęcia o jeździe na rowerze. 4 zł za wstęp do parku oczywiście musieliśmy zapłacić. Plus tej wycieczki jest jedynie taki, że umyliśmy sobie rowery i zdaliśmy sobie sprawę, że po Tatrach nie jeździ się rowerem. Wczoraj po pagórkach zrobiliśmy na nieobładowanych rowerach 30 km. Czuliśmy się jakbyśmy pojechali po bułki do sklepu - nasze organizmy przyzwyczaiły się już do zwiększonego wysiłku. Dziś opuściliśmy nasz pokój w Zakopcu i zaczęliśmy dzień od 16-kilometrowego podjazdu. Później od samiusieńkiej Bukowiny do Jeziora Czorsztyńskiego było praktycznie z górki, więc kilometry szybko nam uciekały. Po drodze odwiedziliśmy XV-wieczny kościół w Dębnie Podhalańskim i zajechaliśmy pod zamek w Niedzicy. Pogoda nam sprzyja. Do południa było +9 stopni, a popołudniu temperatura osiągnęła +15 stopni. Z zawianą szyją jest lepiej, mięśnie puściły, kostka również nie wykazuje najmniejszego buntu :). Od Zakopanego dwie maskotki towarzyszą nam w podróży. Grzegorza przyczepkę dociąża Eugeniusz, a moją kierownicę Oliwia. Dziś kładziemy się wcześniej i jutro wcześniej wstajemy bo o 7.00 mamy Mszę Św. w tutejszym kościele. Dobrze, że śpimy w namiocie bo w poprzednią noc poleciałem z łóżka- tutaj mogę się co najwyżej sturlać. W kwestii zagrożeń, poza kleszczami musimy uważać na żmije. Podobno tutaj występują. Spokojnej nocy kochani. Pozdrawiamy